– Nie ma miłości bez chuci – powiedział, nawijając na palec frędzle poduszki. – Choć nie twierdzę, że miłując jedną kobietę nie można z inną… Ale on nie próbował chyba. On szukał, Lenda. Po amatorsku, ukradkiem, kiedy starego w pobliżu nie było i nikt nie patrzył. Gołej Uneborgi, niech ci będzie; nie o motylach i gwiazdach z nią gawędzić zamierzał, tylko… Ale jednak Uneborgi, nie jakiejś innej. A że kulę miał kiepską, a wiedzę jeszcze gorszą, to polował według barwy włosów.
– Hę?
– Obie zabite były rude. Dunne coś rudawego w farbie do włosów miała i sam byłem świadkiem, jak… no, mniejsza z tym. No i Estrenka. Strasznie dużo włosów w stajni zostawiła, różnych, a wszystkie marchewkowe. Więc jak zaczynał szukać, to tam się przede wszystkim gapił. Bo też łatwiej mu było. Musisz wiedzieć, że są duże problemy z zajrzeniem do izby, w której się wcześniej nie było. Im lepiej znasz i pamiętasz miejsce, które chcesz w kuli ujrzeć, tym łatwiej cel osiągnąć. A do stajni młody Suswok wstęp wolny miał, w przeciwieństwie do komnat w zamtuzie, zwłaszcza tych na górze, gdzie dziewczyny pracują. Poza tym zamtuz to zamtuz, inaczej się go buduje niż zwykły dom. Dobry majster i materiałów przeciwkulowych użyje, i zaklęciem ściany zabezpieczy. Coś takiego w piwnicy mieliście, gdzie Una leżała, choć tam raczej o ochronę skarbczyka szło czy składu cennych win. Tak czy siak, póki drzwi zamknięte były, młody Suswok nie miał szansy do środka zajrzeć. Chociaż pewnie próbował. Warsztat Estrenki tak często oglądał, że spory kawał dachu osuszył, ścianę ogrzał… Trwały ślad zostawił. To dlatego przyśniła mi się jego twarz.
– Twarz? Skąd wiesz, że jego? Przecież go na oczy nie widziałeś?
– Ale potem zobaczyłem ojca. I przypomniałem sobie, że dwa razy o pryszczach juniora wspomniałaś. A ta gęba ze snu mocno nakrapiana była.
– Taki bystry jesteś? Już wtedy wiedziałeś?
– Nie. Szczerze mówiąc, Lenda, magia to tylko magia. Zawsze pozostawia ślady, a ja głównie odszukiwaniem takich śladów się trudnię. Dobry w tym jestem, nie chwaląc się. A tam, u was, działy się rzeczy dziwne. Nie rozumiałem ich, nie umiałem wyjaśnić. Więc pomyślałem sobie… Nie śmiej się, ale pomyślałem, że może Dunne i inni mają trochę racji. Że to… kara boska.
– A nie? – zapytała z powagą. – Pewien jesteś?
– Nie jestem. Kapłani mówią, że niezbadane są wyroki boskie. Wszystko da się uzasadnić, z takiego założenia wychodząc. Wszystko. Ale tak sobie myślę, że gdyby Bóg chciał przykładnie Uneborgę ukarać… To nie pryszczaty szczeniak bez doświadczenia, tylko Bóg, na wszystkim się znający, więc i na babskiej anatomii… No więc nie sądzę, by się pomylił i trafił ogniem akurat w cewkę moczową.
Milczeli potem długo, stojąc przy balustradzie łokieć w łokieć i spoglądając w dal, na szeroko rozlaną rzekę. Delikatny, ciepły jeszcze wietrzyk przynosił na przystań żółte i czerwone liście, włókna babiego lata i smród miejskich rynsztoków. Żuraw skrzypiał, dziesiętnik klął coraz plugawiej. Lenda wsparła stopę o dolną belkę barierki, zaczęła ją otrzepywać dłonią.
– Tyłek mocno dokucza? – zapytała z nieoczekiwaną szorstkością. – Ile ci kawałków szklanej kuli cyrulik wydłubał? Trzy?
– Trzy. Dzięki za pamięć. I za poduszkę też dzięki. Nic to, że załoga powód do uciechy mieć będzie.
– Przeżyjesz – wzruszyła niedbale ramionami. – A na drugi raz nie bądź głupi. Sam się pierwszy pod łóżko chowaj, a dopiero potem, jak czas i miejsce jeszcze będzie, dziewkę wpuszczaj. Zwłaszcza…
– Zamknij się. I daj spokój tym paprochom, kurzym łajnem przylepionym. Bez ostentacji, jeśli łaska. Zrozumiałem.
– Dudkaj się – mruknęła apatycznie, stawiając z pokotem na ziemi najbrudniejszą w całym porcie nogę. – Słowa „ostentacja” nie znam, ale tak czy tak: dudkaj się. Moje nogi, zrobię z nimi, co zechcę.
– Twoje – zgodził się. I patrząc na drugi brzeg, doda) – Za ładne pod strzały. Nie lepiej…?
– Wystarczy, Debren. Patrz, trap ściągają. Zaraz w siną dal pożeglujesz, więc oszczędź mi dobrych rad i wymuszonych komplementów. Lepiej wypijmy strzemiennego To nie koń wprawdzie, ale każda okazja dobra, żeby chlapnąć. No, co się gapisz? Pokaż, żeś światowiec bywały i odwróć łaskawie głowę. Gdzie pracuję, to pracuję, ale do świecenia cyckami nie przywykłam.
Odwrócił głowę. Tyle mógł dla niej zrobić. Chociaż chyba bardziej robił to dla siebie. Potem, patrząc w niebieskie oczy, podniósł do ust blaszaną płaską buteleczkę ze śladem kulistego wgniecenia.
– Uuch… Mocne draństwo. – Oddał dziewczynie piersiówkę. – I naczynie mocne. Wiesz, myślałem wtedy…
– Pijackie szczęście, – Łyknęła więcej niż on, ale prawie się nie skrzywiła. – I kula srebrna, miękka. Cholera, zagrzała się gorzałka… Wybacz, że byle czym cię żegnam, Wszystko u mnie takie byle, byle. Masz, trzymaj.
– Kula? Dlaczego mi ją dajesz?
– Ciebie miała trafić, więc tobie się należy. Będziesz miał pamiątkę z Vijuki. Jak ci zaświta fantazja, by tu jeszcze kiedy zawitać, to zawsze wyjąć możesz, popatrzeć i przypomnieć sobie, że tu do magunów strzelają. A poza tym to srebro, z pół talara warte. Przepić możesz. Dobrze się zabawisz.
Obróciła się trochę za szybko. Na rzece nie działo się nic, co by tak szybki obrót uzasadniało. Rybacy rzucali sieci, to wszystko.
– Lenda…
– Idź już, zaraz cumy zwolnią.
– Lenda, ja… – To, co chciał powiedzieć, nie miało sensu, więc powiedział coś, co go być może miało: – Do widzenia, księżniczko.
– Żegnaj, Debren. Bywaj zdrów i żegnaj.
Księga trzecia: Smoczy pazur
– Jak gwiżdżesz, ćwoku jeden?! – darł się, stojąc na relingu, ciemnowłosy człowiek w pasiastym kaftanie i butach za kolana. – Na dziewki w porcie możesz tak w gwizdek dmuchać, i to jakimś zafajdanym yougońskim najlepiej, bo w Viplanie byle łajza cię kamieniem zdzieli, ni prawa, ni dobrego obyczaju nie łamiąc! Nie wiesz, jak się admirała wita?!
– Co on tak gębę drze? – zainteresował się pomocnik bosmana, manewrujący bosakiem przy trapie. Bosman machnął tylko owłosioną łapą. Dzielił uwagę między drewnianą, żelazem okutą piszczałkę, którą przyciskał do ust, i drewnianą, żelazem okutą kuszę, przyciśniętą stopą do pokładu. Pokład był śliski, a krótka kanałowa fala – zdradziecka. Ktoś, kto ułożył broń dyskretnie za nadburciem, mógł jej tam nie znaleźć, gdy zajdzie potrzeba.
– Pewnie ze strachu – rzucił półgłosem marynarz, przytrzymujący deskę trapu z drugiej strony. – Widzisz te portki cudaczne? Myślisz, że od czego takie rozdęte górą? Dobrze, że od zawietrznej podeszli, bo coś mi się widzi, że by nas uraczył wonią mało…
– Cicho.
Zamilkli wszyscy z bosmanem na czele. Bosman z widoczną ulgą wetknął piszczałkę za pas, obok kordu i bata. Chyba trochę lepiej od reszty znał dialekt z Genzy i chyba świtało mu, że coś robi nie tak. Pozostali, chowając języki za zębami, okazali świeżej daty respekt stojącemu przy maszcie mężczyźnie w haftowanym srebrem, zielonym stroju.
Elegant w pasiastym kaftanie puścił się wanty. Nie patrząc w dół, na kipiące między kadłubami morze, od niechcenia przemaszerował po desce i zeskoczył na pokład galery. Stanął przed odzianym w zieleń, zerknął na wiadro przy jego nogach.
– Kapitan „Azami…”, „Arami…” Psiakrew!, te wasze illeńskie nazwy… Wybacz, że całość pominę!