Spiro zadzwonił za piętnaście dziewiąta wieczorem.
– To jest Debby Jordan.
– Na pewno? – dopytywała się Eve.
– Za wcześnie na wyniki DNA, ale zęby pasują.
– Nie wyrwał jej zębów?
– Sam byłem zdziwiony. A może i nie. Prawie pokrajał ją na kawałki. Musiał działać w jakimś amoku.
– I dlatego zapomniał o zębach?
– Mówię ci, co wiemy.
– Coś jeszcze?
– Tak. W prawej ręce miała jasnoróżową świecę. „Pokazała mi światło, a potem ja pokazałem jej światło”.
– Możecie sprawdzić, gdzie kupiono świecę?
– Spróbujemy. Problem tylko w tym, że świece są dziś tak popularne, iż produkuje się je masowo.
To była prawda. Nawet matka Eve lubiła zapalać świece w łazience, kiedy się kąpała.
– Kiedy będziesz miał raport z sekcji?
– Najwcześniej jutro.
– Zadzwoń, jak się czegoś dowiesz, Spiro.
– Wyciągnęłaś ze mnie wszystko, a teraz każesz mi sobie iść, tak? Zadzwonię jutro – powiedział i się wyłączył.
Świece.
Światło.
„Pokazałem jej światło”.
Jakie to miało dla niego znaczenie?
Amok. Trudno było wyobrazić sobie Dona w amoku. Był zbyt chłodny i przewidujący. A z drugiej strony powiedział, że Debby Jordan stanowiła dla niego punkt zwrotny.
– Eve?
W drzwiach stała Jane.
– Cześć, jak się ma Monty?
– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami. – Chyba dobrze. Jestem głodna. Mogę i tobie zrobić kanapkę, chcesz?
Coś się stało. Jane zachowywała się ostentacyjnie obojętnie. Dlaczego odeszła od Monty’ego?
– Jasne, chętnie.
– Nie musisz iść ze mną do kuchni. Przyniosę ci kanapkę tutaj – powiedziała i szybko odeszła.
Czy martwiła się o psa? A może się bała? Nigdy nie było wiadomo, co dziewczynka czuła i myślała. Jednakże otwierała się przed nią i Eve musiała jej pomóc.
Usiadła na kanapie i potarła oczy. Za dużo miała spraw na głowie. Za wiele potrzeb, którym musiała sprostać. Ach, nie powinna się użalać. Przynajmniej sprawy posuwały się do przodu.
– Śpisz?
Otworzyła oczy. Przed nią stała Jane z tacą.
– Nie, oszczędzam oczy. W nocy mało spałam.
Jane postawiła tacę na stoliku.
– Przyniosłam też moją kanapkę, ale nie masz chyba ochoty na towarzystwo.
To Jane nigdy nie chciała się przyznać, że pragnie czyjegoś towarzystwa.
– Właśnie pomyślałam, że jakoś smutno mi samej. Siadaj.
Jane usiadła z podwiniętymi nogami na końcu kanapy.
– Nie będziesz jadła? – spytała Eve.
– Będę. – Jane wzięła kanapkę i uskubała kawałek bułki. – Często jesteś sama, prawda?
– Zdarza się.
– Ale masz matkę i Joego, i pana Logana.
– To prawda. – Eve ugryzła kanapkę. – Czujesz się czasem samotna, Jane?
Dziewczynka podniosła brodę do góry.
– Nie, na pewno nie.
– Tak się zastanawiałam. Ostatnio w ogóle nie pytasz o Mike’a.
– Mówiłaś, że twoja matka chce go odebrać ojcu. Jeśli jej się uda, to fajnie. – Spojrzała podejrzliwie na Eve. – Dlaczego się tym interesujesz? Czy coś się stało? Czy ten facet go wyrzucił i…
– Nie, mama mówi, że się zakolegowali. Nic się nie stało. – Coraz bardziej upewniała się, że coś jednak stało się Jane. – Czasem ciężko jest być z dala od przyjaciół, a wiem, że lubisz Mike’a. Przekonałam się, że samotność często się zaczaja i atakuje człowieka.
– Mnie nie.
Musiała spróbować innej drogi.
– Dziwię się, że nie jesteś z Montym. Jestem pewna, że cię potrzebuje.
Cisza.
– Nie. Sarah powiedziała, że moja obecność trochę pomaga, ale tak naprawdę on potrzebuje tylko jej. Nawet nie zauważa, że jestem przy nim.
A więc o to chodziło.
– Jestem pewna, że Monty wie, iż przy nim jesteś.
Jane potrząsnęła głową.
– To jej pies. Należy do niej. – Nie patrzyła na Eve. – Chciałam, aby był mój. Myślałam, że jeśli będę go dość kochała, pokocha mnie bardziej niż Sarah. Chciałam go jej odebrać – dodała zaczepnie.
– Rozumiem.
– Nie mówisz, że nie powinnam tak robić?
– Nie.
– To było złe. Ja… lubię Sarah. Ale kocham Monty’ego. Chciałam, żeby był mój. – Zacisnęła pięści. – Chciałam, żeby coś było moje. Tylko moje.
– Monty należy do ciebie. I trochę bardziej do Sarah. To naturalne. Była pierwsza w jego życiu.
– Tak jak Bonnie była pierwsza w twoim?
Eve poczuła wstrząs.
– Myślałam, że rozmawiamy o psie. Skąd się wzięła Bonnie?
– Należała do ciebie. Dlatego mi pomagasz, prawda? Robisz to dla Bonnie, nie dla mnie.
– Bonnie nie żyje, Jane.
– Ale wciąż należy do ciebie. Nadal jest pierwsza. – Ugryzła kanapkę. – Wcale mi nie zależy. Dlaczego miałoby zależeć? Nic mnie to nie obchodzi. Pomyślałam tylko, że to śmieszne.
Mój Boże, w jej oczach błyszczały łzy.
– Posłuchaj, Jane.
– Nie zależy mi. Nie zależy.
– Ale mnie zależy. – Eve przesunęła się na kanapie i objęła Jane. – Pomagam ci, bo jesteś szczególną osobą, i to jest jedyny powód.
Jane siedziała sztywno w jej objęciach.
– I lubisz mnie?
– Tak. – Boże, już prawie zapomniała, jak małe i drogie jest ciałko dziecka. – Bardzo cię lubię.
– Ja… ciebie też lubię. – Jane rozluźniła się powoli. – Niech tak będzie. Wiem, że nie mogę być pierwsza, ale może zostaniemy przyjaciółkami. Ty nie należysz do nikogo tak jak Monty. Chciałabym… – Urwała.
– Być może – powiedziała Eve. Jane niesłychanie ją rozczuliła. Starała się być obojętna i odpychająca, a tak bardzo jej potrzebowała. – Dlaczego nie? Możemy zostać przyjaciółkami, prawda? Masz coś przeciwko temu?
– Nie. – Jane siedziała przez chwilę nieruchomo, a potem odepchnęła Eve. – Dobrze. Załatwione. – Wstała i szybko podeszła do drzwi. – Zaniosę Monty’emu coś do jedzenia i pójdę spać.
Chwila słabości najwyraźniej minęła. Teraz Jane chciała jak najszybciej wycofać się z sytuacji, która musiała ją krępować.
Eve była równie skrępowana. W ciągu ostatnich paru minut czuła się tak samo niezręcznie jak Jane. Niezła z nas para – pomyślała ponuro.
– Mówiłaś, że Monty cię nie potrzebuje.
– Musi coś zjeść. Sarah musiałaby go zostawić, żeby pójść po jedzenie, i wtedy byłoby mu smutno. To nie jego wina, że nie kocha mnie najbardziej – dodała, wychodząc z pokoju.
Kompromis, przystosowanie się i akceptacja tego, co nieuchronne. Do tego sprowadzało się dotychczasowe życie Jane i bała się prosić o coś więcej – pomyślała Eve, podnosząc się z kanapy. Teraz jednak ten system został po raz pierwszy przełamany. Jane niechętnie przyznała, iż potrzebuje kogoś bliskiego, i wybrała do tej roli Eve.
Wchodząc po schodach, Eve uśmiechała się do siebie. Nie tylko Jane zmuszona była do kompromisów. W jej uczuciach Eve zajmowała drugie miejsce po psie.
Dopiero kiedy znalazła się w łóżku i zgasiła światło, zrozumiała nagle znaczenie tego wszystkiego, co zaszło.
Don osiągnął swój cel.
Jane pokonała wszelkie zabezpieczenia, jakimi obstawiła się Eve, i stała się dla niej kimś ważnym.
Uspokój się – zgromiła się w myślach. Nic takiego się nie stało. Jane nie została drugą Bonnie. Uczucia, jakie Eve żywiła do Jane, były zupełnie inne. Jane była bardziej przyjaciółką niż córką.
Ale tego rodzaju bliskość zapewne wystarczała, aby Don zaatakował.
Nagle zaczęła panikować. Nie było jeszcze za późno. Mogła odepchnąć od siebie Jane i udawać, że tych chwil szczerości w ogóle nie było.