Masa zaczął sapać, ściągnął rzadkie brwi i nic już nie powiedział.
Erast Pietrowicz postanowił dojść do Pietrowki pieszo. Ach, jaka ładna była Moskwa po deszczu! Świeżość, różowy welon świtu, cisza. Jeśli umierać, to tylko w tak cudowny ranek – pomyślał asesor kolegialny i od razu zganił się za melodramatyczne skłonności. Spacerowym krokiem, pogwizdując, wyszedł na plac Łubianki, gdzie przy fontannie fiakrzy poili konie. Skręcił na Solankę, z rozkoszą wciągnął aromat świeżego chleba, który dolatywał z otwartych okien mieszczącej się w suterenie piekarni.
Teraz trzeba skręcić. Domy już biedniejsze, chodnik węższy, a przed samą „Trójcą” krajobraz w ogóle przestał być idylliczny: kałuże na jezdni, przekrzywione płoty, odrapane ściany. Tak spostrzegawczy zazwyczaj Erast Pietrowicz nie widział nigdzie policyjnego kordonu i bardzo się z tego ucieszył.
Przy wejściu na podwórze popatrzył na zegarek: za pięć szósta. Akurat w porę. Drewniana brama, na niej skrzywiony szyld: „Zajazd Świętej Trójcy”. Wszystkie budynki są parterowe, każdy numer ma oddzielne wejście. Numer pierwszy, drugi, trzeci, czwarty, piąty, szósty. Siódmy w takim razie chyba za węgłem.
Tylko żeby Klonow nie zaczął strzelać od razu, bez żadnej rozmowy. Trzeba mieć w pogotowiu jakieś zdanie, które zbije go z tropu. Na przykład: „Ukłony od mademoiselle Wandy”. Albo coś bardziej wymyślnego: „Czy wiadomo panu, że Sobolew nadal żyje?” Byle nie wypuścić inicjatywy z rąk. A potem już intuicja podpowie. Pewności siebie dodawał ciążący w kieszeni gerstal.
Erast Pietrowicz szybko skręcił do bramy. Stróż w brudnym fartuchu leniwie przesuwał miotłą po kałuży. Na eleganckiego pana popatrzył spode łba, a Erast Pietrowicz dyskretnie mrugnął do niego. Stróż jak się patrzy, czego chcieć. Pod bramą siedział jeszcze jeden agent, ten udawał pijanego: chrapał, nasunąwszy czapkę na twarz. Też nieźle. Fandorin obejrzał się do tyłu i zobaczył, jak ulicą drepce grubawa babulinka w bezkształtnym worku i nasuniętej na oczy chuście w kwiaty. No, to już przesada, pokręcił głową asesor kolegialny. Trąci farsą.
Numer siódmy w istocie był pierwszy za węgłem, w wewnętrznym podwórzu. Ganeczek z dwoma schodkami, na drzwiach białą olejną farbą namalowane: „No 7”.
Erast Pietrowicz zatrzymał się, wciągnął duży haust powietrza, i wypuścił je małymi, równymi porcjami.
Podniósł rękę i niegłośno zapukał.
Dwa razy, trzy, a potem jeszcze dwa.
CZĘŚĆ DRUGA
Skirowsk
1
Ojciec miał na imię Pelef, co po starohebrajsku oznacza „ucieczka”. Kiedy się urodził, „braci Chrystusowych”, którzy dwie setki lat przeżyli na Morawach, spotkało nieszczęście. Cesarz cofnął przywilej zwalniający wspólnotę braterską ze służby wojskowej, bo zaczął wojnę z innym cesarzem i potrzebował wielu żołnierzy.
Wspólnota odeszła w ciągu jednej nocy, rzuciła ziemię i domy. Przeniosła się do Prus. „Braciom Chrystusowym” było obojętne, o co chodzi cesarzom – surowa wiara zabraniała służyć ziemskim władcom, składać im przysięgę na wierność, brać broń do ręki i nosić mundur z herbowymi guzikami, które są odciskami szatańskiej pieczęci. Dlatego na swoich długich brązowych kamizelach, których krój przez dwa stulecia z górą prawie się nie zmienił, bracia nie nosili guzików; uznawali tylko tasiemki. W Prusach mieszkali ich współwyznawcy. Kiedyś, bardzo dawno temu, przybyli tutaj, też ratując się ucieczką przed Antychrystem. Król dał im ziemię w wieczystą dzierżawę i zwolnił ze służby wojskowej, pod warunkiem że osuszą bezkresne pruskie bagna. Przez dwa pokolenia bracia walczyli z nieprzebytymi trzęsawiskami, w trzecim je pokonali i zaczęli żyć na obfitujących w humus ziemiach dostatnio i swobodnie. Współwyznawców z Moraw przyjęli gościnnie, podzielili się z nimi wszystkim, co mieli, i żyli odtąd razem przyzwoicie i w spokoju.
Pelef ożenił się, gdy zaczął dwudziesty pierwszy rok życia. Bóg dał mu dobrą żonę; ta w przepisanym czasie powiła syna. Ale potem Wszechmogący zapragnął poddać swoje wierne sługi ciężkim próbom. Najpierw przyszła zaraza, podczas której umarło ich wielu, w tym także żona i syn Pelefa. Nie szemrał, chociaż jego życie zmieniło barwę, z białego stało się czarne. Ale Wszechmogący uznał, że to mało, i postanowił okazać wybrańcom Swoją niezmienną miłość w całej jej surowości. Nowy, oświecony król stwierdził, że w jego włościach wszyscy są sobie równi, zniósł więc prawo, które nadał inny król, żyjący dawno temu. Teraz i żydzi, i menonici, i „bracia Chrystusowi” obowiązani byli służyć w wojsku i orężem bronić ojczyzny. Ojczyzna braci znajdowała się wszelako nie pośród osuszonych pruskich bagien, ale na niebiesiech, przeto Konwent starszych naradził się i zdecydował, że trzeba jechać na wschód, do cara rosyjskiego. Tam też była wspólnota, skąd czasem przychodziły listy, które wędrowały długo, wiezione przez zaufanych ludzi, bo przecie poczta rządowa była wynalazkiem Szatana. W listach bracia pisali, że ziemia w owych krajach jest żyzna, a władza pobłażliwa i zadowala się małymi darami.
Zabrali dobytek; co mogli – sprzedali, resztę wyrzucili. Jechali wozami siedem dni, aż przybyli do krainy o trudnej nazwie Melitopolstschina. Ziemia tam zaiste była żyzna, ale dwanaście młodych rodzin wraz z wdowcem Pelefem zapragnęło jechać dalej, z tej przyczyny, że nigdy nie widzieli gór; jedynie czytali o nich w świętych księgach. Nie umieli sobie wyobrazić, jak to być może, że ziemia podnosi się ku niebu na wiele tysięcy łokci i dosięga bożych obłoków. Młodzi chcieli to zobaczyć, a Pelefowi było wszystko jedno. Bardzo podobała mu się jazda przez lasy i pola na wozie zaprzężonym w woły, bo to odrywało go od myśli o Racheli i małym Achabie, którzy na zawsze pozostali w mokrej pruskiej ziemi.
Góry okazały się dokładnie takie, jak napisane było w księgach. Nazywały się Kaukaz i rozciągały na wszystkie strony świata, gdziekolwiek człowiek spojrzał. Pelef zapomniał o Racheli i Achabie, ponieważ tutaj wszystko było inne i nawet chodzić trzeba było inaczej, tylko z góry na dół albo z dołu do góry. Ożenił się zaraz w pierwszym roku pobytu.
A było to tak: „bracia Chrystusowi” wycinali las na jedynym w okolicy łagodnym zboczu, oczyszczając pole pod orkę. Miejscowe dziewczęta patrzyły, jak obcy mężczyźni w długich, śmiesznych ubraniach żwawo ścinają wiekowe sosny i karczują uparte pniaki. Dziewczyny naśmiewały się z nich, gryząc przy tym orzechy. Jedna z nich, piętnastoletnia Fatima, zapatrzyła się na olbrzyma o białych włosach i z białą brodą. Był wielki, ale dobry i spokojny, całkiem inny niż mężczyźni z jej aułu, gwałtowni w uczynkach i w ruchach.
Fatima musiała się ochrzcić i nosić inną odzież: czarną suknię i biały czepiec. Musiała zmienić imię, z Fatimy stała się Sarą, od świtu do nocy musiała pracować w domu i gospodarstwie, uczyć się obcej mowy, a przez całą niedzielę modlić się i śpiewać w domu modlitwy, który wzniesiono wcześniej niż domy mieszkalne. Ale to wszystko jej nie przerażało, bo z białowłosym Pelefem było jej dobrze, a przecież Allah nie obiecywał kobiecie łatwego życia.
Następnego lata, kiedy Sara-Fatima wiła się w mękach połogu, z gór zjechali wrodzy Czeczeńcy, spalili pszenicę i zabrali bydło. Pelef patrzył, jak zabierają konia, dwa woły, trzy krowy, i modlił się, żeby go Bóg nie opuścił i nie pozwolił dać się ponieść gniewowi. Dlatego synowi, którego pierwszy krzyk rozległ się w tej samej chwili, kiedy po gładko heblowanych ścianach domu bożego pełzały chciwe języki ognia, ojciec nadał imię Achimas, co znaczy „Brat Gniewu”.