Podniosła się. Myślała chwilę, marszcząc czoło, po czym skinęła głową.
– Dunne mnie otruje, jeśli się dowie, ale co tam… Mam być na twoje usługi, to będę. Chodź. Tylko cicho. Gdyby kto pytał, po wino idziemy. Bo ci do czarów potrzebne.
Podwórze było puste, sień też. Dziewczyna minęła kuchnię, skręciła, szarpnęła okute drzwiczki. Wąskie zawilgocone schodki opadały w dół stromo jak drabina.
– Psiakrew, nie ma pochodni. Czekaj, zaraz coś… Ooo…
Kulka światła miała wielkość niemowlęcej główki. Zapłonęła łagodnym pomarańczem i powoli spłynęła dwa sążnie niżej, do rozwidlenia korytarza piwnicznego.
– Idź przodem – powiedział Debren. – Nie bój się, nie wpakuję ci tego na czoło. Zresztą to zimny ogień, niegroźny.
Milczała jakiś czas. Minęli jeden zakręt, potem drugi.
– Tu jest łaźnia – wskazała uchylone drzwi, zza których sączyło się światło dzienne. – Pod kuchnią i głównym piecem, więc prawie zawsze jest ciepła woda. Jak chcesz… potem… możesz skorzystać.
– Dzięki. Chętnie. To przez to okno mnie wczoraj wypatrzyłaś?
– Nie, skąd… Wracałam z łaźni i usłyszałam, że ktoś dziwnie cicho i miękko pod drzwi lezie, nie jak klient typowy. A okno łaźni na tyły wychodzi, na ogródki, kurniki. I mało co widać. Szczeniaki z sąsiedztwa ciągle przez płot łażą, podglądać próbują. Raz nawet młody Suswok, paskuda pryszczata, błonę naciął, lustro na kiju przez kratę z góry opuszczał. Wy wszyscy tacy, Debren?
Debren chrząknął. Przez chwilę oczyszczał kaftan z jakiejś pajęczyny.
– Brudno tu, hmm. O czym to…
– O niezdrowej ciekawości cudzej golizny. Stary Suswok tak wtedy młodego zlał, że aż ropa z dziobów po ścianach pryskała. Żal było patrzeć. Chociaż to wredny gówniarz, kropka w kropkę tatuś. Przed tą historią nachodził dziewczyny, jak ojciec wyjeżdżał. Wąs mu się jeszcze nie sypnął, a o takie rzeczy się dopominał, że sama Dunne rumieńcem się oblewała. Wy wszyscy tacy, Debren? Zostaw w spokoju ten rękaw.
– Nie wiem, czy wszyscy. I nic nie poradzę, że chłopaki jak świat światem zawsze biegają nad rzekę, żeby dziewczęta w kąpieli podglądać. Masz więcej takich pytań?
– Nie złość się. To te drzwi.
Drzwi były zamknięte na klucz, ale klucz leżał schowany na belce nadproża. Lenda włożyła go do dziurki lekko promieniującego magią zamka i bez przesadnej dbałości o to, by Debren nie zrozumiał, wyszeptała odpowiednią formułę. Zamek ustąpił z nieprzyjemnym chrzęstem. Weszli, puszczając przodem kulę świetlną. Niepotrzebnie, bo jak w łaźni były tu pod stropem zaciągnięte błonami okienka. Debren bezwiednie zgasił kulę. Wpatrywał się z niedowierzaniem w stojące pośrodku ni to łoże, ni to obity miękką wykładziną stół, na którym leżała kredowo blada kobieta.
Pod niewielką chustą, osłaniającą piersi i brzuch, musiała być naga. Miała pomalowane paznokcie na rękach i nogach, parę bransolet, starannie ułożone włosy barwy miedzi. W słońcu musiały raz po raz połyskiwać złotawy mi iskrami, ale teraz wydawały się niemal czarne. Pewnie dlatego, że bladą z samej natury skórę skrupulatnie natarto śnieżnobiałym pudrem. Miał zamaskować plamy opadowe i tłuste konserwanty.
Kobieta, dwudziestoparoletnia, była martwa. Od dawna.
– To Estrenka?
– Co? Dlaczego Estrenka? – Lenda zamrugała rzęsami i dopiero teraz zwrócił uwagę, że są to gęste, długie rzęsy, nie brzydsze od tych, jakie miała leżąca na postumencie dziewczyna. – Nie żartuj, Debren. Uneborga to najpiękniejsza kobieta, jaką oglądało to miasto, a ta stajenna dziewka Estrenka ma wdzięk Łaciatki. Wzięli ją na dwie niedziele hajducy rzeczni, co z łupem od morza wrócili i nie wiem, czy jeszcze do nas zawita. Jak wytrzeźwieją i na oczy przejrzą, to kto wie, czy za burtę nie cisną. Nie, Debren. Ta tutaj to Uneborga. Tancerka. Zabawiała gości, tańcząc i stopniowo szaty zrzucając. I wierz mi: dobra w tym była. Czasem aż sama żałowałam, że mnie Bóg dziewczyną stworzył. Śliczna była, taka… no… Marnowała się tu u nas.
Debren zerknął do góry. Ze stropu, nieznacznie połyskując w pasemkach słabego światła, opadały roje drobin kurzu. Nie było przeciągu, który usprawiedliwiałby ten nagły ruch. Ale nie było też nikogo trzeciego. Po prostu wraz z Lenda zakłócili pole magiczne strzegące wnętrza przed intruzami.
Podszedł bliżej łoża, dotknął łokcia leżącej. Tak jak podejrzewał, zwłoki nie były ani za bardzo sztywne, ani za Bardzo zimne.
– A teraz? – Spojrzał z troską na Lendę, zastanawiając się, kiedy pęknie pancerz, za którym się kryła, i czy nie przyjdzie mu jej cucić. Ta druga dziewczyna na górze, poparzona, mimo wszystko tak nim nie wstrząsnęła. W tej piwnicy, w twardym dziwacznym łożu i stojących obok lichtarzach było coś przejmującego, nieskończenie smutnego.
– Teraz? Teraz… się nie marnuje. – Przełknęła ślinę. – Jak widzisz.
– Chcesz powiedzieć… – nie dokończył. – Pięknie. Pięknie, Lenda.
– Co się na mnie gapisz? – Intuicja jej to chyba podszepnęła, bo z oczami umykała, jak mogła. – Ja tu z gnijącą nogą trafiłam; obrzynać mi ją mieli. Żeby nie lichwa od Dunne, jej złoto na najlepszych medyków… Kontrakt mamy spisany. Uczciwy kontrakt. Firma nogę mi lewą od uda daje, ja firmie swoje usługi. Wycofać się mogę, ale wtedy nogę „Różowemu Królikowi” ostawić muszę. O tym Suswok mówił.
– Koło na piersi nosisz. Wiesz, że to grzech – wskazał zwłoki.
– Już ci mówiłam, że dobrą niewiastą nie jestem. A z tego tutaj grzechu – ostrożnie dotknęła dłoni Uneborgi – wyspowiadałam się. Dwanaście klepsydr klęczenia na grochu, postu po dwa dni przez sześć kolejnych niedziel, modlitw nie licząc. Ciekawam, ile by temu dał, który ją sobie zamówił.
– Kto?
– Kto spowiadał? – upewniła się. – Ano ten przypalony mnich, co Pirrendem do pogan spłynął, jeszcze po śmierci na bożą chwałę plugawców swymi trupimi jadami podtruwać. Dunne mi do niego iść kazała. Głupia nie jest, wie, jak się katu wywijać. O Unebordze my dwie jeno wiemy, no i balsamiarz, co ją sprawiał. Wielki pieniądz z tego będzie. Inaczej nie nadstawiałaby karku. Suswok sam by ją rozszarpał, gdyby wiedział. Z Unki może by skorzystał, jak już tu gotowa do użycia leży, ale Dunne dałaby gardło. Ja pewnie też.
Debren przysunął bliżej lichtarz, wyjął z woreczka krzesiwo, jednym uderzeniem, samą tylko iskrą, bez korzystania z hubki, przypalił świecę. Mógł czystą magią ale tak było łatwiej.
– Rzuć to, dziewczyno. – Też nie patrzył na Lendę. Dobre rady łatwo dawać. – To miejsce brudzi. Nie mogłaś poszukać innego lichwiarza?
– Nie zrozumiesz tego. Tutaj… tu mają łaźnię.
Przypalił pozostałe świece od pierwszej. Zasada minimalnego wysiłku, pierwsza, jaką wbija się do głowy smarkatemu kandydatowi na czarodzieja. Potem przychodzi tysiąc innych, więc wielu zapomina o tej pierwszej, lekceważy. On pamiętał i stosował. W pracy, ale i w życiu.
– Zostawmy to, masz swoje lata, wiesz, co robisz. Jak umarła Uneborga?
– Najgorzej jak mogła. Najpierw rano, w katedrze na kazaniu, o czystości była mowa. Często jest, ale nieczęste tego samego dnia… No, krótko mówiąc, ksiądz tu do nas wpadł, grzeszników zgromił, co się też zdarza, a potem Unka tańczyć zaczęła i na oczach ludzi… Straszne to było, Debren. Jak ona krzyczała… Na początku nikt nie wiedział, w czym rzecz, dopiero jak jej się włosy palić zaczęły, to się to sprośne bydło do drzwi hurmem rzuciło. Garniec z piwem chwyciłam, gasić chciałam, ale prawie mnie zadeptali.
– Włosy? To peruka? – zdziwił się Debren, ostrożnie dotykając bogactwa miękkiej miedzi, ze smakiem upiętej szpilkami. Lenda zaczerwieniła się, pierwszy raz bez żadnych wątpliwości. Otworzyła usta, zamknęła, znów zaczęła otwierać. – A… rozumiem. No tak.