Paul zamilkł i wbił spojrzenie w ścianę. Mike dotknął rękojeści i przejechał delikatnie palcami po splotach trzonu. Wcale nie były zimne.
– Pokażę ci ten dokument – Paul stęknął i wstał z fotela. – Znalazłem go na dnie szkatuły, dałem do przetłumaczenia i… – Paul podszedł do biurka i zaczął trzaskać szufladami szukając dokumentu. Znalazł go w czwartej i podał Mike’owi, który położył ostrożnie kasetę na stole i otworzył cienką teczkę. Wewnątrz było kilka kartek maszynopisu.
– Żeby było szybciej powiem ci, że to jest fragment spowiedzi jakiegoś szlachetki, który brał udział w trzeciej i czwartej krucjacie. Z tej ostatniej… – Pamiętasz cokolwiek? – zapytał nagle i nie czekając na odpowiedź wyjaśnił: – Rozpoczęła się w 1202 roku, zakończyła w dwa lata później. Zupełnie się nie udała, bo krzyżowcy idąc na Palestynę aby odbić Jerozolimę zostali wciągnięci przez Wenecję w wojnę z Bizancjum i w końcu zdobyli Konstantynopol. Tam właśnie szlachcic de Lavignac w zakamarku splądrowanego pałacyku jakiegoś tureckiego dostojnika znalazł tę kasetę i dużą księgę, której fragment przetłumaczył mu jeniec. To wszystko opowiedział na spowiedzi zakonnikowi z klasztoru w Cannesey. Teraz czytaj, od drugiej strony – Paul odchylił się w fotelu i zapalił papierosa. Poprzedni zgasł w popielniczce. Mike przełożył pierwszą stronę na spód, i pochylił się nad kartką.
Oślim był mi bardzo wdzięczny za uratowanie wnuczki z rąk moich kamratów. Chciał mi oddać swoje oszczędności, alem ja ich nie chciał. Pokazałem mu księgę, com ją był znalazł w pałacu Tuterbeja i kazałem sobie przetłumaczyć. Stary padł przede mną na kołana i błagał, bym odstąpił od zamiaru, alem się zaparł. Tedy on poprosił, abym przyszedł z wieczora, a on mi wtedy rzecz całą przetłumaczy. Uwierzyłem mu i do dziś nie mogę sobie tego darować, bo kiedym przyszedł o zmroku okazało się, że pies ten, rodzinę gdzieś ukrywszy, a przede wszystkim wnuczkę swoją, spalił całą księgę. Gdym to usłyszał, złość mnie wściekła porwała i jużem miał mu głową zdjąć, gdym zobaczył, że kilka kart wyrwanych z onej księgi na stole leży obok rękojeści miecza z puzdra wyjętej. Przemówiłem do siebie i gniew powściągnąłem. Spokojnie go zapytałem po cóż to zrobił, a on płaczem wybuchnął i błagał, bym do niego złości nie żywił. I mówił, że księga ta nikomu niczego dobrego dać nie może, a zło jeno i wszeteczności i ohydy wszelakie. Miała to być księga panowanie Szatana zwiastująca, a każdy, kto ją miał przeczytać, władcy piekielnemu odtąd służyć musiał. Oślim tłumaczył mi, jakoż nawet Turcy księgi tej się bali i przez to ją schowali. Najpierwem się był wystrachał, że tak blisko zło mię było, ale potem, gdym nieco ochłonął, przypomniałem sobie iż nigdym o takowej księdze nie słyszał. A przecie pilniem na nauki uczęszczał i nie masz w mojej okolicy chrześcijanina spieszniej niż ja Panu naszemu służącego. Kazałem zamilczeć Oślimowi, a sam uklęknąwszy pacierz odmówiłem i poleciłem się Najjaśniejszej Panience z Cannesey, a tak uspokojony usiadłem i Oślima zapytałem czemu te kilka kart ostawit. Stary, leżąc na podłodze i niepewny” czy mu aby głowy nie ujmę, wystękał, że chciał choć trocha mojej ciekawości ulżyć i początek onej księgi ostawił. I przeczytał mi ją. Był czas, że pamiętałem każde jego słowo, choć ino raz opowieść słyszałem, ale czas mi z pamięci sito zrobił i niewiela w niej ostało. Imiona były ani flandryjckie, ani weneckie, ani palestyńskie. Teraz myślę, że rację miał stary Oślim i że to Szatan chciał, abym pozapominał wszystko com miał w głowie. Boć przecie pamiętam imię Oślima i wnuczki jego Taflidy i imiona wszystkich moich kamratów zacnych z wypraw obu. A historię miecza onego prawie całą żem przepomniał, a i imion żadnych nie pamiętam. Tedy nad grobem już stojąc przekazuję rękojeść klasztorowi w Cannesey i opowieść moją. Oto com z niej zapamiętał.
Oślim powiadał, że historia owa wydarzyła się tak dawno, że nikt nawet nie wie jakie to były czasy i nikt nie wie, gdzie owo miało miejsce. Żył król potężny, który mieczem magicznym władał, a miecz zdobył był na jakiejś wyprawie i miecz ów siłę nieczystą pędził. Atoli król dufny w potęgę miecza siły owej nie wytępił, jeno część jej ostawił dla zabawy swojej i dumy z potęgi własnej. Długo to trwało, aż trzej czarownicy jakowyś podstęp diabelny uknuli i podstawili królowi rękę czyjąś, której miecz przeciąć nie mógł. Pękł ci on na kilka części, a zło rozpanoszyło się na świecie. I miało od tej chwili coraz być mocniejszym, aż zapanuje w zupełności. Chyba żeby ktoś pokonał czarowników onych, a wtedy miecz się zrośnie z powrotem i diabła łacno zwycięży.
Dużom ja tedy myślał o onej historii, długom jeszcze żył i dużom złego widział, aż czasem zaczynałem wierzyć, że zło prawdziwie włada światem, ale wtedym szedł do kościoła albo i klękał gdziem był i po modlitwie myśli durne z głowy wylatywały…
Mike oderwał się od kartki i spojrzał na Paula. Gospodarz prawie skończył papierosa i wypił zawartość swojej szklanki. Mike sięgnął do paczki i zapalił również.
– Dobre! – powiedział i od razu poczuł, że nie jest to właściwe słowo. – Niesamowita historia. Jeśli ten krzyżowiec mówi prawdę, to już chociażby działanie Oślima świadczy, że musiał bardzo bać się księgi. Bardziej niż kary za jej zniszczenie. Byłoby to zrozumiałe, gdyby chodziło o coś związanego z ich religią, fanatyzm i tak dalej. Ale to najwyraźniej nie miało nic wspólnego z prorokiem, a Oślim ratował cały świat. Tak przynajmniej sądził.
– Myślałem nad tym sporo czasu i doszedłem do takich samych wniosków.
Mike odłożył kartki na stół i zamknął kasetkę ze szczątkami miecza.
– Oczywiście wykluczasz, że to falsyfikat? – stwierdził.
– Jasne! Pergamin, liternictwo, styl – wszystko się zgadza. Mam ekspertyzy – Paul machnął ręką. – Słuchaj. – podszedł do Mike’a i klepnął go w ramię. – Dajmy sobie spokój. Jest w tej historii coś, co wciąga, wiem po sobie. Wypijemy coś mocniejszego i pójdziemy do dzieci, co? Wezmę wiatrówkę, chłopcy sobie postrzelają. Chris to uwielbia.
– Dobrze – uśmiechnął się Mike. – Wygląda jakbyś miał wyrzuty sumienia – powiedział już na schodach.
– Bo chyba mam. Wyglądałeś jakbyś… Aj! – krzyknął nagle. – Zapomniałem sprawdzić… – zmarszczył brwi.
– Co? – zatrzymał się Mike.
– Ten gwizd – powiedział Paul wolno. – Pierwszy raz słyszałem gwizd, chciałem to wyjaśnić i zapomniałem. Nieważne. Zobaczę później.
Zeszli prawie na sam dół.
– Dziwne – powiedział nagle Mike, gdy Paul wyminął go i stał już w drzwiach salonu. – Ja też zapomniałem coś sprawdzić.
– A co?
– Wydawało mi się, że rękojeść była cieplejsza niż gdy dotknąłem jej pierwszy raz – odpowiedział Mike.
Wyminął gospodarza i wszedł do salonu. Podszedł do drzwi na taras i przystanął w progu. Nabite na czubki drzew słońce oświetlało Mike’a od przodu i może dlatego wydał się stojącemu na nim Paulowi wyższy i cięższy niż jeszcze przed chwilą na schodach.
Plama księżycowego światła bezszelestnie wsunęła się na pościel i po krótkiej wędrówce osiadła na twarzy śpiącego. Mike poruszył ręką i obudził się. Chwilę patrzył w obcy sufit z dworna rzędami małych plafonów, potem, gdy już przypomniał sobie wydarzenia wczorajszego dnia, podniósł się i przyjrzał Helen. Spała. Muki ułożył się pod drzwiami i sapał głośno. Poderwał się, słysząc szelest pościeli i spojrzał Mike’owi w oczy. Mike przyłożył palec do ust i syknął. W odpowiedzi ogon wodołaza wykonał kilka energicznych wahnięć, z głuchym stuknięciem uderzając o framugę drzwi.
Mike wyskoczył z łóżka i na palcach podszedł do wyjścia. Bezszelestnie wyślizgnęli się na korytarz i zeszli do salonu. Mężczyzna otworzył drzwi na taras i zabierając ze sobą papierosy wyszedł na chłodne płyty. Pies radośnie wybiegł na trawę polany i penetrował teren nasycony obcymi zapachami. Dym papierosa ulatywał miękkimi zwojami i rozpraszał się w nieruchomym powietrzu. Muki zarzucił nocny zwiad i usiadł przed Mikiem. Podrapany za uszami zadrżał z radości. Poderwał się natychmiast, gdy Mike strzelił niedopałkiem w rozsrebrzoną blaskiem księżyca ciemność. Razem weszli na piętro. Pies szedł tuż obok nogi Mike’a nie zauważając, że jego pan mija drzwi sypialni i ostrożnie wchodzi do gabinetu. Muki wcisnął się za nim. Mike rozejrzał się po pokoju, a potem skierował w stronę stołu i od razu otworzył kasetę. Rękojeść leżała w wymodelowanym gnieździe. Mike patrzył chwilę i potem wziął ją do ręki. Była ciepła, jakby ogrzana czyjąś dłonią. Jej ciężar, wyraźnie wyczuwalny w pierwszej chwili, ulatywał, stawała się coraz lżejsza, po kilkunastu sekundach Mike nie czuł już jej wagi, ale nie było to podobne do trzymania czegoś lekkiego, cały czas wiedział, że rękojeść tkwi w jego dłoni, że jest duża, że powinna być ciężka. Jej waga pozostała bez zmian, to on stał się silniejszy. Zacisnął palce i uniósł dłoń. Przeciął od góry na ukos strugę księżycowego światła. Muki odsunął się tyłem i cicho warknął, słysząc melodyjny świst.