Выбрать главу

Widok na spalone słońcem równiny Andaluzji i białe wioski na zboczach wzgórz był po prostu fantastyczny. Pedro poprowadził Antonia w bok od głównej drogi, do małej wioski, gdzie mogli zjeść taki posiłek, jaki tu codziennie jadają pracujący ludzie. To najlepsze jedzenie, wyjaśniał. Turyści zwykle żądają dań międzynarodowych i różnych dziwactw. Szwedzi domagają się chrupkiego chleba, Norwegowie koziego sera, teraz oni zjedzą posiłek hiszpański.

Smakowało wybornie. Ponieważ jednak Pedro nie znał tej okolicy, przestrzegał swoich towarzyszy przed tapas, maleńkimi daniami najrozmaitszego rodzaju, które podaje się w dużych ilościach. W Hiszpanii jedzenie tapas należy do powszechnych zwyczajów stołu, tworzy uroczysty nastrój, czasami jednak istnieje niebezpieczeństwo, że dostanie się resztki z wczorajszego dnia lub nawet sprzed kilku dni.

– A za wszelką cenę musimy unikać chorób – tłumaczył Pedro, wobec czego wszyscy zamówili danie dnia. Bardzo smakowite. Podczas jedzenia Unni studiowała dłonie Pedra. Szczupłe, niebieskawe żyłki pod skórą, białe paznokcie i opuszki palców.

Niewiele mu już zostało, myślała zatroskana. Mój Boże, taki wspaniały człowiek! Różne ponure typy dożywają dziewięćdziesięciu siedmiu lat, natomiast tacy ludzie, obdarzeni szlachetnym sercem, umierają przed czasem.

Obudziło się w niej nieoczekiwane pragnienie. Pomysł. Czy mogłaby się odważyć?

Musi się naradzić z Jordim.

Vesla wyrwała ją z zamyślenia.

– Najgorsze, że nie wiemy, jak te dranie tu, w Hiszpanii, wyglądają. Nie będziemy mieć pewności, czy nas nie śledzą.

– Ja znam sporo z nich – uspokoił ją Pedro. – Wiem, jak wygląda Alonzo i większość jego pomocników. Żaden się jeszcze nie pokazał, nie wiedzą, że wyjechaliśmy. A to dzięki wiernemu psu. Mało brakowało, a mogli się o nas dowiedzieć czegoś więcej. Myślę, że ten, który na ciebie napadł, Vesla, był po prostu głupi, bo chciał cały honor zagarnąć dla siebie, zamiast najpierw powiadomić kompanów, gdzie jesteśmy.

– Niech żyje głupota – skwitowała Unni cierpko.

Wyszła z restauracji w towarzystwie Pedra. Na dworze, mimo słonecznej pogody, było dość zimno. Od zaśnieżonych szczytów Sierra Nevada wiał ostry wiatr.

– Najwyższy szczyt ma 3481 metrów, prawda? – zapytała Unni. Tysiąc metrów więcej niż Galdhøping – gen. Cóż to za obyczaje! Żeby pobić Norwegię? I to góra, o której w Norwegii mało kto słyszał. Cerro de Mulhacén, tak się nazywa, o ile dobrze pamiętam.

Pedro roześmiał się. Zabrzmiało to tak, jakby wiatr szarpał obluzowaną drewnianą okiennicą.

– Tęsknię za Flavią – powiedziała Unni. – To wspaniała kobieta.

– Masz rację – uśmiechnął się Pedro łagodnie. – Flavia jest na wakacjach w swojej ojczyźnie, we Włoszech; rozmawiałem z nią wczoraj rano. Gdy tylko usłyszała o waszych eskapadach, natychmiast chciała tu przyjechać, ale jej odradziłem. Tu może być niebezpiecznie.

Unni była mu wdzięczna, że może z nim rozmawiać po angielsku i nie musi się zastanawiać, czy zwracać się do niego per ty, czy pan. Mimo woli to swoje angielskie „you” wymawiała tak, żeby brzmiało raczej jak „wy” niż „ty”. Budził w niej szacunek z wielu powodów.

– Jesteście dobrymi przyjaciółmi? – spytała.

– Bardzo dobrymi. Gdyby wszystko było inaczej, to… – Pedro umilkł.

Gdybyś ty nie był śmiertelnie chory, to byś się jej oświadczył, dopowiedziała sobie Unni w duchu.

– Chciałabym, żeby pan był z nami do końca – wyznała spontanicznie. – Czujemy się bezpieczniej. I jest tak miło.

Otworzył jej drzwi do samochodu.

– Dobra z ciebie dziewczyna, Unni. Powinniście z Jordim być razem. Mieć do tego prawo…

Ile on właściwie wie, zastanawiała się Unni i zarumieniła się lekko. Nikt jednak tego nie zauważył, towarzystwo wsiadało do samochodu i można było kontynuować podróż.

Gaje oliwne, gaje pomarańczowe, gaje cytrynowe przesuwały się za oknami. Tu i tam grupy drzew, których nazw Unni nie znała. Bielejące w oddali wioski, rozpadające się murowane domy, samotne na tle krajobrazu, w którym główny element stanowią rozrzucone krzewy i zarośla. Skały wapienne, skały z piaskowca, rzeczki…

Fantastyczne widoki.

– Jedyną wadą Norwegii jest to, że mamy za dużo lasów iglastych – pomyślała Unni i w tej samej chwili odkryła, że myśli głośno. Uznała więc, że powinna pogłębić temat. – Chodzi mi o to, że cudzoziemcy, którzy wylądują na lotnisku Gardermoen i potem jadą w głąb kraju dolinami, muszą mieć przykre wrażenia, nie widzą tej osławionej urody norweskich pejzaży, tylko ciągnące się dziesiątki kilometrów ciężkie, przygnębiające, deprymujące lasy iglaste, które zamykają wszelki widok i mogą zdławić największy entuzjazm.

– Ale radość ich jest tym większa, kiedy już otworzą się szersze krajobrazy – odparł Pedro de Verin.

– Oczywiście! Ogarnęło mnie jakieś czarnowidztwo, to niewybaczalne!

– Większe grzechy zostały wybaczone. – Jak na przykład inkwizycja?

– No nie, inkwizycja to chyba nigdy nie uzyskała wybaczenia. Co najwyżej tylko ze strony własnych funkcjonariuszy. Oni bowiem torturowali ludzi, mordowali i dręczyli, a potem odpuszczali sobie nawzajem grzechy.

Unni mówiła teraz cichym głosem pełnym żalu:

– Nasza sprawa ma również związek z inkwizycją, prawda?

– Owszem. I jeśli jest coś, co może rzucać naprawdę długie, ponure cienie na przyszłość, to przede wszystkim grzechy i niegodziwości popełnione w imieniu Boga. Mimo wszystko jednak sądzę, że jeśli chodzi o naszą zagadkę, to inkwizycja i jej rola lokuje się gdzieś na peryferiach. Nie dotarliśmy jeszcze do jądra tajemnicy. Ale ty byłaś blisko, moja droga. W owej przerażającej wizji, którą miałaś we śnie.

– Wiem. Wiem też, że muszę powtórzyć eksperyment i zrobię to, choć nie jestem jeszcze gotowa.

– My to rozumiemy. Najpierw trzeba wyjaśnić tajemnicę Elia.

Unni nie pozwolono usiąść obok Jordiego. Ulokowała się więc na przednim siedzeniu między Antoniem i Pedrem, który pełnił rolę przewodnika. To najlepsze rozwiązanie, Unni bowiem była najmniejsza, zresztą w samochodzie po prostu brakowało dla niej innego miejsca, chyba że w bagażniku, a i to z trudem.

Odczuwała na plecach chłód płynący od strony Jordiego, wiedziała, że on o niej myśli i żywi dla niej gorące uczucia. Nie przejmowała się więc tym chłodem.

Akurat tego mogliście nam oszczędzić, zwracała się z goryczą w myślach do czarnych rycerzy. Co by to komu szkodziło, gdybyśmy mogli ze sobą być? Czy to by osłabiło siły Jordiego? Nie sadzę. Przeciwnie, razem moglibyśmy wam lepiej pomóc.

Wiedziała jednak, że rycerze nie brali jej w rachubę, nie spodziewali się, że wkroczy w życie Jordiego, ona, która nieoczekiwanie okazała się potomkinią rodu i sama obciążona jest złym dziedzictwem. Rycerze nie zdawali też sobie sprawy z jej paranormalnych zdolności które okazały się tak wielką pomocą dla ich sprawy.

Czy wobec tego nie mogliby cofnąć lodowatych rąk znad Jordiego? Czy nie mogliby cofnąć zakazu, zgodnie z którym Jordi nie może się interesować nikim ani niczym innym, jak tylko uwolnieniem rycerzy i ich rodu od ciężkiej klątwy sprzed wieków? Czyż oni nie rozumieją, jak Jordi i Unni cierpią? I dlaczego nie mogliby zostać chociaż przyjaciółmi? No tak, ale przyjaźń przekształca się w oddanie, a potem w miłość. I ze strony Unni była to prawdziwa, najszczersza miłość, ze wszystkim, co miłość za sobą pociąga – tęsknotą, pożądaniem, niecierpliwością, bezradnością i nie mającym granic bólem.

„AMOR ILIMITADO SOLAMENTE”.

Tylko bezgraniczna miłość…

Żeby nie wiem jak bardzo tego unikała, zawsze jednak wracała do tych słów.