– A jakże, szanowny panie, nieboszczyk lubił ozorem mleć. Mówił, że kiedy powiedział dziewiętnastce… my tak między sobą gości nazywamy, po numerach… o wszystkich moskiewskich blondynkach wysokiej klasy, to dziewiętnastka najbardziej interesował się mamzel Wandą z „Róży Alpejskiej”.
Erast Pietrewicz na chwilę zamknął oczy. Nitka była bardzo zaplątana, ale jej koniuszek wreszcie się pokazał.
– To pan?
Wanda stała w drzwiach, otulając się koronkową mantylą, i patrzyła z przerażeniem: mokra skórzana kurtka odbijała światło lampy i wydawało się, że asesora kolegialnego otacza aureola. Za plecami późnego gościa szemrała ruchoma ściana deszczu, a za nią była już tylko ciemność. Strumienie wody spływały z kurtki na podłogę.
– Niech pan wejdzie, panie Fandorin, przemókł pan zupełnie.
– Najdziwniejsze – powiedział Erast Pietrowicz, zamiast się przywitać – że pani, mademoiselle, do tej pory jeszcze żyje.
– To dzięki panu. – Szczupłymi ramionami śpiewaczki targnął dreszcz. – Do tej pory mam przed oczami nóż, który nieuchronnie zbliża się do mojego gardła… Nie mogę spać po nocach. Śpiewać też nie mogę.
– Nie miałem wcale na myśli herr Knabego, tylko Klonowa. – Fandorin patrzył jej prosto w ogromne zielone oczy. – Niech mi pani opowie o tym interesującym osobniku.
Wanda zdziwiła się, czy też udała zdziwienie.
– Klonow? Nikołaj Klonow? A co on ma do rzeczy?
– A nad tym teraz się zastanowimy.
Weszli do pokoju gościnnego, usiedli. Paliła się tylko lampa na stole, nakryta zielonym szalem, i dlatego cały pokój przypominał świat podwodny. Królestwo morskiej czarodziejki – pomyślał Erast Pietrowicz, ale zaraz odegnał te niestosowne myśli.
– Proszę mi opowiedzieć o kupcu pierwszej gildii, Klonowie.
Wanda odebrała od niego mokrą kurtkę i położyła na podłodze, ani trochę nie litując się nad puszystym perskim dywanem.
– Bardzo pociągający – powiedziała marzycielskim tonem, a Erast Pietrowicz poczuł coś w rodzaju zazdrości, do której skądinąd nie miał żadnych praw. – Spokojny, pewny siebie. Dobry człowiek, z tych najlepszych; rzadko spotyka się takich mężczyzn. Ja w każdym razie prawie nigdy. W czymś przypomina pana. – Lekko się uśmiechnęła, a Fandorinowi zrobiło się nieswojo: stara się rzucić czar. – Ale dlaczego pan się nim interesuje?
– Człowiek ów nie jest tym, za kogo się podaje. Nie jest żadnym k-kupcem.
Wanda odwróciła się trochę, patrzyła gdzieś przed siebie.
– To mnie nie dziwi. Ale przywykłam do tego, że każdy ma swoje tajemnice. Staram się nie mieszać do cudzych spraw.
– Jest pani przenikliwą kobietą, mademoiselle, bez tego nie miałaby pani sukcesów w swojej… profesji. – Erast Pietrewicz zawstydził się, bo słowo nie było najwłaściwiej dobrane. – Czyżby nigdy nie odczuła pani g-grozy bijącej od tego człowieka?
Śpiewaczka szybko zwróciła się w jego stronę:
– Tak, tak. Czasami. Ale skąd pan o tym wie?
– Mam wszelkie podstawy, by sądzić, że Klonow jest bardzo niebezpieczny. – I od razu spytał wprost: – Proszę powiedzieć, czy to on zetknął panią z Sobolewem?
– Nie, wcale nie – odparła Wanda równie szybko. Czy aby nie za szybko?
Zdaje się, że sama to poczuła, bo uznała za niezbędne się poprawić:
– W każdym razie ze śmiercią generała nie ma żadnego związku, przysięgam panu! Wszystko odbyło się właśnie tak, jak panu opowiedziałam.
Teraz mówiła prawdę – albo wierzyła, że mówi prawdę. Wszystkie znaki – modulacja głosu, gesty, ruchy mięśni twarzy – były akurat takie, jak trzeba. Niewykluczone zresztą, że w pannie Tolle marnowała się nieprzeciętna aktorka.
Erast Pietrowicz zmienił taktykę. Mistrzowie psychologii śledczej uczą: jeśli istnieje podejrzenie, że przesłuchiwany nie jest szczery, tylko udaje szczerość, trzeba zasypać go gradem szybkich, niespodziewanych pytań, wymagających monosylabowych odpowiedzi.
– Klonow wiedział o Knabem?
– Tak. Ale jakie…
– Czy mówił o teczce?
– O jakiej teczce?
– Wspominał o Churtinskim?
– Kto to jest?
– Czy nosi broń?
– Chyba tak. Ale czy prawo tego zab…
– Pani z nim jeszcze się spotka?
– Tak. To znaczy…
Wanda zbladła, zagryzła usta. Erast Pietrowicz zrozumiał: teraz zacznie kłamać. Czym prędzej zatem, póki jeszcze nie zaczęła, przemówił inaczej – bardzo poważnie, jakby w zaufaniu, z przejęciem nawet:
– Powinna pani powiedzieć, gdzie on przebywa. Jeśli się mylę i nie jest tym, za kogo go uważam, lepiej, żeby oddalił od siebie podejrzenie. Ale jeśli się nie mylę, jest to człowiek straszny, wcale nie taki, za jakiego pani go uważa. O ile rozumiem ów sposób myślenia, nie zostawi pani wśród żywych, byłoby to wbrew jego zasadom. Jestem zdumiony, że jeszcze nie trafiła pani do kostnicy policyjnej w dzielnicy Twerskiej. No więc, jak mogę znaleźć tego Klonowa?
Wanda milczała.
– Niech pani mówi. – Fandorin wziął ją za rękę. Ręka była zimna, ale puls bił bardzo szybko. – Raz już panią uratowałem i zamierzam zrobić to jeszcze raz. Przysięgam, jeśli nie jest zabójcą, to go nie ruszę.
Wanda patrzyła na młodego człowieka rozszerzonymi źrenicami. Wyraźnie toczyła ze sobą walkę, a Fandorin nie wiedział, jak przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Kiedy gorączkowo o tym myślał, wzrok śpiewaczki nabrał twardości – górę wzięła jakaś myśl nieznana Erastowi Pietrewiczowi.
– Nie wiem, gdzie jest – powiedziała tonem, który wykluczał jakąkolwiek dyskusję.
Fandorin natychmiast wstał i ukłonił się, nie mówiąc już ani słowa. Bo i po co?
Najważniejsze, że jeszcze się z Klonowem-Piewcowem spotka. Żeby wyjść na cel, wystarczy rozpocząć umiejętną obserwację. Asesor kolegialny zatrzymał się na środku Pietrowki, nie zwracając uwagi na deszcz, który co prawda padał już mniej gwałtownie niż przedtem.
Jakaż, u licha, obserwacja?! Przecież jest pod aresztem i nie wolno mu wychodzić z hotelu. Pomocników nie będzie, a obserwować w pojedynkę nie ma większego sensu – tutaj potrzebnych jest z pięciu czy sześciu doświadczonych agentów.
Żeby myśl skręciła z utartych kolein, Fandorin ośmiokrotnie szybko i głośno klasnął w dłonie. Schowani pod parasolami przechodnie odskoczyli od szaleńca, a na ustach asesora kolegialnego pojawił się uśmiech zadowolenia. Przyszedł mu do głowy oryginalny pomysł.
Kiedy Erast Pietrewicz wszedł do obszernego hallu „Dussault”, od razu skręcił w stronę kontuaru.
– Przyjacielu – zwrócił się do portiera głosem nieznoszącym sprzeciwu. – Połącz no mnie z hotelem „Anglia”, tym na Pietrowce, a sam odejdź, mam p-poufną rozmowę.
Portier, który zdążył przywyknąć do tajemniczego zachowania poważnego urzędnika spod dwudziestki, ukłonił się, powiódł palcem po wiszącym na ścianie spisie posiadaczy telefonów, znalazł żądany numer i zdjął tubkę.
– „Anglia”, tutaj pan Fandorin – powiedział i podał asesorowi kolegialnemu słuchawkę.
Ktoś tam zapiszczał:
– Kto przy telefonie?
Erast Pietrowicz wyczekująco popatrzył na portiera, ten zaś grzecznie przeniósł się w najdalszy kąt hallu.
Dopiero wtedy Fandorin zbliżył usta do tubki i powiedział:
– Proszę zawołać panią Wandę. Proszę powiedzieć, że pilnie prosi ją pan Klonow. Tak, tak, Klonow!
Serce młodego człowieka biło w przyspieszonym tempie. Pomysł, który przyszedł mu do głowy, był nowy i bezczelny w swojej prostocie. Łączność telefoniczna, w szybkim tempie podbijająca Moskwę, była na razie, mimo wielkich udogodnień, daleka od doskonałości. Prawie zawsze udawało się zrozumieć sens wypowiedzianych słów, ale membrana nie przekazywała brzmienia głosu. W najlepszym wypadku – a i to nie zawsze – można było się zorientować, czy głos należy do kobiety, czy do mężczyzny. Gazety pisały, że wielki wynalazca, mister Bell, opracowuje nowy model, który będzie przekazywał dźwięk o wiele lepiej. A jednak, jak głosi chińska mądrość, nawet w niedoskonałości można się doszukać zalet. Erast Pietrowicz nigdy jeszcze nie słyszał, żeby ktoś w rozmowie telefonicznej podawał się za kogoś innego. Dlaczego więc nie spróbować?