– Eraście Pietrowiczu, nie tak szybko – poprosił oberpolicmajster. – Bo kręci mi się w głowie. Jaka partia? Gdzie? U nas, w ministerstwie spraw wewnętrznych?
Fandorin wzruszył ramionami:
– To bardzo możliwe. W każdym razie bez pańskiego szefa, hrabiego Tołstowa, się nie obyło. Proszę przypomnieć sobie list usprawiedliwiający Churtinskiego i depeszę wspierającą Piewcowa. Radca dworu okazał się marnym wykonawcą. Zanadto był chciwy: połakomił się na milion Sobolewa, postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym. Ale centralną postacią w całej tej historii jest niewątpliwie jasnooki blondyn.
Nagle asesor kolegialny wzdrygnął się, olśniony nowym pomysłem.
– Chwileczkę… A może wszystko jest jeszcze b – bardziej skomplikowane! No pewnie!
Zerwał się i szybko przeszedł po gabinecie z kąta w kąt – generał tylko wodził spojrzeniem za miotającym się Fandorinem, bojąc się zakłócić bieg myśli przenikliwego urzędnika.
– Minister spraw wewnętrznych nie mógł organizować zabójstwa adiutanta generalnego Sobolewa, cokolwiek by ten planował! To nonsens! – Wzburzony Erast Pietrewicz przestał się jąkać. – Nasz Klonow to zdaje się nie ten Piewcow, o którym pisał książę. Prawdziwego Piewcowa najpewniej nie ma już wśród żywych. Pachnie tu nader chytrą intrygą, obmyślaną w taki sposób, żeby w razie fiaska wszystko można było zwalić na wasz resort! – Asesor kolegialny fantazjował niepowstrzymanie. – Aha, aha, aha.
Kilka razy szybko klasnął w dłonie, a zaskoczony generał, który przez cały czas słuchał go w napięciu, omal nie podskoczył.
– Załóżmy, że minister wie o spisku Sobolewa i zarządza tajną obserwację generała – to raz. Ktoś inny też wie o spisku i chce zabić Sobolewa – to dwa. W odróżnieniu od ministra ten człowiek, a najprawdopodobniej ci ludzie, których nazwiemy kontrspiskowcami, nie działają w ramach zakreślonych przez prawo i mają jakieś własne cele.
– Jakie cele? – zapytał słabym głosem skołowany ostatecznie oberpolicmajster.
– Z pewnością władzę – niedbale odrzekł Fandorin. – Jakież inne mogą być cele, kiedy intryga rozwija się na takim szczeblu? Kontrspiskowcy mieli do dyspozycji niezwykle przedsiębiorczego i pomysłowego osobnika, którego znamy jako Klonowa. Co do tego, że nie jest żadnym kupcem, można nie mieć wątpliwości. To człowiek nieprzeciętny, o zdolnościach wręcz niebywałych. Niewidzialny, nieosiągalny, nieuchwytny. Wszechobecny, nieodmiennie zjawiał się przed nami i pierwszy zadawał cios. Chociaż my dwaj działaliśmy zawsze szybko, odchodziliśmy z kwitkiem.
– A jeśli mimo wszystko jest kapitanem żandarmerii i działa z upoważnienia ministra? – spytał Karaczencew. – I jeśli… – przełknął ślinę -…jeśli usunięcie Sobolewa ma najwyższą sankcję? Proszę wybaczyć, panie Eraście, ale obaj jesteśmy profesjonalistami i doskonale wiemy, że dla dobra państwa czasem trzeba się uciekać do nietradycyjnych metod.
– Po co w takim razie wykradać teczkę, i to jeszcze z urzędu żandarmerii? – Fandorin wzruszył ramionami. – Przecież teczka, tak czy owak, już trafiła do urzędu, a pan drogą służbową przesłałby ją do Petersburga, do tegoż hrabiego Tołstowa. Po cóż tyle zachodu? Nie, ministerstwo nie ma z tym nic wspólnego. A i zabić bohatera narodowego to nie to, co udusić w więzieniu jakiegoś generała Pichegru. Podnieść rękę na Michaiła Sobolewa? Bez sądu i śledztwa? Nie, Jewgieniju Osipowiczu, nasza władza nie jest święta, ale coś takiego przekraczałoby już wszelkie granice. Nie wierzę.
– Tak, ma pan rację – przyznał Karaczencew.
– A poza tym zręczność, z jaką Klonow dokonuje zabójstw, coś mało przypomina służbę jego cesarskiej mości.
Oberpolicmajster podniósł dłoń:
– Chwileczkę, chwileczkę, bo się pan zagalopuje. Jakie właściwie zabójstwa? Przecież w końcu nie wiemy, czy Sobolew został zabity, czy umarł własną śmiercią. Wyniki sekcji zwłok wskazują na to drugie.
– Nie, został zabity – odparł Erast Pietrowicz. – Chociaż nie mam pojęcia, jak udało się zatrzeć ślady. Gdybyśmy wtedy wiedzieli to, co wiemy teraz, kazalibyśmy pewnie profesorowi Wellingowi zrobić sekcję dokładniej. Przecież z góry zakładał, że śmierć nastąpiła z przyczyn naturalnych, a takie założenie ma duży wpływ na rezultaty A poza tym – asesor kolegialny zatrzymał się przed generałem – przecież na śmierci Sobolewa się nie skończyło. Klonow zatarł wszystkie możliwe ślady. Jestem pewien, że tajemnicza śmierć Knabego była jego dziełem. Niech pan sam osądzi, czy Niemcy, nawet bardzo wystraszeni, zabiliby oficera własnego sztabu generalnego? Tak się w cywilizowanych krajach nie postępuje. W najgorszym wypadku zmusiliby go do samobójstwa, ale rzeźnickim nożem w bok? To nieprawdopodobne! Klonowowi zaś było to nawet bardzo na rękę: przecież obaj uznaliśmy, że zagadka została rozwiązana. Gdyby nie wypłynęła sprawa teczki z milionem, zakończylibyśmy na tym śledztwo. Wielce podejrzana jest także nagła śmierć obera z „Metropolu”. Ów nieszczęsny Timofiej Spiridonowicz winny był najwyraźniej tylko temu, że pomógł Klonowowi znaleźć wykonawczynię, Wandę. Ach, Jewgieniju Osipowiczu, wszystko teraz wydaje mi się podejrzane! – zawołał Fandorin. – Nawet śmierć Miszy Malutkiego! Nawet samobójstwo Churtinskiego!
– No, to już przesada – skrzywił się oberpolicmajster. – Jest list pożegnalny.
– Niech pan powie, tak z ręką na sercu, czy zagrożony zdemaskowaniem Piotr Parmienowicz targnąłby się na swoje życie? Co, taki z niego już był honorowy człowiek?
– No, rzeczywiście, chyba nie. – Teraz to Karaczencew zerwał się i zaczął chodzić wzdłuż ściany. – Raczej próbowałby uciec. Sądząc po znalezionych u niego w sejfie papierach, nieboszczyk miał konto w zuryskim banku. Gdyby nie udało się uciec – błagałby o zmiłowanie, próbował przekupić sędziów. Ja ten rodzaj ludzi dobrze znam, to żywotny naród. Churtinski poszedłby raczej na katorgę, niż się wieszał. List jednak został napisany jego ręką, nie ma wątpliwości…
– Najbardziej przeraża mnie to, że zawsze albo nikt nie podejrzewa morderstwa, albo, jak w przypadkach Miszy i Knabego, podejrzenie pada nieuchronnie na kogoś innego: za pierwszym razem na niemiecką agenturę, za drugim na Fiskę. To oznaka profesjonalizmu najwyższej klasy. – Erast Pietrowicz zmrużył oczy. – Jednego tylko nie pojmuję: jakim cudem zostawił przy życiu Wandę… Przy okazji, Jewgieniju Osipowiczu, trzeba bez zwłoki wysłać patrol i zabrać ją z „Anglii”. A jak zatelefonuje do niej prawdziwy Klonow? Albo, co gorsza, zechce naprawić swoją zdumiewającą niefrasobliwość?
– Swierczinski! – krzyknął generał i poszedł do pokoju przyjęć wydać rozkazy.
Kiedy wrócił, asesor kolegialny stał przed wiszącym na ścianie planem miasta i wodził po nim palcem.
– „Zajazd Świętej Trójcy” to gdzie?
– „Zajazd Świętej Trójcy” to hotelik na Pokrowce, niedaleko cerkwi Świętej Trójcy. O, tutaj – pokazał generał. – Uliczka Chochłowska. Kiedyś naprawdę był tam zajazd klasztorny, teraz to niemal rudery: labirynt przybudówek, skrzydeł, baraków. Zwykle na ten hotelik mówi się po prostu „Trójca”. Miejsce niebezpieczne, do Chitrowki stamtąd tylko parę kroków. Ale w „Trójcy” mieszkają osobnicy nie całkiem straceni – aktorzy, modystki, zbankrutowani kupcy. Nie zatrzymują się tam na długo: albo wydostaną się i wrócą między przyzwoitych ludzi, albo stoczą się jeszcze niżej, w przepaść Chitrowki.