Obszernie odpowiadając na zwykłe pytanie, oberpolicmajster myślał o czym innym i widać było, że niełatwo mu podjąć decyzję. Kiedy skończył, zapadła cisza. Erast Pietrowicz zrozumiał, że rozmowa wchodzi w zasadniczą fazę.
– Oczywiście jest to krok arcyryzykowny, Jewgieniju Osipowiczu – rzekł cicho asesor kolegialny. – Jeśli moje p-przypuszczenia są mylne, ryzykuje pan karierę, będąc przecież człowiekiem ambitnym. Ale dlatego właśnie przyszedłem do pana, a nie do Władimira Andriejewicza, bo ten z pewnością by nie zaryzykował. Jest nadzwyczaj ostrożny, wiek robi swoje. Z drugiej strony jego położenie nie jest tak niezręczne jak pańskie. Za pana plecami ministerstwo splotło intrygę, w której, proszę wybaczyć, miał pan zagrać rolę ddurnia w kartach. Hrabia Tołstow nie uznał za wskazane wtajemniczyć pana, szefa moskiewskiej policji, w sprawę Sobolewa, a zaufał Churtinskiemu, człowiekowi podłemu, a co więcej – złoczyńcy. Ktoś jeszcze od ministra sprytniejszy przeprowadził własną operację. Pan był na uboczu tych wydarzeń, ale w ostatecznym rachunku odpowiedzialność spada na pana. Boję się, że to pan zapłaci za wszystkie szkody. A najbardziej przykre jest to, że nie dowie się pan, kto ich narobił i dlaczego. Żeby zrozumieć prawdziwy sens intrygi, trzeba złapać Klonowa. Wtedy będzie miał pan atut w ręku.
– A jeśli to rzeczywiście agent rządowy, wylecę z hukiem ze służby. W najlepszym wypadku – zaoponował ponuro Karaczencew.
– Jewgieniju Osipowiczu, zatuszować sprawy i tak raczej się nie uda, zresztą nie wolno. Chodzi nie tyle o Sobolewa, ile o straszne pytanie: cóż to za tajemnicza siła kręci losem Rosji? Jakim prawem? I co ta siła jutro wymyśli?
– Myśli pan o masonach? – zdziwił się generał. – Hrabia Tołstow istotnie jest członkiem loży, to samo Wiaczesław Plewako, dyrektor departamentu policji. Chyba z połowa wpływowych ludzi w Petersburgu należy do masonerii. Tylko po co im zabójstwo polityczne, skoro i tak wszystkich za łeb trzymają, całkiem legalnie?
– Jacyż tam masoni! – Fandorin ze złością zmarszczył czoło. – O nich wszyscy wiedzą. Tutaj mamy do czynienia z prawdziwym, nie operetkowym sprzysiężeniem. A w wypadku sukcesu, ekscelencjo, może pan zdobyć klucz do takiej komnaty Aladyna, że dech zapiera.
Jewgienij Osipowicz ze wzburzeniem poruszył rudymi brwiami. To kuszące, bardzo kuszące. I judaszowi Plewako (ładny kolega!), i samemu hrabiemu Tołstowowi można wypłatać niezłego figla. Żeby nie kpili z Karaczencewa, nie wystawiali go do wiatru. Doigraliście się, panowie, doskakaliście. No, tajna obserwacja spiskowca – to jasne: w takiej sprawie potrzebna jest dyskrecja. Ale żeby pod nosem waszych agentów zabito bohatera narodowego – to już skandal. Prześlepiliście, petersburskie mądrale. Teraz pewnie włosy z głowy rwiecie, trzęsiecie się ze strachu. A tutaj Jewgienij Osipowicz przyprowadza łotra: macie, panowie. Hmm, a może pójść z łotrem do kogoś jeszcze wyższego? Ho, ho, to rzeczywiście nie byle jaka sprawa!
Oberpolicmajster dotarł w wyobraźni na szczyty tak niebotyczne, że zaparto mu dech w piersi. Ale i zaczęło ssać w dołku. Ze strachu.
– No dobrze – powiedział ostrożnie. – Przypuśćmy, że aresztujemy Klonowa. A on pary z ust nie puści. Bo liczy na swoich protektorów. Co wtedy zrobimy?
– Słuszna uwaga. – Asesor kolegialny skinął głową, ukrywając zadowolenie z faktu, że rozmowa ze stadium teoretycznego przeszła w praktyczne. – Też o tym myślałem. Złapać Klonowa będzie bardzo trudno, a zmusić do mówienia – po s-stokroć trudniej. Dlatego mam propozycję.
Jewgienij Osipowicz nastawił uszu, wiedząc z doświadczenia, że obrotny detektyw nie zaproponuje byle czego i najtrudniejsze weźmie na siebie.
– Pańscy ludzie otoczą „Trójcę” ze wszystkich stron, żeby mysz się nie prześlizgnęła – Fandorin z zapałem zajął się mapą. – Tutaj będzie kordon, tutaj i tutaj. W całej okolicy należy zamknąć podwórza przechodnie; na szczęście jest wczesny ranek, wielu będzie jeszcze spało. Koło samej „Trójcy” – kilku najlepszych agentów; trzech, czterech ludzi, nie więcej. Powinni działać wyjątkowo ostrożnie, dobrze się maskując, żeby, broń Boże, nie wystraszyć obiektu. Mają czekać na mój sygnał. Ja zaś p-pójdę do pokoju Klonowa i zaproponuję mu zabawę w szczerość. Nie zabije mnie od razu; będzie chciał wyjaśnić, skąd się wziąłem, czy dużo wiem i o co mi chodzi. Tak więc zatańczymy z nim wytworne pas de deux: ja mu trochę uchylę rąbka tajemnicy, to i on ze mną leciutko się odsłoni; p-potem znowu ja – znowu on. Mając pewność, że może mnie sprzątnąć w każdej chwili, Klonow będzie rozmowniejszy niż w przypadku aresztowania. Innego sposobu nie widzę.
– Ale to duże ryzyko – powiedział Karaczencew. – Jeśli ma pan rację, że jest takim wirtuozem zabójstw, to niech pana Bóg strzeże…
Erast Pietrowicz niefrasobliwie wzruszył ramionami.
– Jak mówi Konfucjusz, szlachetny mąż powinien sam odpowiadać za swoje błędy.
– Cóż, z Bogiem. To wielka sprawa. Albo żyć, albo gnić. – Niespodziewanie w głosie oberpolicmajstra dało się słyszeć nutę współczucia. Mocno uścisnął Fandorinowi rękę. – Niech pan wraca, Eraście Pietrowiczu, do hotelu i porządnie się wyśpi. Proszę się o nic nie martwić, osobiście przygotuję operację. Wszystko będzie w najlepszym porządku. Rano pójdzie pan do „Trójcy” i sam sprawdzi, czy moje zuchy dobrze się zamaskowały.
– Pan, ekscelencjo, zupełnie jak ta Mądra Wasylisa. – Asesor kolegialny pokazał w uśmiechu białe zęby. – Śpij, Iwanku, kto wieczorem płacze, ten się rano śmieje. Cóż, naprawdę jestem trochę zmęczony, a jutrzejsza sprawa to nie bagatelka. Punkt szósta jestem w „Trójcy”. Umownym sygnałem, na który pańscy ludzie przybiegną na pomoc, będzie gwizdek. Wcześniej niech się pod żadnym pozorem nie pokazują… No, a w razie czego – żeby się nie wymknął. To już, Jewgieniju Osipowiczu, moja osobista p-prośba.
– Proszę się nie martwić – odrzekł poważnie generał, ciągle jeszcze trzymając młodego człowieka za rękę. – Zrobimy wszystko po jubilersku. Z agentów wybiorę samo złoto i w takiej ilości, jaka będzie potrzebna. Tylko niech pan, ryzykancie, zachowa ostrożność.
Erast Pietrowicz już dawno nauczył się budzić o wyznaczonej przez siebie porze. Dokładnie o piątej rano otworzył oczy i uśmiechnął się, gdyż zza parapetu akurat wyjrzała sama krawędź słońca, co sprawiało wrażenie, jakby przez okno zaglądał ktoś z okrągłą, łysą głową.
Pogwizdując arię z Napoju miłosnego, Fandorin ogolił się i nie bez zadowolenia przyjrzał w lustrze swojej pięknej twarzy. Samurajowi nie wolno jeść śniadania przed walką, toteż zamiast wypić poranną kawę, asesor kolegialny trochę popracował z ciężarkami i bez pośpiechu zajął się gruntownym przygotowaniem ekwipunku. Uzbroił się najsolidniej, jak tylko mógł, bo przeciwnik był poważny.
Masa pomagał się panu szykować, okazując coraz wyraźniejszy niepokój. W końcu nie wytrzymał.
– Panie, taką twarz ma pan zawsze, kiedy śmierć jest blisko.
– Przecież wiesz, że prawdziwy samuraj każdego ranka powinien budzić się gotowy na śmierć – zażartował Erast Pietrowicz, wdziewając jasną czesuczową marynarkę.
– W Japonii zawsze brał mnie pan ze sobą – poskarżył się służący. – Wiem, że już dwa razy pana zawiodłem, ale to się więcej nie powtórzy. Przysięgam, inaczej obym w przyszłym życiu został meduzą! Niech pan mnie zabierze. Bardzo proszę.
Fandorin żartobliwie połaskotał go po małym nosie.
– Tym razem w niczym nie możesz mi pomóc. Powinienem być sam. Wcale zresztą nie będę sam, będzie ze mną cała armia policjantów. To mój przeciwnik jest sam.
– Niebezpieczny?
– Bardzo. Ten, który wyłudził od ciebie teczkę.