Выбрать главу

Przypomniał sobie, jak Wolf powiedział, że do obowiązków Fostera należało pilnowanie, by ze szpitala wywożono zużyte zdjęcia rentgenowskie. Wspomniał też o innych rzeczach i jakichś substancjach, lecz nie mówił, dokąd się je wywozi. Amerykanie na pewno wiedzą.

Brunetti zrozumiał, że to musi mieć coś wspólnego z tymi dwoma morderstwami, bo inaczej doktor Peters nie przysłałaby mu tej koperty i nie próbowała się do niego dodzwonić. Leczyła chłopca, ale potem odebrano jej tego pacjenta i wysłano do Niemiec. Na tym kończy się zapis w karcie informacyjnej. Komisarz znał nazwisko chłopca, Ambrogiani zaś z pewnością dysponuje wykazem wszystkich Amerykanów przebywających w bazie, więc ustalenie, czy rodzice dziecka jeszcze tam są, nie powinno sprawić kłopotu. A jeśli już ich nie ma?

Podniósł słuchawkę i poprosił telefonistę, by go połączył z majorem Ambrogianim z amerykańskiej bazy w Vicenzy. Czekając na połączenie, zastanawiał się, jak skojarzyć fakty, by go zaprowadziły do tego, kto wbił igłę strzykawki w rękę doktor Peters.

Odbierając telefon, Ambrogiani podał swoje nazwisko. Nie okazał zdziwienia, gdy Brunetti się przedstawił, tylko po prostu wyczekująco milczał.

– Są jakieś postępy? – spytał komisarz.

– Zdaje się, że wprowadzili całą serię nowych testów do wykrywania narkotyków. Każdy musi się im poddać, nawet komendant szpitala. Podobno gdy wszedł do męskiej toalety, by oddać mocz do badania, pod drzwiami cały czas stał jeden z lekarzy. Wygląda na to, że w tym tygodniu pobrali już przeszło setkę próbek.

– Z jakim wynikiem?

– O, na razie z żadnym. Wszystkie próbki wysyła się do Niemiec, gdzie mają być zbadane w tamtejszych szpitalach. Wyniki nadejdą za jakiś miesiąc.

– A będą rzetelne? – spytał Brunetti zdziwiony, że można mieć zaufanie do wyników, które przechodzą przez tyle rąk i w tak długim czasie.

– Oni chyba w to wierzą. Jeśli u kogoś próba wypadnie pozytywnie, po prostu go wywalą.

– Kogo sprawdzają?

– Nie mają żadnego planu. Zostawiają w spokoju tylko wracających z Bliskiego Wschodu.

– Dlatego że są bohaterami?

– Nie, bo się obawiają, że zbyt wielu z nich miałoby wynik pozytywny. W tym rejonie świata równie łatwo zdobyć narkotyki jak w Wietnamie, więc widocznie się boją, że sprawa nabrałaby nieprzyjemnego rozgłosu, gdyby wszyscy bohaterowie wracali z taką pamiątką we krwi.

– Ciągle rozpowiadają, że to było przedawkowanie?

– Naturalnie. Jeden z moich ludzi mi mówił, że nawet jej rodzina nie chciała przylecieć, by towarzyszyć zwłokom w drodze do Ameryki.

– No i co?

– Odesłali je. Same.

Brunetti uznał, że przecież w tym wypadku nic się nie stało. Zmarli takimi rzeczami się nie przejmują; im nie sprawia różnicy, jak się ich traktuje i co o nich myślą żywi. Jednakże sam w to nie wierzył.

– Chciałbym, żeby pan spróbował zdobyć dla mnie pewne informacje, maggiore.

– Chętnie, jeśli tylko mi się uda.

– Pragnąłbym wiedzieć, czy w bazie przebywa niejaki Kayman. – Komisarz przeliterował jego nazwisko. – Jest ojcem małego chłopca, który był pacjentem doktor Peters. Malca wysłano do Niemiec, do jakiegoś szpitala w Landstuhl. Chciałbym się dowiedzieć, czyjego rodzice jeszcze są w bazie, a jeśli tak, czy mógłbym z nimi porozmawiać.

– Wszystko nieoficjalnie?

– Oczywiście.

– Może mi pan powiedzieć, o co chodzi?

– Sam nie bardzo wiem. Doktor Peters przysłała mi kopię karty informacyjnej chłopca i artykuł o wielochloropochodnych bifenylu.

– O czym?

– To takie trujące chemikalia. Nie znam ich składu ani nie wiem, do czego służą, ale wiem, że trudno się ich pozbyć. I są żrące. To dziecko dostało na ręku wysypki. Prawdopodobnie się z nimi zetknęło.

– A co to ma wspólnego z Amerykanami?

– Nie wiem. Właśnie dlatego chcę porozmawiać z rodzicami chłopca.

– W porządku. Natychmiast się tym zajmę i dziś po południu oddzwonię.

– Mógłby pan ich szukać w taki sposób, żeby Amerykanie o tym nie wiedzieli?

– Chyba tak – odparł Ambrogiani. – Dysponujemy wykazem numerów rejestracyjnych pojazdów, a tutaj prawie wszyscy mają samochody, więc to ustalę bez konieczności zadawania pytań.

– Świetnie. Najlepiej będzie, jeżeli ta sprawa zostanie między nami.

– Doskonale. Zadzwonię do pana, gdy tylko to załatwię.

– Dzięki, maggiore.

– Giancarlo – powiedział karabinier. – Myślę, że możemy mówić sobie po imieniu, skoro mamy robić takie rzeczy.

– Słusznie – odparł Brunetti, ucieszony znalezieniem sojusznika. – Guido.

Wyłączywszy się żałował, że nie jest w Ameryce. Jedną z największych rewelacji były tam dla niego biblioteki publiczne – człowiek może po prostu wejść i zadawać pytania, przeczytać każdą książkę, łatwo znaleźć katalog czasopism. Tutaj, we Włoszech, książki trzeba kupować albo ich szukać w bibliotece Uniwersyteckiej, a nawet tam trudno do nich dotrzeć bez odpowiedniej karty, pozwolenia czy legitymacji. Jakże więc miał się dowiedzieć, co to są wielochloropochodne bifenylu, skąd się biorą i jak działają na ciało człowieka w wypadku kontaktu?

Spojrzał na zegarek. Stwierdził, że jeśli się pośpieszy, jeszcze zdąży do księgarni przy San Luca, gdzie prawdopodobnie mają potrzebne mu książki.

Dotarł tam kwadrans przed zamknięciem i wyjaśnił, o co mu chodzi. Sprzedawca odparł, że ma dwie elementarne książki na temat trujących związków i skażeń, choć jedna z nich dotyczy głównie zanieczyszczeń atmosfery. Była jeszcze trzecia, coś w rodzaju ogólnego wprowadzenia do chemii, przeznaczonego dla laików. Przejrzawszy je, Brunetti kupił pierwszą i ostatnią, a na dodatek raczej krzykliwą publikację „Globalne samobójstwo”, wydaną przez Partię Zielonych. Miał nadzieję, że treść okaże się poważniejsza, niż wskazywałby tytuł i okładka.

Komisarz zjadł w restauracji porządny obiad, a potem wrócił do komendy i otworzył pierwszą książkę. Po trzygodzinnej lekturze, z rosnącym przerażeniem i coraz bardziej zaszokowany, dostrzegł skalę problemu, który człowiek ery przemysłu stworzył na tej planecie nie tylko sobie, co gorsza bowiem także przyszłym pokoleniom.

Okazało się, że współczesnemu człowiekowi owe związki chemiczne są niezbędne, między innymi jako czynnik chłodzący w lodówkach i urządzeniach klimatyzacyjnych. Wielochloropochodne bifenylu wchodzą również w skład elektrolitu do akumulatorów, ale nie są jedynym kwiatkiem w śmiercionośnym bukiecie, jaki ludzkość otrzymała od przemysłu. Brunetti z trudem odczytywał nazwy chemiczne, wzorów zaś nie rozumiał. Pozostawały mu jeszcze liczby dotyczące okresu półrozpadu poszczególnych związków. Sądził, że jest to czas, w jakim te związki stają się o połowę mniej groźne. W niektórych wypadkach owe liczby sięgały setek lat, w innych nawet tysięcy – właśnie takie chemikalia w ogromnych ilościach wytwarza świat przemysłowy, pędząc ku przyszłości.

Przez dziesiątki lat Trzeci Świat był dla krajów uprzemysłowionych wysypiskiem przyjmującym transporty substancji toksycznych, które się rozrzucało po sawannach, pampasach i płaskowyżach dla doraźnych zysków, nie bacząc na cenę, jaką przyjdzie zapłacić następnym pokoleniom. Teraz, gdy Trzeci Świat odmówił Pierwszemu służenia jako wysypisko, kraje uprzemysłowione muszą opracować metody pozbywania się odpadów, co często jest bardzo kosztowne, wręcz rujnujące. W rezultacie po całym Półwyspie Apenińskim krążą ciężarówki widma ze sfałszowanymi listami przewozowymi, szukające miejsc, gdzie mogłyby wyrzucić swój śmiercionośny ładunek, i w końcu je znajdujące. Albo też z Genui czy Taranto wypływają statki, wiozące beczki pełne rozpuszczalników i Bóg wie jakich chemikaliów, lecz docierają do portów przeznaczenia już bez tych beczek na pokładzie, jakby po drodze ładunek wyparował. Czasami takie beczki znajduje się na brzegach Afryki Północnej czy Kalabrii, ale oczywiście nikt nie ma pojęcia, skąd się tam wzięły, i nie zwraca uwagi na to, że fale z powrotem zabierają je z plaż.