– No, słyszał pan, co mówi komisarz? Teraz mogę więc cofnąć to, co powiedziałem na temat Elia Navarro. Musieliśmy tylko wiedzieć, gdzie on się znajduje. To nie on pana wydał i jemu w żadnym razie więzienie nie grozi. Pańska była żona też nie miała z tym nic wspólnego.
– Ona wciąż jest moją żoną.
– Nie będziemy o tym dyskutować. To działania policji doprowadziły do ujawnienia pańskich sprawek. Teraz pozostaje tylko czekać na przyjazd policyjnego samochodu. Może wyjdziemy na dziedziniec?
José nie zamierzał im jednak towarzyszyć. Nie wiedział, jak wygląda sytuacja na zewnątrz, zakładał jednak, że jego ludzie wciąż są na służbie. Strzałów nie było już słychać, udało im się z pewnością odeprzeć atak niewielkich sił policyjnych.
Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, José wybiegł z pokoju, słyszeli tylko, jak pędzi po wykładanym terakotą korytarzu.
Komisarz policji rzucił się w pogoń, a pozostali za nim.
Nikt nie miał pojęcia, gdzie się znajduje służba, nikogo nie było widać.
Komisarz policji i jego przyjaciele biegli bardzo szybko. Już prawie schwytali uciekiniera. Kiedy znaleźli się na dziedzińcu, on był zaledwie kilka metrów przed nimi, kierował się do bocznego skrzydła domu.
– Zatrzymajcie go! – krzyknął komisarz do swoich ludzi. – Ale nie… – z różnych stron rozległy się salwy wystrzałów. -…strzelajcie – zakończył matowym głosem.
Niezdolni do działania wolno szli ku martwemu ciału Joségo. Zewsząd szli ku nim policjanci z dymiącą bronią.
– Cholera! – zaklął komisarz cicho. – Powinniśmy byli wziąć go żywcem, by ujawnić również odbiorców broni.
– Jego ludzie z pewnością nam pomogą.
– No, ale przynajmniej Mercedes jest wolna – powiedział Antonio. – I mamy adres Elia.
Tyle tylko że Elio nigdy nie był ścigany przez Joségo i jego ludzi. Więc Elio jeszcze wolny nie był, na jego życie bowiem nastaje banda Leona.
Ale to już całkiem inna historia.
16
Nikt jeszcze nie odnalazł ich kryjówki w małym hoteliku. Teraz jednak musieli pożyczyć samochód, a to już gorsza sprawa.
Zorganizował im to w końcu komisarz policji w podziękowaniu za pomoc w ujęciu wielkiego przemytnika broni. Przynajmniej lidera szajki i paru jego pomocników. Komisarz posłał jednego ze swoich ludzi, by wynajęli samochód, duży, żeby było w nim miejsce dla wszystkich: czworga Norwegów, Pedra oraz señory Navarro. A później jeszcze ewentualnie dla Elia.
Mercedes natomiast miała zostać w Granadzie pod opieką policji. Jeszcze nie wyłapali wszystkich ludzi Joségo, kiedy jednak znajdą się już oni za kratkami, co, zdaniem komisarza, nastąpi bardzo prędko, Mercedes i jej mały synek będą się mogli poruszać swobodnie. I mieszkać w starym rodzinnym domu.
Sytuacja Elia rysowała się gorzej.
Teraz muszą koniecznie z nim porozmawiać. Jeśli on w ogóle cokolwiek wie. A jeśli jest tak, że gonią za mydlaną bańką?
Wszystko, co było można, zapakowali do samochodu jeszcze poprzedniego wieczoru, mogli zatem wyruszyć bardzo wcześnie rano.
Hotelowy pies ani na krok nie odstępował Vesli i Antonia. Najwyraźniej nie zapomniał ich serdecznej gościnności i tego, że poprzedniej nocy pozwolili mu leżeć w nogach łóżka. Vesla wciąż z nim rozmawiała, mieli oczywiście pewne problemy językowe, ale wzajemnego oddania to nie osłabiało.
Jakiś człowiek kręcił się na bocznej uliczce w pobliżu hotelu i raz po raz zaglądał na tylne podwórko, gdzie parkował samochód Norwegów. Vesla nie zwracała na niego uwagi, wkładała właśnie dwie duże plastikowe torby do bagażnika. Dlaczego człowiek w podróży gromadzi tyle różnych rzeczy, które musi potem taszczyć za sobą w paskudnych torbach? zastanawiała się, zatrzaskując bagażnik.
Omal się nie zakrztusiła, kiedy nieoczekiwanie czyjaś ręka zasłoniła jej usta. O Boże, znowu, pomyślała zrozpaczona.
– Teraz mi wszystko wyśpiewasz – syknął jej męski głos po angielsku prosto do ucha. – I gęba na kłódkę, bo będzie z tobą źle! Dokąd się wybieracie?
Nie mogę jednocześnie trzymać gęby na kłódkę i odpowiadać, ty durniu, pomyślała ze złością, próbując się wyrwać napastnikowi. Teraz uświadomiła sobie, że to ten facet, który się tu od dłuższego czasu kręcił, ale nie był to żaden z tych, którzy ją uprowadzili w Alhambrze.
Chciała krzyczeć, ale zdołała tylko wycharczeć coś stłumionym głosem.
I nagle wrzasnął napastnik. Darł się jak szalony, a rozwścieczony pies z całej siły szarpał nogawkę jego spodni i chyba nie tylko nogawkę, na to przynajmniej wyglądało. Zaraz też nadeszła odsiecz, z hotelu wybiegli policjanci z Antoniem, a za nimi portier. Nikt nie krzyczał na psa, wprost przeciwnie, a policjanci zajęli się napastnikiem, który przestał już krzyczeć.
– Nie ma przy sobie telefonu komórkowego – zauważył jeden z policjantów. – Pewnie więc sam was wywęszył. Teraz zabiorę go z sobą i zamknę do czasu, dopóki wy nie znajdziecie się w bezpiecznym miejscu. Może też uda mi się wydobyć z niego jakieś informacje. Nie byłoby to takie głupie, prawda?
Pedro szczerze sobie tego życzył. Przede wszystkim chciał znać liczbę tych drani i ich nazwiska. To by bardzo ułatwiło ustalenie działań przestępczej organizacji hiszpańskiej.
Vesla siedziała w kucki i rozmawiała z psem. Dziękowała mu za ratunek i dziękowała, mówiła, że bardzo chętnie zabrałaby go ze sobą do Norwegii, gdyby nie te wszystkie procedury graniczne, długa kwarantanna i w ogóle. A poza tym tłumaczyła mu, że tu jest jego dom i że pewnie nie najlepiej by się czuł w zimnej Norwegii, tęskniłby za Hiszpanią…
Oczka psa świadczyły, że on to wszystko rozumie. Tak przynajmniej uważała Vesla.
Pedro koniecznie chciał im towarzyszyć do cygańskich siedzib, by tam próbować odszukać Elia.
Unni spytała go cicho:
– Czy pan sądzi, że Elio wie coś, o czym my nie mamy pojęcia?
– Absolutnie tak! W przeciwnym razie Alonzo nie ścigałby go tak zaciekle.
– Kim jest Alonzo?
– To wielki drań. Taki, co to nie przepuści żadnej okazji, która, jego zdaniem, mogłaby mu przynieść jakieś korzyści. Jest taki sam jak Leon. Tylko że ja nie wiem, czego oni teraz szukają. Dlatego myślę, że Elio zna prawdę.
– Ale to nie musi mieć nic wspólnego ze sprawą rycerzy. Może chcą się po prostu zemścić za coś na Eliu? – Pedro miał jednak bardzo sceptyczną minę.
Wyjechali z Granady wczesnym rankiem następnego dnia. Zapłacili rachunek w hotelu i cały bagaż zabrali ze sobą. Przyszłość, a już zwłaszcza najbliższe dni rysowały się przed nimi mgliście.
– Oj, jak tu pięknie – westchnęła Unni. – Spójrzcie tam! Czy to Sierra Nevada?
– Śnieżne Góry, tak – odparł Jordi, który był już zdrowy i wypoczęty po wczorajszym wysiłku. „Sierra” to znaczy „łańcuch górski”, a „nevada” to pokryty śniegiem.
Unni wiedziała o tym, ale i tak patrzyła na Jordiego z podziwem. Nie powinno się nikomu odbierać radości z tego, że coś wie i może o tym opowiedzieć.
– Dziwne, że śnieg wciąż jeszcze leży tak daleko na południe – rzekła Vesla.
– Ten potężny łańcuch górski osłania Costa del Sol przed wiatrami z północy – wyjaśnił Antonio, który prowadził samochód. Policjanci pożegnali się z nimi w Granadzie. To zadanie będą musieli wypełnić sami.
Señora Navarro była wyraźnie zdenerwowana. Przyznawała, że Elio powinien im okazać zaufanie i, oczywiście, bardzo chciała spotkać się z mężem. Nikt nie wiedział, jak się sprawy potoczą, trzeba będzie przyjmować wydarzenia w miarę, jak będą następować, i starać się im sprostać.
Zatrzymali się, by zjeść śniadanie, bo w Granadzie nie mieli na to czasu.