Выбрать главу

Juana więcej się nie odezwała. Siedziała z kulą w gardle, nie będąc w stanie przełknąć ani kawałeczka pysznego jedzenia.

Kiedy obiad, który ciągnął się w napiętej atmosferze, dobiegł wreszcie końca, Miguel wstał.

– Pójdę się przejść.

– Ach, tak – powiedział Pedro.

Gdy Miguel ich opuścił, Pedro podjął:

– Może i my powinniśmy iść na spacer? Nie pokazałabyś nam trochę swojego Oviedo, Juano?

– Z przyjemnością – odparła.

Wieczór był piękny, lecz ich ogarnął smutek. Nikt nie miał ochoty na rozmowę. Czuli, że wyrządzili Miguelowi i Juanie krzywdę, lecz z drugiej strony nie mogli przecież wciągać niewinnych ludzi w swoje własne kłopoty. Nikt przecież nawet się nie łudził, że wszystkie niebezpieczeństwa już minęły i nic im nie zagraża.

Bardzo chcieli porozmawiać o tych trzech słowach odkrytych ostatnio na kawałku skóry, musieli jednak czekać, aż Miguel i Juana opuszczą ich już na dobre.

Był to ten sam wieczór, kiedy grupa przebywająca na wschodzie urządziła prawdziwą orgię wśród serów, które Unni zamówiła na deser w Reinosa. Wieczór, który dla Jordiego i jego przyjaciół miał się zakończyć w sposób iście wstrząsający.

Jordi, gdy tylko znalazł minutę na osobności, natychmiast zatelefonował do Unni. Mówił przytłumionym głosem na wszelki wypadek, żeby nikt go nie usłyszał.

– Musimy być ostrożni, Unni. Bardzo ostrożni. Te istoty są dwie. Na każdą grupę przypada jedna.

– Miguel? – spytała Unni równie cicho.

– Tak. I ta kobieta, która pojawia się w najrozmaitszych przebraniach. Raz kiedyś była nawet mężczyzną.

– Ale czym oni są?

– Nie wiem. Wydaje mi się jednak, że jedno jest niebezpieczniejsze od drugiego.

– I w grupie Antonia jest to gorsze?

– Na to wygląda. Ale nie znam Miguela dostatecznie dobrze, może się okazać groźniejszy, niż się wydaje. Unni, nie podoba mi się, że jesteś tak daleko. Bądź ostrożna!

– Będę miała oczy otwarte. Ty też czuwaj!

– Ależ oczywiście. Niedługo się zobaczymy.

Mam taką nadzieję, pomyślał, cicho wyłączając telefon. Ale ona ma przynajmniej magicznego gryfa. Całe szczęście!

15

Miguel wezwał Zarenę. Jak zwykle spotkali się daleko od najbliższych zabudowań, tak aby mogli być sobą, potężnymi demonami.

– Czego chcesz tym razem? – spytała Zarena, wbijając w niego jadowicie zielone oczy.

– Jestem skończony jako Miguel. Jutro rano opuszczam grupę.

W kącikach ust Zareny pojawił się paskudny uśmieszek.

– Ty też zostałeś odkryty?

Tabris miał swoje podejrzenia, że tak właśnie wygląda sytuacja, lecz odparł pewnym głosem:

– Ależ skąd! Chcą, żebym się od nich odłączył dla mego własnego dobra, niech będą przeklęci! Teraz już żadne z nas nie może ich śledzić.

– Przecież możesz po prostu zmienić tożsamość.

– Nie życzą już sobie towarzystwa żadnych postronnych osób. Znajdują się zbyt blisko celu.

Zarena przekrzywiła głowę tak, że oba jej rogi wskazywały na prawo.

– Cóż, wobec tego przyszła pora, abym ja ich przejęła.

– Nie możesz.

– Nie mogę? W przeciwieństwie do ciebie utrzymuję kontakt z naszymi nędznymi zleceniodawcami.

– Z katami inkwizycji?

– Sięgam jeszcze dalej. Mam kontakt z tą Emmą, która tyle sobie na swój temat wyobraża, i z jej zaślinionymi kompanami. Oczywiście nie jest to kontakt bezpośredni, ale potrafię nimi manipulować. Poprzez mnichów naprowadzam ich tak, by mogli odnaleźć naszych wrogów. Banda Emmy jest już w drodze do Oviedo. Chcą wziąć zakładnika, tak więc te nędzne robaki będą zmuszone ujawnić, czym się zajmują.

– Przecież próbowaliśmy tego już wcześniej.

– Dobrze o tym wiem – syknęła Zarena. – Czy mogłam coś poradzić na to, że zakładniczka miała przy sobie gryfa Asturii, który pozwolił im uciec? Ale tym razem się nie wywiną. Kompani Emmy są pozbawieni jakichkolwiek skrupułów, no i posiadają broń. Żadne tam stare zardzewiałe miecze, lecz broń o wiele bardziej skuteczną. Noże i… no wiesz, bum!

Tabris popatrzył na nią roztargniony, a w końcu powiedział:

– Doskonale.

Ale minę miał przy tym obojętną.

Oczywiście, że Juana chciała pokazać im Oviedo! Popatrzyli trochę na nocne życie w centrum, ale potem zabrała ich w swoje ulubione miejsce, bezludne, nad rzeką.

Serce bolało ją od smutku. Miguel gdzieś zniknął. Być może nigdy więcej już go nie zobaczy, jeżeli rano się miną.

Księżyc wciąż jeszcze był prawie całkiem w pełni. Krwawoczerwony wznosił się nad horyzontem, budząc podziw w tych, którzy go oglądali.

– „Krew na księżycu” – zacytowała Gudrun.

– Ha, raczej dymy wypuszczane przez fabryki Oviedo – zauważył trzeźwo Pedro. – I dlatego księżyc nad horyzontem wydaje się taki duży.

Juana rozejrzała się dokoła. Miała wrażenie, że nie poznaje tego miejsca. Czy ta nieduża skała pod lasem zawsze była taka wysoka? I tak ostro zakończona? Nieprawdopodobnie wysoka…

Musiało tak być. Być może wcześniej po prostu nie zwróciła na nią uwagi. Tak czy owak, to dziwne.

Stali teraz, patrząc na rzekę, która płynęła w dole bystrym nurtem i znikała w lesie. Tańczące fale połyskiwały leciutko w świetle zmierzchu.

– Świetnie rozumiem, że lubisz to miejsce, Juano – uśmiechnął się Jordi. – Ono przydaje spokoju rozdartej duszy.

Z tym ostatnim wyrażeniem Juana absolutnie się zgadzała. Jej nieszczęśliwa dusza rzeczywiście była rozdarta na strzępy.

Pokazywała rozmaite miejsca, będące teraz jedynie konturami na tle wieczornego nieba. I opowiadała trochę o okolicach Oviedo w miarę, jak o nie pytali. Atmosfera była ciepła, lecz przesycona smutkiem.

– No cóż, pójdziemy chyba dalej – stwierdziła Gudrun. Ruszyła przed nimi w stronę lasu. Podążyli za nią, kompletnie nieprzygotowani na to, co się stało.

Nagle na wąskiej leśnej ścieżce pojawiło się czterech mężczyzn. Mówili po norwesku, lecz wśród nich pojawił się także jeden hiszpański głos. Wszyscy jednak krzyczeli to samo:

– Bierzcie ją!

Gudrun nie miała najmniejszych szans. Jeden z Norwegów pochwycił ją od tyłu, gdy próbowała zawrócić, i przytrzymał mocno, przykładając jej do gardła potworny, szeroki nóż ostry jak brzytwa.

Jordi i Pedro oczywiście skoczyli jej na ratunek, zahamowali jednak gwałtownie, kiedy człowiek ten zawołał:

– Nie zbliżajcie się, mówię poważnie!

– A my będziemy strzelać – uzupełnił któryś z jego towarzyszy.

Rozpoznali głos i wulgarny ton Kenny’ego. To on właśnie trzymał Gudrun, wyraźnie gotowy na wszystko.

W imieniu napastników przemawiał jednak Tommy:

– Puścimy ją, jeśli zgodzicie się spełnić nasze żądania.

– To znaczy? – spytał Pedro z udawanym spokojem.

– Oddacie nam wszystkie papiery dotyczące skarbu i dowody na jego istnienie. Sami odnajdziemy do niego drogę, co wam najwidoczniej jakoś się nie udaje.

– Ależ my nic nie mamy przy sobie – wtrącił się Jordi. – Jak więc możemy…

Więcej nic powiedzieć nie zdążył. Światło dzienne już zniknęło, a wśród drzew panowała jeszcze głębsza ciemność, lecz nagle zaczęło dziać się coś, od czego wszyscy zdrętwieli.

Wszystko potoczyło się niewiarygodnie szybko, stało się w jednej chwili. Kenny nie zdążył zareagować, gdy jakaś siła wytrąciła mu z ręki nóż, który z brzękiem upadł na kamienie na otwartej przestrzeni przed przyjaciółmi Gudrun. Sam Kenny został ciśnięty o ziemię jak rękawiczka. Jednocześnie Roger uniósł pistolet, mierząc w Gudrun, która chwiejnie ruszyła do przodu, tak nagle oswobodzona. Strzał jednak padł w powietrze, gdyż Roger został zaatakowany od tyłu. Usłyszeli jeszcze potworny chrzęst i złoczyńca z Norwegii został wrzucony do rzeki. Ostry prąd natychmiast porwał ciało.