– I zacerowany bardzo dyskretnie. Dzięki. Oddajecie w lepszym stanie, niż był, gdy mnie flisacy do rzeki ciskali. Ale z tymi pachnidłami toś przedobrzyła. Babskie, słodkie… Wszyscy się na mnie dziwnie patrzą.
– Prostaczka jestem, daruj. A dziękuj Ksemi, ona prała i cerowała. Ja mieczem lepiej robię niż igłą, dopiero by się z ciebie śmiali. A skoro o tym mowa… – Sięgnęła pod lewą pachę, podała Debrenowi podłużny przedmiot zawinięty w płócienny worek. – To dla ciebie. Między pogaństwo jedziesz, a sama różdżka to mało. Weź, Debren. Podostrzyłam, z braku brzytwy od biedy się i ogolisz. Prosty jak darczyńca, ale solidny.
Powoli odwinął nadgryzione przez myszy płótno. Miecz miał nieskomplikowaną rękojeść, wybite wschodnimi runami znaki manufaktury, z Wysp Anvash chyba, bo z drugiej strony Lwa z Morza wytłoczono. Rzadka broń w tych stronach i choćby przez to cenna. Przede wszystkim jednak znakomicie dobrana do właściciela. Nie za wielka, nie za mała, łatwo wyskakująca z pochwy i łatwa do skrycia pod opończą, wygodna w podróży: w sam raz dla kogoś, kto raz konno, raz tratwą flisacką podróżuje.
– Dzięki, Lenda. Dzięki, ale go nie wezmę. Ja, widzisz, mieczy nie używam. Z nożem można różne rzeczy robić, z siekierą, nawet sulicą niekoniecznie ludzi trzeba kłuć, tylko dziki na szynki dla rodziny przykładowo. A miecz to miecz. Ma myślące istoty życia pozbawiać.
– Nie pieprz, mistrzu. Przez kummońskie stepy płyniecie. Jak was, odpukać, dopadną…
– Księżniczko, ja jestem magun, nie wojak. Rzemieślnik, apolityczny fachowiec, co granic nie zna i w klientach nie przebiera. Póki z różdżką za pasem chodzę, nader rzadko do mnie z łuków szyją, a siec na plastry w ręcznym boju nikt jeszcze, odpukać, nie próbował. Miecz to dla mnie same kłopoty. Nawet bić się dobrze nie umiem. I nie lubię.
Owinął broń workiem, ale nie oddawał jeszcze. Miejsce pod prawą pachą Lenda też miała zajęte. A w tej chwili nie wyglądała ani na silną, ani na zręczną.
– Łżesz. Nie chcesz brać, bo myślisz, że ze mnie ostatni gołodupiec.
– Nie myślę – uśmiechnął się z wysiłkiem. – Patrz, tam przy żurawiu draby miejskie sterczą, tylko patrzą, kogo by tu mandatem ukarać. I żaden do nas nie pędzi, by grzywnę i groszy siedem skasować.
Lenda parsknęła, przez nos, jak to ona, i tym razem musiała szybko głowę schylić, rękawem się poratować.
– Nie, księżniczko, nie z litości przyjęcia daru odmawiam. Nie wyciągam pochopnych wniosków z faktu, żeś tu przyszła w sukienczynie, w której świętej pamięci Dunne karierę pewnie na grodzkich łęgach zaczynała. Bo ciepło się zrobiło i pewnie nad rzeką chcesz pospacerować, oczy złotem liści nacieszyć, resztkami lata odetchnąć. Strój pastereczki do tego jak znalazł. Jak się pobrudzi, podrze, to i nie żal. A bose nogi wystarczy przy studni spłukać, nie to co ubłocone ciżemki z delikatnej skórki.
– Kpisz sobie ze mnie? – Przez chwilę była dawną sobą, złośnicą ze zmrużonymi oczami.
– Nie kpię. Mówię tylko, że „Różowy Królik” stoi jak stał, dziewczęta poweselały, do wydajniejszej pracy są gotowe, a ty Dunne zastępujesz. Z mieczem czy bez, z głodu nie umrzesz, a i ubrać się w coś ładnego chyba będziesz mogła. Więc nie lituję się nad tobą. Nie patrzę z góry. Rzeczowo tłumaczę, dlaczego broni nie chcę.
– Nie, to nie – wyrwała mu pochwę z garści. I prawie cisnęła w twarz zawiniątkiem spod prawej pachy. – Wsadź sobie. Pod zadek.
Worek odpadł, odsłonił frędzlastą, obszytą aksamitem poduszkę. Łucznicy, rzucający oczyma a to w kubek z kośćmi, a to na łydki Lendy, zgodnie wyszczerzyli zęby. Magun, trochę zmieszany, zaczął miętosić podarunek w dłoniach. Dziewczyna oklapła, wraz z gniewem uszły z niej pozory niefrasobliwości. Jej oczy zrobiły się szarawe smutne.
– Pewnie masz rację, porządzę trochę – mruknęła. – Wdowa po Suswoku trzy razy mdlała i dwa razy włosy sobie rwała, jak jej z jurystą nieboszczyka tłumaczyliśmy, że „Królika” dziedziczy i co konkretnie dziedziczy. Bogobojna z niej kobieta. Mieszać się w ten brudny proceder nie chce, więc wolną rękę mieć będę. Zresztą teraz męża opłakuje. No i syna.
Debren czekał, ale i ona chyba czekała.
– A… co z nim?
– Myślałam, że nie zapytasz – wyznała. – Żyw będzie. Znaleźli go przy kominku, nieprzytomnego. Dobrze, że się nie spalił, zadek mu tylko przypiekło. Cała komnata w okruchach szkła była; niektóre tak w boazerię powbijało, że wydłubać nie idzie. A chłopaka oślepiło. Zawsze pryszczaty był, ale teraz to aż żal patrzeć: cała gęba w dziurach, istne rzeszoto. Paskudna ta twoja magia, Debren.
– To nie ja, ja tylko przyspieszyłem… To trochę skomplikowane, więc tyle ci powiem, że nie przeze mnie kulę rozerwało, a już na pewno nie przeze mnie akurat chłopakowi prosto w twarz. O oślepianiu stary Suswok krzyczał, zaklęcie zakłócił… Białej magii ktoś do produkcji tego cholerstwa użył, a ta dziwacznymi prawami się rządzi, nieobliczalna bywa jak wszystko, co o humanistyczne nauki zahacza. Zresztą… Wiesz, dziewczyno, ile kosztuje dobra kryształowa kula? Ja w życiu własnej nie miałem, choć pełny trzos się zdarzał. Stary Suswok pękniętą musiał kupić, a że bez pozwolenia, to dodatkowo na czarnym rynku. Te są najgorsze, bez żadnej gwarancji. Gówniany zasięg, gówniana rozdzielczość, jakieś mętne, na kolanie spisane instrukcje obsługi. W dodatku żłopie taka energię jak piechur piwo, więc różne mędrki w ogień ją wsadzają. I jak się zdarzy wsteczne przebicie…
– To od tego zginęły? – zapytała cicho, dziwnie pokornie. – Una i Ruda? A parę innych przypiekło, wystraszyło? Od kuli magicznej? Kawałka szkła?
– Od głupoty ludzkiej. I żądzy. Ten smarkacz, młody Suswok… Daruj, Lenda, ale nie trzeba go było spod łaźni gonić. Obejrzałby kawałek dziewczęcego tyłka w naturze, jak Bóg przykazał… Mógłby… No, mniejsza. Wszyscy tu zawinili, ta twoja cnotliwa Uneborga też. Są sposoby, żeby wilk syty był i owca nieruszana… Wiesz, o czym mówię.
– Wolę nie wiedzieć, mistrzu. I ze świntuszeniem cię nie kojarzyć. Czyli, upraszczając, wszystko znowu przez te cholerne baby?
– Nie upraszczaj, tego nie powiedziałem. Najbardziej stary Suswok oczywiście zawinił. Nie da się wody z ogniem w jednym garnku pomieścić, a już na pewno nie w ludzkiej głowie. Para z tego powstaje, a tę trzeba wypuszczać, bo jak nie, to tak pieprznąć potrafi… Chłopak od małego z ojcem „Różowego Królika” wizytował, naoglądał się różności, choć tylko o naukę prowadzenia interesów chodziło. A jak mu się wąs sypnął, to chodzić przestał, bo akurat wtedy stary zabronił. Ale pamięć przecież została i świadomość tego, jakie skarby ma o sięgnięcie ręką, a sięgnąć nie może. No a potem spotkał Uneborgę. I zakochał się. Że mu drzwi do zamtuza zatrzaskują, to chłopak jeszcze jakoś ścierpi, ale jak drzwi do ukochanej…
– Ładna mi miłość. Najpierw zabił, potem oczy wyłupił.
– Miłość jak cholera, Lenda, uwierz mi. Taka moc przez kulę przeszła… Kula przenosi obraz, to wszystko. Doświadczony mag, a i to specjalista od telezofii, może w drugą stronę sygnały świetlne posyłać, nawet dość mocne. Mówi się, że w Sovro z dźwiękiem eksperymentują, ale czego to o Sovro nie mówią… A tu poszedł żar, uczucie spolaryzowane i płyny organiczne w prawie nieodmienionej postaci. Aż się boję pisać o tym do „Różdżki”, bo mnie konfratrzy wyśmieją. Coś niezwykłego musiało być w tej kuli, to pewne, ale i tak główną siłę sprawczą uczucie odegrało.
– Chuć, Debren – trwała przy swoim. – Chuć, nie żadna miłość. On połowę naszych dziewek ciepłem pomacał po goliźnie. A Rudą spalił długo po tym, jak ta jego niby ukochana nogi wyciągnęła. Rzucał się na wszystko, co kieckę nosi. A dokładniej: właśnie zdjęło. Czy podkasało choćby.