Выбрать главу

Logan tak dobrze ją znał, że nie mógł tego nie rozumieć. Nie mógł odrzucić prawdy. Eve należała do ciemności.

Phoenix, Arizona

Ciemność.

Don zawsze lubił noc. Nie dlatego, że coś ukrywała, lecz z powodu ekscytacji niewiadomym. W nocy nic nie wydawało się takie samo, a jednak wszystko stawało się wyraźniejsze. To chyba Saint-Exupery napisał coś na ten temat?

Ach, tak, przypomniał sobie…

Kiedy kończy się destrukcyjna analiza dnia i wszystko, co jest naprawdę ważne, staje się znów całe i zdrowe. Kiedy człowiek przeistacza się ze swego fragmentarycznego ja i rośnie ze spokojem drzewa.

Nigdy nie czuł się rozbity na kawałki, ale noc przynosiła spokój i siłę. Wkrótce spokój odejdzie, lecz siła będzie w nim śpiewać, niczym chór tysiąca głosów.

Chór. Uśmiechnął się, zdając sobie sprawę, iż jedna myśl pociąga za sobą drugą.

Wyprostował się za kierownicą. Kobieta właśnie wychodziła z domu. Wybrał ją bardzo starannie ze względu na poziom trudności. Był pewien, że będzie to bardziej podniecające przeżycie niż ostatnio z prostytutką. Debby Jordan, blondynka, trzydzieści jeden lat, mężatka, matka dwojga dzieci. Była skarbniczką w szkolnym komitecie rodzicielskim, miała przyjemny sopranowy głos i śpiewała w chórze kościoła metodystów przy Hill Street. Teraz wybierała się na próbę chóru.

Nigdy tam nie dojdzie.

Rozdział drugi

W czasie obiadu Logan i Joe zachowywali się wobec siebie uprzejmie, ale Eve czuła między nimi napięcie.

Nienawidziła tego. Lubiła jasne, szczere i wyraźne sytuacje. Obserwowanie obu mężczyzn przypominało obserwowanie dwóch gór lodowych dryfujących do siebie i niemających pojęcia, kiedy nastąpi zderzenie, ponieważ większość ich masy znajdowała się pod powierzchnią.

Nie mogła tego wytrzymać. Do diabła z deserem! Zerwała się.

– Chodź, Joe. Pójdziemy na spacer.

– Mnie nie zapraszasz? – mruknął Logan. – To bardzo nieładnie. Poza tym nie skończyliśmy obiadu.

– Ja skończyłem. – Joe wstał i rzucił na stół serwetkę. – Nie, nikt pana nie zaprasza.

– To i dobrze, bo pewno bym się nudził. Mogę się domyślać, co pan powie Eve. – Logan rozparł się wygodniej na krześle. – Proszę się nie krępować. Po to pan tu przyjechał. Ja z nią porozmawiam, jak wróci.

– Na pewno by się pan nie nudził – powiedział Joe, idąc do drzwi. – A w ogóle to trzęsie pan portkami ze strachu.

Eve pobiegła za Joem.

– Jasna cholera! Musiałeś to powiedzieć?

– Tak. W końcu musiałem. Przez cały wieczór byłem zbyt miły i dostałem niestrawności.

– Jesteś jego gościem.

– Od tego też mnie już boli brzuch. Chodźmy na plażę. Eve chętnie wyszła z domu, gdzie panujące napięcie sprawiało, że trudno jej było oddychać.

Kiedy wyszli na taras, zdjęła buty i przyglądała się Joemu, który najpierw zdjął buty i skarpetki, a potem starannie podwinął nogawki spodni. Przypomniał jej się ostatni raz, gdy widziała go na pędzącej po jeziorze motorówce, z nagim torsem, z nogawkami spodni podwiniętymi aż do kolan, śmiejącego się do niej i do Dianę.

– Masz jeszcze ten dom nad jeziorem?

Kiwnął głową.

– Ale dom w Buckhead oddałem Dianę po rozwodzie jako część wspólnego majątku.

– Gdzie teraz mieszkasz?

– W wynajętym mieszkaniu niedaleko komisariatu. – Joe szedł za Eve wąską ścieżką, prowadzącą na plażę. – Całkiem niezłe. Zresztą przeważnie mnie tam nie ma.

– To widać. – Stopy zagłębiły się w chłodnym, miękkim piasku. Tu było lepiej. Uspokajał ją szum fal i samotność we dwoje z Joem. Znali się tak dobrze, że jego obecność była prawie niezauważalna. No, nie całkiem. Joe nigdy nie pozwalał jej zapomnieć, kim i czym jest. Po prostu byli ze sobą nieodwołalnie związani.

– Nie dbasz o siebie. Jesteś przemęczony.

– Miałem ciężki tydzień. – Szedł teraz tuż przy niej. Milczeli przez chwilę. – Czy matka mówiła ci o Talladedze?

– O czym?

– Przypuszczałem, że nic ci nie powie. Bez przerwy piszą o tym w gazetach, ale ona nie chce, żeby coś cię stąd wyciągnęło.

Eve zesztywniała.

– Co się stało?

– Na skarpie koło wodospadów znaleziono dziewięć szkieletów. Jeden z nich to mała dziewczynka. Biała.

– Ile… miała lat?

– Siedem albo osiem. Odetchnęła głęboko.

– Od jak dawna tam leżała?

– Pierwsze szacunki mówią o ośmiu do dwunastu lat. – Joe przerwał na moment. – To nie musi być Bonnie. Pozostałe szkielety są dorosłe, a o ile wiemy, Fraser zabijał wyłącznie dzieci.

– O ile wiemy. Nie chciał nam niczego powiedzieć. – Głos Eve drżał. – Ten drań tylko się uśmiechał i nic nie mówił. Powiedział, że zakopał ją w ziemi i nic więcej…

– Uspokój się. – Joe lekko uścisnął jej dłoń. – Nie denerwuj się.

– Przestań. Być może znaleziono Bonnie, a ty chcesz, żebym się nie denerwowała.

– Nie chcę, żebyś sobie za wiele obiecywała. Ta dziewczynka może być starsza. Może była zakopana dłużej albo krócej, niż to na razie oszacowano.

– To może być Bonnie.

– Jest taka możliwość. Eve zamknęła oczy. Bonnie.

– A może nie.

– Mogłabym ją zabrać do domu – szepnęła. – Mogłabym zabrać moje dziecko do domu.

– Nie słuchasz mnie, Eve. To naprawdę nic pewnego.

– Słucham. Wiem. – Była znacznie bliżej niż przez wszystkie te lata. To mogła być Bonnie. – Czy da się sprawdzić zęby?

Joe potrząsnął głową.

– W żadnej czaszce nie ma zębów.

– Co?

– Uważamy, że zabójca powyrywał zęby, żeby zapobiec identyfikacji.

Eve wzdrygnęła się. Sprytne posunięcie. Brutalne, ale sprytne. Fraser był sprytny.

– Jest jeszcze DNA. Czy mógłbyś dostać próbki do badania?

– Pobraliśmy próbki ze szpiku kostnego. Badają je w laboratorium. Wiesz jednak, że to musi potrwać.

– Czy nie moglibyśmy skorzystać z tego samego prywatnego laboratorium co ostatnim razem?

– Teller nie zajmuje się już określaniem DNA. Nie był zachwycony całą tą reklamą, jaka wybuchła po naszej ostatniej sprawie.

– Jak długo potrwa badanie?

– Co najmniej cztery tygodnie.

– Nie. Ja zwariuję. Muszę wiedzieć. – Eve odetchnęła głęboko. – Czy pozwolą mi zrekonstruować jej twarz?

– Jesteś pewna, że tego chcesz?

– Oczywiście, że chcę.

Zobaczyć twarz Bonnie, jak ożywa pod jej palcami…

– To będzie dla ciebie dramatyczne przeżycie.

– Nic mnie to nie obchodzi.

– Ale mnie obchodzi – rzucił szorstko. – Nie lubię, kiedy cierpisz.

– Nie będę cierpieć.

– Akurat! Już cierpisz.

– Muszę to zrobić, Joe.

– Wiem. – Spojrzał na morze. – Dlatego przyjechałem.

– Czy możesz zażądać, żebym ja to zrobiła?

– Już to załatwiłem.

– Dzięki Bogu.

– Może się to okazać największym błędem mojego życia.

– Nie, słusznie postąpiłeś. Jesteś dobry.

– Gówno prawda. – Joe ruszył z powrotem do domu. – To przypuszczalnie najbardziej egoistyczna rzecz, jaką w życiu zrobiłem.

– Co wiesz o tych zabójstwach?

– Podam ci szczegóły w samolocie. Mam dla nas bilety na jutrzejszy popołudniowy lot z Tahiti. Czy to za wcześnie?

– Nie. – Logan. Musi powiedzieć Loganowi. – Spakuję się dziś wieczorem.

– Najpierw powiesz Loganowi.

– Tak.

– Ja mu mogę powiedzieć.

– Nie bądź głupi. Zasłużył, żeby usłyszeć to ode mnie.