Выбрать главу

– Co się tu…?! – Ktoś zatrzymał się gwałtownie w progu jak zdzielony obuchem. Ktoś w czarnym kaftanie i z kołem na piersi, kto mimo to winien był sądowi grodzkiemu miasta Vijuka grzywnę i groszy siedem. Bo kaftan, podkasany i zawinięty za pas, był wszystkim, co radca Suswok miał na sobie. Chyba oderwano go od czegoś przyjemnego. Debren nie miał pewności. Cień, który wyłowił kątem oka, a który sterczał z cienia gospodarza jak kikut gałęzi ze słupa w izbie na górze, mógł być po prostu cieniem narzędzia, które tamten ściskał w ręku. Czegoś metalowego.

Ciało Uneborgi, kołysząc piersiami i podskakując lekko, przywarło pośladkami do sklepienia. Poświata sącząca się z kamieni zmieniła barwę, poczerwieniała. Debren skandował zaklęcie, zadzierając głowę i patrząc w rozedrganą karykaturę ludzkiej twarzy. Rozpływała się, łamała na nierównościach, ale nie na tyle, by skryć archipelag śladów jak po ospie, czerń i szaleństwo oczu, błysk śliny. Coś raz i drugi kapnęło na dymiącą chustę, zaskwierczało. Dunne umilkła z braku tchu.

– Bezbożne świnie – wycharczał Suswok. Chwycił za tkwiący przy pasie sztylet, przy okazji uwalniając poły kaftana i nieświadomie zakrywając nagość. – Pod moim dachem… Ja was… Co z tym truchłem robisz, bydlaku?! Żebyś oślepł!

– Zabij – pisnęła Dunne. – Szybko, nim co powie! Kark przetrąć.

Debren zaklął. W duchu. Kończył zaklęcie, nie mógł na głos. I oglądać się za siebie też nie wolno było, nie teraz.

Mała trąba powietrzna przemknęła przez piwniczkę. Spryskała czymś lepkim, uderzyła gorącem. Jasny jak błyskawica płomień przeszył Uneborgę, wszedł między pośladkami, wyprysnął ustami i przez nozdrza. Oczy, których Debren nigdy przedtem nie oglądał i więcej oglądać nie miał, zalśniły brązem spod umalowanych powiek i pękły. Lewe eksplodowało z ohydnym mlaśnięciem, prawe rozlało się, spłynęło po czole, wsiąkło we włosy barwy krwi. Resztka mocy ugodziła w nogę łoża, tę najbliższą maguna. Rzucił się odruchowo w bok. Noga pękła z trzaskiem.

Sztylet, warcząc, przemknął tuż obok niego. Łoże osiadło, zadymiło. Strop pluł tysiącem kleistych kropel, Uneborga miotała się jak na wozie pędzącym po przeraźliwie nierównym bruku. Debren zacisnął zęby i skoczył szczupakiem ku wezgłowiu, gdzie ugrzęzło ostrze. Po topieniu przez flisaków, pirrendzkim raku, trzech dniach marznięcia i przede wszystkim tym ostatnim zaklęciu czuł się słaby jak dziecko. Potrzebował broni. I szczęścia.

Przez pył w oczach chybił za pierwszym razem, w dodatku pozbawione nogi łoże kolebnęło się, próbowało go zrzucić. Kątem oka dostrzegł czerń nad sobą. Cisnął gangarinem, prawą dłonią spod lewej pachy, aż rykoszet zadudnił po żebrach, sięgnął czaszki. Suswok rąbnął wielkimi szczypcami, parę kropel krwi zmieszanej z moczem prysnęło z ich zębatej szczęki, trafiło Debrena w twarz. Narzędzie, wymierzone w dłoń maguna, uderzyło w rękojeść sztyletu, zamiast kości złamało głęboko tkwiącą klingę.

Gangarin chybił celu. Albo przechył łoża zrobił swoje. Suswok, unikając pięty czarodzieja, poleciał gdzieś w prawo, na ciało Lendy. Debren, kopnąwszy się w drugą stopę, rozkrzyżował rozpaczliwie ramiona. Jego błędnik szalał. Miał wrażenie, że piwnica przechyliła się o ćwierć obrotu i to, co było posadzką, stało się ścianą. I nieodparte chciało się sprawdzić w roli stropu. Spadał.

A z innej strony spadała Mama Dunne. Z wzniesionym nad rozczochraną głową nożem. Nie mógł jej powstrzymać, za bardzo pogubił się w kierunkach. Rewers, szybko, odwrócić to choler…

Trzask. Ohydny trzask kręgów szyjnych pięćdziesięcioletniej kobiety, której o połowę młodsza, ale i – przy całej swej cudnej figurze – o połowę cięższa dziewczyna wali się na kark tym, co ma najmasywniejszego. Biodrami. Z wysokości co najmniej dwunastu stóp.

Tylko ciało zawodowej tancerki mogło wykonać taki obrót w trwającym mgnienie oka locie. Od magii aż furczało, ale Debren i tak nigdy później nie umiał rozrysować działających na zwłoki sił i wyjaśnić, co się właściwie stało.

To, że rewers zadziałał, rozumiał. Wszystko trwało po prostu krócej, niż sądził, a zaklęcie, które należało anulować, musiało być żałośnie słabe. Po Suswoku spłynęło jak woda po maśle. Mógł zdruzgotać Debrenowi głowę, miał czas. Zerwał się pierwszy, jego ud nie przygniatały dwa kobiece trupy.

Zamiast tego zawył jak wilk. Debren z niedowierzaniem patrzył w sklepienie i nagle wyostrzony obraz czerwonej krostowatej twarzy. I w szczeliny pęknięć, rozbiegających się ni to po kamieniach, ni to po obrazie.

– Coś mu zrobił, skurwielu?! Jaja ci oberżnę! Nie, wyszarpię! Kęs po kęsie! – Trzasnął siadającego czarodzieja w nos, powalił. Potem zaczął się odwracać. – Te szczypce już niejedno wycie z gardła…

Stęknął. Debren rozpaczliwym wysiłkiem oswobodził lewą nogę spod cudnej piersi Uneborgi, wierzgnął w prawo, za jednym zamachem nadwerężając staw biodra i kolana. Stopa trafiła w wypięte w skłonie pośladki. Trochę z boku. Na szczęście.

Bo środkiem wylazło nagle lepkie od kału i krwi ostrze.

Coś plasnęło cicho o posadzkę. Coś, co miecz Lendy odciął od ciała, nim wszedł w dół brzucha po tamtej stronie Suswok charczał. I wciąż klęczał. Silny był.

Dom zadygotał. Cały dom, nie tylko piwnica. Całym domem i wszystkim w środku szarpnęło, gdzieś na górze strzelało szkło w nielicznych reprezentacyjnych oknach. Nadproże pękło z hukiem, w mroku pisnął miażdżony szczur. Debren, sam siebie zaskakując szybkością, wykorzystał okazję, zwinął się, uwolnił drugą nogę. Przetoczył się przez krawędź łoża, spadł na podłogę.

– Pod łóżko! Na brzuch i pod łóżko, Lenda!

Rąbnął czołem klęczącego nad nią Suswoka, przewrócił. Chwycił dziewczynę za łokieć, potem za włosy, zaczął ciągnąć. Ciężka była. Ale pełzli. Nie dalby rady, nie w takiej pozycji, ale pełzli. Bo mu pomagała, bo ciągle jeszcze,…

– Żyjesz? – Złamane łóżko nie chciało wpuścić pod spód obojga równocześnie, więc najpierw wepchnął Lendę. Sam wpełzł do połowy. I tak utknęli. – Nie umieraj, księżniczko, nie rób mi tego! Zaraz pieprznie i będę cię mógł…

Pieprznęło.

* * *

Niebo było czyste, bezchmurne. Pirrend przelewał się dostojnie między belkami pomostu, obmywał miękko smukłe podbrzusze pięćdziesięciostopowej łodzi z mocno zadartym, nie bojącym się morskiej fali dziobem. Krzyczały mewy, zmylone widokiem sieci i beczek przetaczanych na pokład, wypatrujące rybich odpadków. Krzyczał wąsaty dziesiętnik, doglądający załadunku pocisków do katapulty. Terkotały kości leniuchujących na rufie łuczników, jakiś skacowany żeglarz oddawał rzece pożegnalną, ostatnią wieczerzę. Debren stał oparty brzuchem o barierkę, żuł wykałaczkę i próbował skomponować mało fatygujące zaklęcie, skuteczne na dziurawy tyłek.

Nie usłyszał jej. Było za głośno, jak to w porcie. Wyczuł. Nie myła się od wczoraj, a pot przemieszany z lnem jej sukienki, choć zwietrzały i przyprawiony kurzem, miał całe tygodnie. Ale to Debren odnotował później, odwracał się z całkowitą pewnością, że to ona. Ciekawe. Nie, nie ciekawe. Smutne.

– Jesteś jeszcze – przywołała na twarz nijaki uśmiech, była blada. To nic nie znaczyło, nie oglądał jej przedtem w świetle słonecznym. I nie znał tak naprawdę koloru jej oczu. Trochę niebieskich, odrobinę zielonych, maźniętych złotem. Jak rzeka za jego plecami.

– Problemy z załadunkiem. Głównie pijanej załogi. Cieszę się, że cię widzę, Lenda.

– To ty oko swym widokiem cieszysz – mruknęła, przesuwając nieco roztargnionym spojrzeniem po sylwetce czarodzieja. – W końcu widać, żeś pan. Kaftan srebrem haftowany, czyściutki, pachnidłem skropiony…