Выбрать главу

– Wy chyba naprawdę… Ale dość tego dobrego. Z drogi, Lenda. Ogłuchłaś?

Debren, z unieruchomioną żuchwą i pustką w głowie, wytężył słuch. Niemym zaklęciem, mocno, za to na krótko. Usłyszał czyjeś zbyt szybko bijące serce – nie swoje – i czyjś oddech przy drzwiach. Płacz kobiety za ścianami, oschły głos Suswoka, odgłos uderzenia, krzyk.

A zaraz potem głos Lendy:

– Po co ci ta kusza, Dunne? Co chcesz zrobić?

– Nie bój się, do ciebie nic nie mam. Cofnij się i do niczego się nie mieszaj, to nic ci się nie stanie.

Magun już wiedział. Prawie wszystko.

– Coś ty tam wetknęła w korytko, Dunne? To nie bełt. Chyba nie chcesz…

– Zejdź mi z drogi, głupia dziewko. Bo mu to w biodro wpakuję. Poprawiać trza będzie, a hak na górze zostawiłam. Męczyć mu się przyjdzie jakieś parę pacierzy, z bólu zwijać. Tego chcesz? A tak w czoło poceluję, ani zipnie. Złości nie mam, panie Debren, jeśli mnie słyszycie. Po prostu widzieliście za dużo. Przykro mi, ale umrzeć musicie. No, kończmy. Do trzech liczę i spust zwalniam. Ostatni raz mówię, Długa, odsuń się!

– Nie, Dunne, proszę! Machrusie słodki, nie strzelaj! On ci nic…

– Śledzie – szepnął pospiesznie Debren. – Czosnek. Malwersacje. – I głośniej, dużo głośniej wrzasnął: – Puść mnie, sługo! A ty na kolana, miotło farbowana!

Podziałało, choć nie do końca. Lenda odskoczyła wprawdzie aż za łoże, ale pod zamtuźną tylko trochę kolana zmiękły. Kuszę, teraz wymierzoną w pierś maguna, wciąż trzymała dość pewnie.

– Raz. – Usta wyraźnie jej drżały, może dlatego, że ktoś niedawno rozbił je pięścią. – Raz…

– Srebrna kula? Na mnie? Ty tłumoku niedouczony, za wampira mnie bierzesz? Nie wiesz, że ludzkie rany po srebrze w oczach się goją, bo to metal czysty, przez Boga umiłowany? Zdrowy będę, zanim ty zdechniesz. Chociaż, z drugiej strony, zdychać będziesz długo. Ja zniewag nie darowuję. A Lendzie, niewolnicy mojej, eliksirem otumanionej, żywą cię wziąć niniejszym przykazuję.

Dunne rzuciła szybkie, trwożliwe spojrzenie w lewo, na Lendę. Debren nie zaryzykował. Miał tylko nadzieję, że niedouczona, ale znająca się na ludziach burdelmama nie dostrzegła na twarzy dziewczyny wyrazu zdziwienia.

– Łżesz – powiedziała niepewnie. – Ona… W garści ją trzymam. A ciebie trafię dobrze i nożem szybko dorżnę. Srebro nie srebro, od dziury we łbie się kopyta wyciąga.

– Jesteś głupsza, niż myślałem. Słusznie ci Suswok gębę obił. – Oprócz poranionych ust miała też podbite oko (lewe niestety, zbędne przy celowaniu), trochę mniej włosów i opuchnięte ucho. – Nawet jak trafisz, to co zyskasz? Lenda ma cię w garści mocniej niż ty ją. A obojga nas nie zastrzelisz. Nawet srebrną kulą.

– Łajno ma, nie mnie! To? – Dunne wskazała zwłoki Uneborgi. – Powiem, że to ona, nie ja, tak przyjaciółkę sprawiła. Albo i więcej niż przyjaciółkę. Kto wie, co tam we dwie czyniły, w izbie się zaszywając? Ani chybi nie uczciwego, jak to mąż z niewiastą. Wszetecznice zbereźne, tfu! Suswok wie, że żadna z chłopami do łóżka chodzić nie chciała, wie dobrze! Komu uwierzy, myślicie? Tej obleśnicy, z drugą się liżącej, czy mnie, któram się uczciwie, po bożemu kurwiła, a teraz mu zamtuz prowadzę?

Wyszczerzyła triumfalnie zęby, trochę uczciwą pracą przerzedzone. Uniosła kuszę, oparła o ramię. Broń była lekka, sportowa, nawet po załadowaniu bełtem nie bardzo na wojnie przeciw kolczugom przydatna. Ale magun stal blisko i nie miał kolczugi.

– Dobrze, żeś do tego dobrnęła – uśmiechnął się zimno. – Bo w kwestii nekrofilii masz rację: Suswok pewności by nie miał.

Coś zawibrowało w powietrzu; Debren miał nadzieję, że nie od zgrzytania zębów dziewczyny.

– Ale jest coś dużo gorszego – dodał. – Za grzeszne chuci Suswok tłucze, rozpalone igły w różne mało widoczne miejsca wbija, lecz przecie nie zabija. Co innego, gdyby go kto… ale niech lepiej Lenda dokończy. Tylko krótko, bo spieszy mi się. Trzy słowa, Lenda. Dunne zrozumie. I grzecznie się za drzwi wyniesie.

– Śledzie – powiedziała Lenda z mętnym uśmiechem. – I czosnek, Dunne. A do tego mar… marwel… cholera, wszędzie ta cudzoziemszczyzna, jakby własnych słów nie było. Złodziejstwo po naszemu. Mówi ci to coś, stara ruro? Widzę, że mówi. I co tak charczesz jako ta rura właśnie?

Debren chciał powiedzieć, że to nie ona, choć byłaby to półprawda, bo i Dunne włosy zaczęły stawać dęba. Ale było to nic w porównaniu z czymś, co wibrowało w powietrzu. Gęstym nagle od kurzu i elektryczności.

– Na ziemię! – wrzasnął. Za późno: mlasnęło, na chwilę zrobiło się ciemno, bo podmuch ciepła zbił płomienie z połowy świec, a pozostałe przydusił. Po kamieniach sklepienia rozlała się blada, rozchwiana plama poświaty Zaśmierdziało magią i czymś kwaśnym, paskudnym.

– Aaaa!!! – zawyła Dunne. I zwolniła spust. Debren, już na kolanach, zdążył dostrzec, jak ciało Lendy łamie się od nagłego ciosu, wali za łoże z bezwładnością, od której zwinął mu się żołądek, serce zamarło.

– Przestań! Dość tego, tu są ludzie! Przestań! – Dopiero brak tchu uświadomił mu, że to on krzyczy. On, magun. Zawodowiec. Dunne tylko piszczała jak rozdeptywany szczur, wciśnięta w kąt, z bezużyteczną kuszą w ręku.

Było gorąco. Przeraźliwie gorąco, choć tylko chwilami, jakby kto ruchomym ogniskiem po twarzy człowiekowi przejeżdżał. Piękne miedzianorude włosy Uneborgi sterczały w górę, rwały ku plamie na stropie, unosiły głowę zmarłej.

– Lenda?! – Nic, cisza i przerażony tupot szczurzych łap gdzieś wewnątrz ścian. – Księżniczko, nic ci…?!

Dostał kurzem po oczach, zacisnął powieki. Zaraz potem ciachnęło go promieniem, sparzyło, poczuł swąd nadpalonych rzęs i brwi. Ktoś pokrzykiwał na górze i bliżej, w piwnicach, nad wszystkim jednak górował skowyt Dunne.

– Kara boża, kara boża… Ja tylko doglądam, Machrusie słodki, mnie nie! Nieee!

Lenda jęczała. Krztusiła się.

– Skończ to, gnoju! – Debren sunął dookoła postumentu na klęczkach, mrugając załzawionymi oczami i gorączkowo szukając najwłaściwszych zaklęć. „Pierwsza Zasada, kursancie Debren? Minimum wysiłku? To po coś tę żabę uprzednio głuszył? Gołą myślą, z trzech kroków?! Rozciąć miałeś, młodzieńcze, jeno rozciąć. Że cierpi? Poczekaj, aż tobie blokadę zdejmą, smarkaczu głupi, zobaczysz, coś ze swoim mózgiem zrobił i co to znaczy cierpieć. No, zmykaj, póki jeszcze chodzić możesz. Zgłoś się do mistrza aptekarza i powiedz, jakiś numer wykręcił. Kursant Trapenakis, ponieważ skalpelem w ścianę trafił i narzędzie złamał, przestanie symulować twórczą pracę i odprowadzi kolegę. A wy do zajęć, kursanci, do zajęć. Stojąc i głupawo zęby szczerząc, nawet jarmarcznymi kuglarzami nie zostaniecie. Idź już, Debren. I na przyszłość nie zapominaj o Pierwszej Zasadzie”.

Uneborga siedziała już na łożu, podobna do lalki pociąganej za zamocowany w głowie sznurek. Chusta zsunęła się do końca, odsłoniła piersi. Piękne były. Cała była piękna, nawet teraz. Wściekłość, pęczniejąca w nim wraz z każdym uderzeniem serca i odkładana na później, eksplodowała nagle z całą silą.

– Sam chciałeś – krzyknął. Zwłoki, szarpnięte gwałtownym przypływem mocy, wywinęły w powietrzu powolnego kozła. Dunne szarpnęła stanik, rozerwała suknię, odsłaniając żebra i przywiędłą pierś. Zerwanym z szyi medalikiem koła popłatnego, oburącz trzymanym, osłoniła się od złego. Magun zaczął skandować zaklęcie, nie zwracając uwagi na zwijające się od żaru pajęczyny, chustę, która zaczęła się tlić i pęcznienie topiących się w oczach świec. Szedł na kolanach za łoże, do Lendy. Łamiąc Pierwszą Zasadę. Po raz pierwszy, odkąd opuścił mury Akademii.