– Nie.
– Nie wybaczysz? – Okolona krótką brodą twarz wydłużyła się nieco. – Ha, tegom nie oczekiwał. Uprzedzano mnie, że ta łajba to żeglująca trumna, a jej załoga…
– Nie jestem kapitanem „Aramizanopolisańczyka”, to jeno rzec chciałem.
Ciemnowłosy poprawił wielki beret z jeszcze większym piórem, rozejrzał się po pokładzie. Stał pewnie, z łatwością utrzymując równowagę, z lewą dłonią na rękojeści miecza i prawym kciukiem dość arogancko zatkniętym za sprzączkę pasa.
– Piękne, zaiste, powitanie. Bosman odgwizdał mi sygnał przeznaczony dla drugiego zastępcy szypra barki śmieciarki, kapitan wyjść na pokład nie raczył, a ten, co raczył, z wiadrem mnie przy trapie wita. Jeśli kubeł zimnej wody chcieliście mi, panie, na głowę wylać, to szkoda waszej fatygi. Aluzję pojąłem.
– Źle zaczęliśmy, admirale… – uśmiechnął się zielony. Słabo się uśmiechał. Twarz też miał zielonkawą.
– Cóż, więc może wrócę na karawelę, ryzykując potknięcie na trapie i rozsmarowanie pomiędzy burtami, piruet ucieszny wykonam i raz jeszcze spróbujemy? Co wy na to, panie bosman? Widać, że artystyczna z was dusza i dąć w tę waszą rurkę pasjami lubicie…
– Jestem Debren z Dumayki, czarodziej okrętowy. – W połowie skłonu, który miał wypaść bardzo dworsko, choć bez zdejmowania mycki z głowy, złośliwa fala kanałowa dała o sobie znać i Debren musiał przytrzymać umykające od nogi wiadro. – Cieszę się, że was widzę, panie. Darujcie, że nie rozpoznaję, ale w cesarskiej flocie od niedawna…
– Vensuelli. – Przybysz oszczędnie skinął głową. – Wiceadmirał Floty Wschodniego Oceanu Jego Cesarskiej Mości. Witajcie, mistrzu Debren. Chciałbym rzec, że rad was widzę, jak i wy mnie, ale służbowo tu jestem i łgać pod banderą majestatu nie zamierzam. I nie mówcie – gestem dłoni wstrzymał otwierającego usta czarodzieja – nie mówcie, że ta szmata na maszcie to nie bandera Bikopuliss. Zdążyłem zauważyć, wystawcie sobie. Czasu miałem sporo, boście w dryf stawali, bez przesady, kwadrans, jeśli nie dwie szóstnice. Galerą, kurwa mać!!! – wydarł się nagle. – Gdzie jest ten zasrany flisak, kapitanem się mieniący?! Tak go w rzyć kopnę, że Anvash minie i w Wolkanię pieprznie!!!
– Przestań hałasować, Vens – zahuczał czyjś basowy głos z pokładu karaweli. – Lepiej każ drugi trap położyć, korabie bliżej przyciągnąć albo co. Ja się na linoskoczka nie najmowałem, po tej listewce przechodzić ani myślę. Nie dość, że wąska, to i cieniuśka; jeszcze pode mną pęknie.
– Nikt cię nie prosi! – już spokojniej odkrzyknął Vensuelli. – Zostańcie na „Jaskółce”, panowie! I panie też! Luwanec, wydać liny, bosaki precz, odejdźcie na kabel przed tę krypę. Za przylądkiem się sczepimy, na spokojniejszych wodach.
Załoga karaweli, nieliczna, ale w widoczny sposób sprawna, błyskawicznie uporała się z manewrem odejścia. Debren, znękany nudnościami, nie miał nawet czasu przyjrzeć się dokładnie zalegającym pokład ładunkom. Były osłonięte ni to płótnem żaglowym, ni to starymi namiotami wojskowymi, nieforemne jakieś i nie kojarzące się z niczym, co widział na Międzymorzu. Ale cóż, to już nie było ciepłe, łagodne zazwyczaj Międzymorze. Dwa tygodnie temu wyszli na Kariatyk, Ocean Wschodni, do niedawna jeszcze zwany po prostu Oceanem z braku innych. Woda wyglądała tu inaczej, inne statki pływały, więc i metody frachtowania miały prawo się różnić.
– No dobrze, panie czarodzieju. – Obserwacja udanego Manewru wprawiła wiceadmirała w lepszy humor. – Prowadź do swego kapitana. Pijany pewnikiem, zgadłem?
– Nie zgadliście, panie Vensuelli. Kapitana fala za burtę zmyła. Sześć dni temu mniej więcej.
– Co? – Vensuelli przystanął, wykonawszy jeden tylko krok w stronę kasztelu rufowego. – Fala? Kapitana? Kpicie, mistrzu? To co to za fala musiała być? Względnie kapitan? Pierwsze słyszę. Chłopiec okrętowy… bywa; pijany majtek, kucharz… No, ci za burtą często lądują, co nie dziwota. Ale kapitan?! – Debren wzruszył bezradnie ramionami. – No, nic. A pierwszy oficer gdzie?
– Przy kapitanie. Mniej więcej.
Ciemne oczy admirała przyglądały mu się przez chwilę uważnie.
– Aż się boję zapytać o nawigatora – powiedział wolno Vensuelli.
– I słusznie się boicie, panie admirale. Choć zarazem trochę niepotrzebnie, bo „Aramizanopolisańczyk” załogę dostał szczupłą, więc pierwszy oficer był zarazem nawigatorem. Za jeden żołd, co chyba legło u źródeł naszych kłopotów.
– A ile żołdów, waszym zdaniem, ma brać półgłówek na służbie za burtę wypadający?
Debren zastanawiał się. Trochę nad odpowiedzią, bardziej nad wyczarowaniem z dostępnych na pokładzie produktów leku przeciw chorobie morskiej.
– Macie pewnie rację, panie Vensuelli, Ale on tak nie myślał. Był rozgoryczony, bo za jeden żołd czy dwa cesarska flota tak czy siak od pół roku mu zalegała.
– Nie tłumaczcie go, czarodzieju. Jeden zaległy żołd to dokładnie tyle samo, co dwa zaległe żołdy, czyli zero. Nauka, która ów paradoks objaśnia, nazywa się matematyką. Wam, odczytywaczom formuł tajemnych, to może i do niczego niepotrzebne, ale nawigator ma psi obowiązek rachunki znać. To jak to było z tym waszym rozgoryczonym?
– Wejdźmy do kajuty. Tu wiatr w uszach gwiżdże.
Vensuelli zerknął dookoła. Trzej marynarze układali trap przy burcie, udając, że nie podsłuchują. Pozostali, w liczbie pięciu, podsłuchiwali, niczego nie udając. Bosman poprawiał jeden z węzłów na swym bykowcu tuż obok, a sternik kombinował, jak linką unieruchomić koło i podejść bliżej.
– Wiatr? Bez wiatru dawno od smrodu byście pomarli. Czym wy, szlag by to, galerników karmicie? No, mniejsza… Chodźmy na rufę, Debren, nie przeszkadzajmy tym dobrym ludziom w odpoczynku. Od rufy dmucha, więc pewnie przez czas jakiś okrętu nie przewróci. A jak przewróci, to też może nikt nie spadnie z pokładu, bo przykleić się do tego paskudztwa żadna sztuka, postać jeno chwilę wystarczy, co owe zuchy właśnie czynią. Chodźcie, mistrzu. Zawiewa to z tej, to z tamtej, może od dołu zawieje, żagle na maszt wciągnie, kto wie? Mistrzu Debren, nie zapomnieliście aby czegoś? Wasz kubełek…
Kajuta kapitańska zajmowała tylną część nadbudówki rufowej. W przedniej, mniejszej, mieszkali w czasach świetności oficerowie w liczbie kilku. Potem portowi włóczędzy, muchy, dobrze żyjące z tego, co włóczędzy po sobie zostawiali – a zostawiać nie chadzali daleko, do sąsiedniej kabiny zaledwie – pająki żyjące z much, no i gryzonie. Teraz zadomowiły się tu małże i ślimaki. Większość okienek nie miała ani błon, ani szkła. Było mokro, zimno i paskudnie.
– Widzę, że nie tylko oficerów wymiotło. – Vensuelli pomacał ostrożnie jakąś samotną skrzynkę, na której nieśmiało zaczynały kiełkować wodorosty. – Meble też. Stół pod mapy gdzie? – Końcem pochwy zmiótł drzemiącego na wieku małża, podłożył sobie beret, usiadł. – Nie wiesz? Tak i myślałem. Ale mapy jakieś macie?
– Mieliśmy. Zachodniego Międzymorza. Nawigator jak oka strzegł, bo stara była, zabytkowa. Jeszcze za Starego Cesarstwa kreślona.
– Kpisz, Debren? To usiądź, nie stercz tak. Żartować wolę, jak towarzystwo siedzi.
Debren rozejrzał się bezradnie po pustym pomieszczeniu. Westchnął, obrócił wiaderko, usiadł, rozstawiając szeroko kolana.
– Przykro mi, admirale. Nie zdradzę chyba wielkiej tajemnicy, mówiąc, że flota cesarska robi bokami. Nie ma Czym pływać, nie ma kto pływać i nie bardzo jest dokąd. To znaczy – poprawił się – dotychczas nie było. Bo teraz jak się dowiaduję z miłym zdziwieniem, Jego Cesarska Mość ustanowił nową eskadrę na oceanie.
– Flotę, Debren, flotę. Gra słów, wiem, ale będę wdzięczny za trzymanie się oficjalnego nazewnictwa. Widzisz, mistrzu, w Bikopuliss forma już dawno treść pokonała, a cesarscy urzędnicy nie to widzą, co jest, tylko co napisane mają, że być powinno. Cesarz Stanorius między triumfami własnoręcznie regulamin morski spisał. I stoi tam jak wół, że admirał niczym mniejszym od floty dowodzić nie może, a jak przypadkiem podowodzi, to pensja mu się za to nie należy, bo dla takiego wielkiego pana dyshonor by to był.