Выбрать главу

Znów nie patrzyli na siebie. A jednak spotkali się po przeciwnych stronach stołu dokładnie tam, gdzie kończył się tułów i zaczynały nogi Uneborgi. Lenda zaczęła obgryzać skórkę przy kciuku. Debren dziwnie niezdecydowanie ustawiał lichtarz to tu, to tam.

– Gdyby to była kara boska – mruknął, odpowiadając na nieme zapytanie – to tak by pewnie wyglądała. Prosto i jasno, nie trzeba się gubić w domysłach i interpretacjach. Lenda, masz coś przeciwko… Widzisz, chciałbym…

– Jesteśmy profesjonaliści, Debren, a nie płoche dziewice. Róbmy, za co nam płacą. Trzeba wyjaśnić, czy to jakiś łajdak uroki na firmę rzuca, czy sam Bóg bez niczyjej pomocy karze. Mam… eee… gdzieś przytrzymać?

– Jeśli możesz… Tu… dobrze. Trochę szerzej.

Raz czy dwa zetknęli się palcami, łokciami. W miejscach… dziwnych jak na takie spotkania. Debren miał nadzieję, że dziewczynę też oszałamia z lekka nowość tego doznania. I to, ta nadzieja, była jeszcze dziwniejsza. Niegodna ani maga, ani profesjonalisty, ani w ogóle kogokolwiek, kto nie zalał się w pestkę. Dziewka jak piec, wykidajło w zamtuzie.

Na szczęście miał robotę do wykonania.

– Psiakrew… Powiedziałbym, że ktoś jej to zrobił rozpalonym prętem. Ale to nie pręt.

– Wiem. Widziałam. To znaczy… nie widziałam. Ani pręta, ani kogoś. Najbliższy człowiek był o…

– Możesz tu trochę… O właśnie. Dzięki, A to co ma być?!

– Jakie „co”?

Stuknęli się głowami, odskoczyli szybko. Dziewczyna nadal była czerwona, ale nadrabiała półuśmiechem, jak na profesjonała przystało.

– W tej dziedzinie mocny nie jestem, ale to mi wygląda… Nie, to śmieszne. Mówiłaś, że tańczyła? I tak dobra była? Więc to chyba… Hmm… Są ponoć prawdziwi mistrzowie od renowacji…

– Chcesz rzec, że była dziewicą? – upewniła się Lenda. – Tom ci nie powiedziała? Wybacz, wydawało mi się, że mówiłam, jak młodszy Suswok w skórę od ojca wziął.

– Owszem. Ale o związku jego skóry z… hmm…

– Nachodził Unkę – powiedziała szybko. – Raz widział, jak tańczy, i potem spokoju już nie dał. Jemu tu przychodzić nie wolno, odkąd pryszcze mu się gęściej sypnęły, ale to przyszły dziedzic majątku i chyba Dunne ma to na względzie. Na miasto Uneborgę w różnych sprawach posyłała i tak jakoś dziwnie wychodziło, że się zawsze spotykali. Liściki przysyłał. Ona czytać nie umiała, więc inni jej czytali, stąd wiem, co gówniarz pisał. Bez szczegółów… Coraz mocniej nalegał, by z nim do łóżka poszła. Nie chciała, to zaczął ją przed starym obmawiać i dziewczyna karę za karą obrywała. I nie było na to rady, bo Suswok dawno zapowiedział, że jak mu która syna zbałamuci, to dzień urodzenia przeklnie. Ale ona nie dlatego wianka broniła. U siebie na wsi miała jednego takiego, kochała go, z nim chciała… Wiesz, jacy są chłopi. Ukochany na posag znaczny liczył, który tu sobie wytańczyć miała, ale też i zarzekał się, że tylko cnotliwą pannę weźmie, nieruszaną. Więc i wyboru nie miała. Zresztą gdyby i miała… Nie była z tych. Taniec, mawiała, to jedno, a obmacywać się nikomu nie dam. Srebra na posag chciała zebrać i za mąż pójść za tego swojego.

– I kłopotów sobie niedostępnością narobiła – mruknął Debren, przestawiając raz jeszcze lichtarz. – A przy okazji i nam też. Mamy, rzekłbym, zamkniętą drogę. Myślisz, że Mamie Dunne zależy na…?

– Nie pytaj mnie, mistrzu. Ty jesteś mężczyzną i na dodatek czarodziejem. A tak sobie myślę, że Uneborgi żadna kobieta na zabawkę sobie nie kupi, tylko chłop. Do… tfu… uciechy. Albo czarodziejskich ekskre… No tych… doświadczeń.

– Nie patrz tak na mnie.

– Ja nic nie mówię.

– Istnieje możliwość, że to czarodziej ją zamówił. Albo czarownica. Cele mogą być rozmaite. Także w przypadku czarodzieja. Albo czarownicy. Może cię zaskoczę, Lenda, ale niewiasty dobrze się bawią we własnym towarzystwie nie tylko pierze drąc, haftując i przy ciastkach z likierem plotkami się wymieniając.

– Nie gap się na mnie, jeno na nią. Ładniejsza jest i goła. A wiejska gęś nie jestem, swoje wiem. Nie zaskoczyłeś mnie, mistrzu, co najwyżej brak zrozumienia mogę ci zarzucić. Niewiasta może pójść pod pierzynę z drugą, rzadkie to, ale się zdarza. Z trupem jednak nie pójdzie. To wasza specjalność. Bez urazy, Debren, mówię ogólnie, o chłopach, nie o tobie.

– Dzięki. To co z tą przeszkodą ku poznaniu prawdy? Myślisz, że mogę…?

– Nie. – Przez chwilę było cicho. – Plwać na Dunnę i jej plany. Nie o nią mi idzie. Unka wycierpiała tak wiele nie po to, by teraz twymi palcami, prawda że delikatnymi… Nie myśl, mistrzu, że nie zauważyłam; dobrze się z nią obchodzisz, dzięki za to… Ale nie. To prośba. Nakazywać ci nie mogę.

– W porządku.

– Gniewasz się, hę? No, nie mamrocz pod nosem, powiedz prosto w oczy. Przecież ci tej trupiej nogi na kark nie spuszczę, choć cholernie śliskie są te balsamy i łatwo byłoby się wyłgać.

– Lenda, ja pracuję. Zaklęcie szepczę. Lepiej, byś nie słyszała, bo ci niechcący w pamięć zapadnie i jeszcze kiedyś powtórzysz. Po gorzałce, przez sen… I nieszczęście gotowe. Mały błąd i władzę w dłoni stracisz. O kurrr…

– Co? – Dziewczyna drgnęła, zapomniała się. Magun oberwał piętą Uneborgi po karku. Ale ani drgnął. Chyba nawet niczego nie poczuł. – Wybacz, to przez tę maź. Co się stało?

– Chyba już wiem, jak Suswok pokutę dziewczynom zadaje. – Ledwie go słyszała i to raczej nie dlatego, że uda Uneborgi ich oddzielały. – A to skurwiel! Że też mu Bóg drzwiami kościelnymi nie przypieprzy, jak ty mnie… Faktycznie, towar na pierwszy rzut oka nie popsuty, z zewnątrz nic nie widać. Ale na radosną atmosferę w łożu to wasi klienci raczej liczyć nie mogli. A te metody kupowania… Lenda, medyka tu macie? Zamtuzowego? – Pokiwała głową. – Nie chodź do niego, w każdym razie z kobiecymi przypadłościami. Wiesz, czym ten szalbierz od bólu ją leczył? No, mniejsza, i tak się nie znasz… Tyle ci powiem, że dzieci to ta bidula już by nie urodziła. Cholera, napiłbym się. Piersiówki jakiejś nie masz?

– Za pijaczkę mnie bierzesz? – warknęła.

– Nie złość się.

– Może jeszcze zanucić ci, że mam, hę? Wino, śpiew, a przed nosem… Ucieszny widok, co? Miłą pracę miewacie, panowie czarokrążcy.

– Złośliwa też nie bądź. Zakonserwowali ją dobrze, ale jeśli myślisz, że to przyjemność sobie stawy zaklęciem rozmiękczać i w trupim zadku grzebać…

– W… Na Machrusowe kości, Debren! Gdzie ty, psiakrew, łapy wsadzasz?!

– Zamknij dziób, księżniczko. Już kończę. Sprawdzić coś musiałem.

– Zboczony jesteś, wiesz? W życiu nie dam się do czarodziejskiego fachu namówić. Już do zakonu prędzej.

– Bez urazy, księżniczko, ale za stara jesteś. Na wiedźmę, nie na mniszkę. Rozewrzyj szerzej kolana, jeśli prosić można. Ma się rozumieć nie…

– Nic już lepiej nie mów – warknęła. – Może jestem za stara, ale jeszcze złośliwą dwuznaczność…

Urwała.

Debren spróbował się podnieść i z niedowierzaniem poczuł, że przytrzymują go obie: martwa Uneborga nogą, Lenda łokciem.

– Cofnij się, Długa. Ciekawy układ, wdzięczna ci jestem za naukę, alem już zapamiętała, gdzie kto ma być. Możesz przejść pod ścianę.

Debren spróbował jeszcze raz. Delikatnie. Wychodząc z założenia, że Lendę mogło po prostu sparaliżować zaskoczenie i obawa. Założenie okazało się błędne. Przygniotła go, teraz już na dobre, sobą i obiema cudnie smukłymi, lecz przecież nie nieważkimi nogami Uneborgi. Poczuł zapach potu i dziwny, ni to miękki, ni twardy ucisk piersi.