Выбрать главу

– Piętnaście minut.

Sarah zatrzymała się na moment, aby mogli oboje przez chwilę odsapnąć. Spojrzała na Eve i Joego. Miała dziwne wrażenie, patrząc na nich.

Wyraźnie byli starymi przyjaciółmi, kiedy mówili, jedno kończyło za drugie zaczęte zdanie, a mimo to w ich wzajemnym stosunku widać było jakiś niepokój. Ludzie zdecydowanie zachowywali się zbyt skomplikowanie. O wiele łatwiej było z psami… Na ogół.

– Kończymy? – spytała Jane.

– Niedługo. – Sarah znów ruszyła przed siebie. – Idź do samochodu i weź sobie kanapkę. Na pewno jesteś głodna.

Jane potrząsnęła głową.

– Zaczekam, aż skończymy. – Uśmiechnęła się szeroko. – Monty leci coraz szybciej, prawda? Dlaczego?

– Skąd mam wiedzieć? Ja tylko idę za nim. Jane zmarszczyła brwi.

– Co ci jest?

– Nic. – Sarah wydłużyła krok. – Wracaj do samochodu. Nie nadążysz za nami.

– Zawsze nadążam.

– Powiedziałam, żebyś wracała – powtórzyła ostro Sarah. – Nie jesteś nam potrzebna.

Jane przystanęła, przyjrzała się jej uważnie, odwróciła na pięcie i odeszła.

Sprawiła jej przykrość, ale nie miała innego wyjścia. W tej chwili musiała się koncentrować wyłącznie na Montym.

Szybciej!

W lewo.

Szybciej!

Monty ciągnął smycz.

Już blisko.

Skwapliwość.

Nadzieja.

Znalazł.

Monty zaczął kopać.

– Nie, Monty!

Znalazł.

Już nie próbowała go powstrzymywać. Wkrótce sam się przekona. Znieruchomiał. Nie żyje?

– Tak.

Monty cofnął się. Nie żyje.

Zaskowyczał cicho.

Boże, jak bardzo cierpiał!

Sarah uklękła i objęła psa za szyję.

Dziecko?

– Raczej nie.

Ale nie żyje?

Kołysała go delikatnie, czując pod powiekami piekące łzy.

– Ciii.

– Co się stało? Co mu jest? – spytała Eve, podchodząc.

– Cierpi.

I to wszystko była wina Eve. Sarah starała się wcześniej nie myśleć o tym, ale wiedziała, że ten moment jest nieunikniony.

– Może powinniśmy go zabrać do weterynarza. Sarah potrząsnęła głową.

– To nic nie da.

Proszę, przestań płakać, Monty. Ranisz mi serce. Nie żyje.

– Co się stało? – Joe ukląkł obok psa. – Czy potrzebuje pierwszej pomocy? Przeszedłem kurs…

– Znalazł ją. Joe zesztywniał.

– Tutaj? Debby Jordan?

– Myślę, że to ona – odparła Sarah bezbarwnym głosem, wstając. – Na pewno jest tu zakopany jakiś człowiek na pewno jest martwy. Zabieram Monty’ego do samochodu. Wykonał swoje zadanie. – Lekko pociągnęła za smycz. – Chodź, mały.

Monty ani drgnął.

– Nic nie pomożesz, Monty. Musimy już iść. Monty leżał bez ruchu, pojękując.

– Czy mogę w czymś pomóc? – spytał cicho Joe.

– Nie zostawi jej. Wie, że nie żyje, ale nie akceptuje tego. – Bardzo się starała, aby głos jej nie drżał. – Ten cholerny głupek nigdy nie chce przyjąć tego do wiadomości.

– Wobec tego zabierzmy go stąd – zaproponował Joe i wziął psa na ręce. – Spokojnie, chłopcze, nic ci nie zrobię. Sarah chce, abyś wrócił do samochodu.

– Mam iść z wami? – zapytała Eve.

– Proszę tu zostać – powiedziała Sarah, idąc za Joem. – Za nic nie przyprowadzę tu ponownie Monty’ego, jeśli stracimy dokładne położenie.

Kiedy Jane zobaczyła Joego z psem w ramionach, podbiegła do nich.

– Co się stało? Co się stało Monty’emu?

– Nic mu nie jest. – Joe ostrożnie położył psa na tylnym siedzeniu. – Nie chciał wrócić do samochodu.

– Dlaczego?

Joe odwrócił się do Sarah:

– Muszę wrócić do Eve i oznaczyć to miejsce. Mogę tu panią zostawić?

Sarah kiwnęła głową, usiadła na tylnym siedzeniu i położyła sobie łeb Monty’ego na kolanach. Jane nie spuszczała z nich oka.

– Wygląda na chorego.

– Nie jest chory, jest smutny.

– Dlaczego? – Nagle zesztywniała i odruchowo spojrzała na miejsce, gdzie została Eve. – Znalazł ją?

– Kogoś znalazł.

Jane zadrżała.

– Tak naprawdę to nie wierzyłam, że coś znajdziemy. Wiedziałam, że trzeba jej szukać, ale…

– Wiem. – Sarah starała się uśmiechnąć. – Ja też miałam na ten temat mieszane uczucia.

– Bałaś się, że to przygnębi Monty’ego?

– Wiedziałam, że to go zrani.

– Zachowywał się tak już kiedyś?

– Za każdym razem. Kiedy wróciliśmy z Tegucigalpy, przez miesiąc nie wychodził z domu. Schudł prawie cztery kilo. Musiałam go namawiać do jedzenia.

– Tym razem też tak będzie?

– Mam nadzieję, że nie. – Sarah pogłaskała psa po głowie.

– Nie powinnaś go tam zabierać.

– Ocalił bardzo wielu ludzi. Czy miałam go od tego powstrzymać?

Jane zmarszczyła czoło.

– No, nie. Ale to mi się nie podoba.

– Mnie też nie.

– Czy wszystkie psy są takie?

– Setery wspaniale opiekują się dziećmi i osobami niepełnosprawnymi, bo są bardzo opiekuńczymi psami. Monty ma chyba podwójną dawkę czułości i miłości do dzieci i chorych.

Jane zacisnęła pięści.

– To okropne, że tak cierpi. Nienawidzę tego. Co mam zrobić, żeby mu pomóc?

Z wcześniejszych doświadczeń Sarah wiedziała, iż nie ma szybkiego lekarstwa. Z drugiej strony Jane cierpiała niemal tak samo jak Monty i trzeba było coś zrobić.

– Chodź tu i posiedź z nami. Pogłaskaj go. Niech wie, że tu jesteś.

– Będzie zadowolony?

– Monty lubi dzieci, a ciebie lubi szczególnie, Jane. Myślę, że możesz mu pomóc.

Jane wsiadła do samochodu i zaczęła głaskać Monty’ego.

– On ciągle jęczy. Jesteś pewna, że mu pomagam?

Sarah nie była niczego pewna, wiedziała jednak, iż miłość i witalność dziecka były cudem samym w sobie. Jej też przydałoby się trochę tej witalności.

– To mu na pewno nie zaszkodzi.

Przez kilka minut w samochodzie panowała cisza.

– Dlaczego to robisz? – szepnęła Jane. – Kochasz Monty’ego. Na pewno nienawidzisz tej pracy.

– Niewiele jest ludzi i psów, które potrafią robić to, co my. – Chrząknęła. – Muszę jednak bardzo uważać, w jaki sposób wykorzystuję Monty’ego. Jestem za niego odpowiedzialna. To ja muszę nas chronić.

– Dlaczego?

– Bo Monty jest, jaki jest, i bardzo mnie kocha. – Pieszczotliwie pogłaskała łeb psa.

Już dobrze, piesku – pomyślała. Proszę, nie przejmuj się tak. Nie mogę na to patrzeć. Musimy cię z tego wyciągnąć.

– I nigdy, przenigdy mi nie odmówi – szepnęła.

Debby Jordan została tu pogrzebana. Eve wpatrywała się w teren wskazany przez Sarah. Nie przypominał grobu.

– Tutaj? – spytał Joe. Wrócił z czerwoną flagą, którą przyniósł zapewne z bagażnika samochodu.

Gestem pokazała na miejsce.

– Nie mogę uwierzyć, że Monty ją znalazł. Niemal straciłam nadzieję.

– Nie mów. – Wbił w ziemię flagę i wyprostował się. – To chyba wystarczy. Czy zastanawiałaś się nad tym, co powinniśmy teraz zrobić?

– Sami nie możemy jej wykopać. Zatarlibyśmy ślady. Czy zwrócimy się do miejscowej policji?

– Możemy. – Joe urwał. – Albo możemy zadzwonić do Spiro.

– Poszukują mnie za porwanie dziecka. Nie pozwolę, żeby zabrali mi Jane.

– Zatem musimy opracować jakiś układ, prawda? Taki, w którym nie byłabyś przynętą – dodał, zaciskając wargi.

– Nie wiemy nawet na pewno, czy to Debby Jordan tu leży.