– W końcu coś mądrego – roześmiał się nerwowym śmiechem. – Już nie, Dunne, dobrze powiedziane. Za głowę ci płacę, durna babo, nie za zadek ruchliwy i gładkie plecy. Nie plecami zarabiasz na nasz wspólny chleb i nic się nie stanie, jak krwią spłyną. Co powiedziałem? Biegiem! I wina każ znieść na dół, do oczyszczalni, bo czuję, że nielekko będzie grzechy z ciebie pędzić.
Dunne wypadła ze stajni. Biegiem i zalewając się łzami.
Debren czekał. Żołądek miał o połowę mniejszy.
– Są z natury nieczyste. – Czarnooki, przecierający ślinę z cofniętego podbródka, zaskoczył go spokojnym brzmieniem głosu. Póki się nie zaglądało w jego źrenice, przypominał wachmistrza, co to tępego rekruta przeraźliwie obsobaczy, a za rogiem namiotu już nie pamięta. Debren jednak zaglądał. – Bóg je, powiadają, z żebra człowieczego stworzył, ale zastanawiałeś się kiedyś, czarokrążco, którędy to żebro wyciągał? Bo blizny nie pozostały. – Zaśmiał się jeszcze raz, w ten sam zgrzytliwy i nieszczery sposób. – Światli mężowie badający Księgę dawno do tego doszli, ale to nie ten gatunek wiedzy, który się prostaczkom z ambony przekazuje.
– Dzięki – skłonił się lekko Debren. – Dzięki za podzielenie się wiedzą nieambonalną.
– Miałem na myśli, żeś nie prostak. Dwa razy się zastanowisz, nim coś głupiego uczynisz. Na przykład rozpowiadać zaczniesz, żeś mnie tu widział. Żeś mnie kiedykolwiek gdziekolwiek widział – poprawił się czarny. – Tacy jak ty, koła pod błahymi pretekstami nie noszący i po zamkach bez wstydu paradujący, miast swoje zrobić ukradkiem i do kościoła biec, by duszę z grzechu oczyścić, nader łatwo źle kończą, O ile wielkiej przezorności nie okażą. Ty lata swoje już masz, więc wnioskuję, że język za zębami potrafisz trzymać. Dlatego zostawiam cię chwilowo ufając w twój rozsądek. Ze szlaku wracam, muszę rozejrzeć się, co słychać. Ile głupie baby napsuły. Znajdź tę tykę Lendę i powiedz, że ma być na twoje usługi. Magun ponoć jesteś, fachowiec od tłumaczenia zjawisk wszelakich z czarami związanych. Wdarłeś się tu, jak twierdzi Dunne, bardziej złodziejską albo i gorszą modą, ale ja dam ci szansę i drabom miejskim ani biskupim nie wydam. Udowodnij, żeś profesjonalista, znajdź odpowiedź, kto lub co dziewki mi tu psuje, a jeszcze zapłacę. Więc bierzcie się z Lendą do roboty. Do wieczora chcę znać fakty albo zerwę z nią umowę. Dokładnie tak jej powtórz; zerwę umowę. Ona zrozumie.
Wyszedł, nie fatygując się zamykaniem drzwi. Debren oparł się o poczerniałe deski zagrody, zakołysał, pogwizdując cicho. Ścianka skrzypiała trochę głośniej niż podłoga stryszku, a potem drabina.
– Co dalej, czarokrążco? – zapytała Lenda, siląc się na spokój.
– Podsłuchiwałaś, to wiesz. Jesteś na moje usługi. – Przestała się silić, splunęła wyzywająco, choć niezbyt obficie, na klepisko. – Bez obaw, nie o takich myślę.
– O jakich myślisz, toś właśnie powiedział. – Debren przestał się kołysać i zaczął się zastanawiać, co począć z oczami. – Mam nadzieję, że myślisz nie za bardzo intensywnie, bo nic z tego nie będzie. Nigdy.
– Lenda…
– Nie bierz tego do siebie, Debren. To dłuższa historia, Po prostu przyjmij do wiadomości i więcej nie poruszajmy tego tematu. Jeśli masz jakieś inne zachcianki…
Usiadł na odwróconym korycie, wskazał dziewczynie miejsce obok. Nie skorzystała, wybrała najniższy szczebel skośnie ustawionej drabiny.
– Na początek powiedz, z kim miałem wątpliwą przyjemność mówić. Co to za jeden?
– Suswok? Twój chlebodawca. Nieoficjalnie, ma się rozumieć. Chłop jest pełną gębą, aż nadto pełną, powiedziałabym, a tu u nas, jak wiesz, chłopom nie wolno czerpać korzyści z zamtuźnego przemysłu. Więc oficjalnie nikt go tu nie zna.
– Chlebodawca? – skrzywił się Debren. – Chyba na kaszę przejdę. Lenda, nie zauważyłaś, że to szaleniec? Znałem jednego telepatę, który komuś takiemu w głowę zajrzał. Krew mu uszami poszła. Telepacie.
Lenda przyglądała mu się spojrzeniem bez wyrazu.
– Pan Suswok zasiada w Radzie Miejskiej i jest powszechnie szanowanym przedsiębiorcą budowlanym. Ten dom też zbudował, choć, jeśli wierzyć papierom, nie dla siebie. Ale ja nie bardzo wierzę. Nie pracuję tu długo, lecz zdążyłam zauważyć, że pan radca zjawia się zawsze jak duch i zawsze za dnia, gdy nie ma obcych. Albo w czapce niewidce, albo… – postukała obcasem w klepisko. – Ma kamienicę ze sto kroków stąd, choć to już inna ulica. A w Vijuce, musisz wiedzieć, mówi się o prastarych katakumbach od czasu, gdy książę Vij pierwszy pal pod gród wkopywał. Suswokowi majstrowie to tu, to tam fundamenty w mieście kładą. Kto, jak nie on, pierwszy by się o jakichś zapomnianych tunelach zwiedział?
– Czegoś nie rozumiem – podrapał się po zarośniętym policzku. – Teraz pada, ale Żółte Pola słyną ze słonecznej pogody. Miasto rzadko w błocie tonie. Po cóż sekretne przejścia utrzymywać, stemplami drogimi podpierać, łeb o belki drapać, skoro można wygodnie, butów nie brudząc… Czerpanie korzyści karalne jest, ale przecież jako klient może tu Suswok bez problemów i po trzy razy dziennie zaglądać.
– Gdzie ty oczy nosisz, Debren? Jeszcześ nie pojął? Toć to pieprznięty dewot, którego sam biskup przestał do pałacu zapraszać, bo mu przytyki do bezbożnego prowadzenia czynił. Łamie się w sobie, by tu nie zaglądać, pości, krzyżem po wszystkich świątyniach zalega, babom służebnym podłogi zmyć nie dając, a potem nie wytrzymuje i jak wpadnie… Mówię ci, gorzej się robi, niż gdyby czambuł Kummonów się zwalił. Żadnej dziewce nie przepuści. – Kawałkiem patyka zdrapała z obcasa kurze łajno. – Jurności też ma jak mały czambuł. Ale nie w tym rzecz. On je męczy, Debren. Śladów wyraźnych nie zostawia, żeby towaru nie psuć, bykowca ledwie raz czy dwa użył, po pijanemu, ale… Żebyś słyszał, jak krzyczą. Ma obok łaźni piwnicę, tę swoją oczyszczalnię. – Zastanawiała się chwilę czy by znowu nie splunąć, ale zrezygnowała i przejęła ślinę. – Z grzechu tam dziewki oczyszcza, to dlatego ściany grube, drzwi futrami obite, a i tak słychać. Podobno diabły tym sposobem wypędza. Szczegółów nie znam. Nie chcą opowiadać, płaczą. – Wyrzuciła patyk. – Za moich czasów jedna się powiesiła, a jedna do rzeki, z baszty… To zwierzę, Debren. Uważaj na niego.
Przymknął oczy. Znów zaczęło padać, tuż za progiem duże krople wody pluskały o kałużę. Pachniało sianem i gotowaną kapustą.
– A ty? – zapytał cicho, nie unosząc powiek.
– Co ja? – mruknęła. – Żebro zadkiem wyciągnięte, w gównie z samej swej natury upaprane. Co może jedna baba w waszym świecie? Myślałam, by nożem sukinsyna pchnąć, i owszem. Ale to prawie pewna śmierć. To wielkie panisko, ten Suswok; na koniec świata musiałabym uciec, a i tam…
– Ja nie o tym – przerwał łagodnie. – Ciebie… nie próbował?
Poderwała głowę, parsknęła gniewnie. Nie była klaczą na sprzedaż, ale gdyby była… Niejeden rycerz oddałby całą ludną wieś za taką. Debren nie miał wsi. I żałował.
– Ty chyba nadal nie wiesz, z kim mówisz, czarokrążco. Wyraźnie nie dotarło do ciebie, że nierządnicą nie jestem i być nie zamierzam. Zaś na takich jak Suswok mam to – trzasnęła dłonią w rękojeść miecza. – A jak na konia z rzędem uzbieram, to jeszcze raz kwestię dźgania nożem przemyślę.
– Lwica z ciebie – uśmiechnął się. – Spokojnie, żartowałem… Nie dokończyliśmy rozmowy, Lenda. Ta rudowłosa i mnich to świeża historia i z ukręconym łbem, bo mnich cichaczem w kummońskie stepy popłynął. Co się jeszcze stało wcześniej? Czemu tu aż tak pusto? W środku sezonu? Gdy wieczory długie, a spichrze i sakiewki pełne? Cóż takiego zaszło, że Mama Dunne tę deskę na drzwiach wywiesiła? „Idźta gdzie indziej, nieczynne aż powiem”? Nie mów mi tylko, że same plotki do tak desperackiego kroku doświadczoną zamtuźną popchnęły.