Выбрать главу

– Mało życiowy jakby ów regulamin. Nie uchybiając Stanoriusowi, słusznie Wielkiemu.

– Mało życiowy? Widać, że Bikopulijczyków nie znasz. Co drugi cesarz na marmurowy pomnik u wdzięcznej ludności zasłużył, z tego braku życiowości korzystając. W blasku chwały światłego reformatora.

– Przyznaję, że nie rozumiem.

– Ty, czarodziej? Patrzcie, państwo, co to się porobiło, Pierwszy, co nieomylnością człowiekowi przed nosem nie wymachuje. Że o wiaderku nie wspomnę. Ha, zaczynam widzieć was w innym świetle, mistrzu Debren. A co do Bikopuliss, to sprawa jest prosta jak maszt. Otóż już dziad Stanoriusa stwierdził publicznie, że dobrze się w państwie nie dzieje i trzeba dużo poprawić. Przy czym źle się dzieje z winy poprzedników, którzy błędy i wypaczenia czynili, księżycową gospodarkę prowadząc. Kraj potrzebuje więc reform, dobrego władcy i wzrostu. I tak się przyjęło, że każdy kolejny cesarz dupa jest, jeśli nie reformuje czego się da i wzrostu ewidentnego nie wykazuje. Wiesz, Debren, ile Stanorius legionów miał? Dwa! Wschodni i Zachodni, z dwoma wicemarszałkami na czele, bo jedynym marszałkiem, pensji zresztą łaskawie nie biorącym i na biednych ją oddającym, był sam cesarz. Dwa legiony plus jedna flota i trzy samodzielne eskadry. I wystarczyło. Okręty bikopulskie co chciały, to na Międzymorzu czyniły, legioniści w Zuli stacjonowali jak za Starego Cesarstwa, w Dekturanie, na Bliskim Zachodzie. Prowincji siedemnaście było, a jak jeden ambicją chory centurion pogranicznik, nudą widać otumaniony, podjął się ku chwale cesarza całe państwo dookoła pieszo obejść i tym sposobem do Księgi Gupissa trafić, to w drodze wyłysiał, ośmiorga potomstwa się dorobił i tak nogi nadwerężył, że go w uznaniu zasług do kawalerii przenieśli. Takie to państwo było! potem Stanorius umarł i barbarzyńcy Zulę odbili przy błogosławieństwie ówczesnego Ojca Ojców, nawiasem mówiąc. I co następca tronu zrobił? Edykt wydał i z szesnastu już teraz prowincji osiemnaście uczynił! Ciach piórem i oto macie, ludkowie dobrzy, dwie nowe jednostki administracyjne. Z kupą intratnych urzędów, z czego na prowincji się cieszą, i bandą pełnomocników cesarza do spraw wdrażania, co dwór i stolicę raduje. Potem jeszcze, pod koniec życia, najjaśniejszy pan armię zreformował, z trzech okręgów wojskowych cztery robiąc, co jako wielki sukces roztrąbiono. Ale się rozmyślił i zaraz z czterech dwa uczynił, bo mu eksperci wyliczyli, że gotowość bojowa od tego wzrośnie, no i go żołnierze, zaiste z podziwu godną szybkością, na włóczniach w kawałkach z pałacu wynieśli. Nie muszę chyba dodawać, że następny cesarz, eks-dziesiętnik hoplitów, zaczął rządy od pięciu okręgów i podwyżki dla kadry oficerskiej. I tak poszło. Dzisiaj Bikopuliss to już nie, jak niegdyś, miasto i świat, ale miasto i trochę dalej, niż z baszty widać. Ale prowincji ma czterdzieści i dziewięć, a armii, samodzielnych legionów, flot i eskadr tyle, że się generałowie dawno w schematach organizacyjnych pogubili. Za to w tabelach płac biegli są jak nikt. Mocno patrzą na ręce jeden drugiemu, ani złamanego grosza nie wydębisz u skarbnika ponad to, co ci z etatu należy. – Admirał przerwał, wyjął zza pasa sztylet i ująwszy za ostrze, zaczął się przyglądać szczurowi wystawiającemu pysk z jakiejś dziury. Szczur popatrzył mu w oczy, popatrzył na Debrena, pomyślał chwilę i wylazł cały. Nie spiesząc się, podreptał wzdłuż ściany. – Kota tu przypadkiem nie macie, mistrzu?

– Był, ale coś go zeżarło. Nie mam pewności: szczury czy załoga.

Vensuelli zamachnął się, cisnął sztyletem. Ostrze wbiło się w deskę przepierzenia trochę nad grzbietem gryzonia, rozłupało ją, znikło jak cała reszta noża. Szczur pisnął i odskoczywszy na dwie stopy, zatrzymał się przy jakiejś dziurze – nie tej, którą wszedł – sprawdził, czy admirał nie wyciąga następnego noża. Uspokojony, wrócił do obwąchiwania desek pokładu.

– Widzisz go – wyszczerzył zęby Vensuelli. – Urodzony Bikopulijczyk. Kostucha mu nad uchem sierpem wywija, a ten udaje, że nic złego się nie dzieje. Resztki dawnej świetności eksploatuje i aktualnej rzeczywistości nie chce do wiadomości przyjąć. A tak przez ciekawość, co on tak węszy? Kocich niedogryzków szuka?

– Robaków. Mało co na okręcie do zjedzenia zostało, więc się szczury pierwej na myszy przerzuciły, a ostatnio, dzięcioła modą, na robaki. Dlatego, jeśli łaska, nie polujcie dla sportu na szczury. Co innego, gdyby do garnka… to z żalem czasem czynimy, ale dla zabawy lepiej nie. One, widzicie, pożyteczne są.

– Wybacz, Debren, zapomniałem, żeś magik. Pewnie, jak wielu z nich, o tych tam, no… dziurach eko… elokogicznych chcesz prawić, co? Że niby wszystkie żywe stworzenia kooperatywę tworzą, ku dobru wspólnemu się w zamkniętym kręgu zżerając?

– Nie, admirale. Jeśli już, to o dziurach okrętowych, które tutejsze robaki z dużym sukcesem czynią. Pewnie w ramach kooperatywy z rybami, ku którym nas z całym „Aramizanopolisańczykiem” w końcu poślą. Galera spróchniała jest, a teraz jeszcze do sera coraz bardziej podobna. Pewności nie mam, ale myślę, że szczury co większe robale wyżerając, życie nam przedłużają.

Vensuelli wstał, ruszył ku drzwiom. Zmienił jednak zamiar, podszedł do ściany, kopnął. Poprawił drugi raz, powiększył wielką jak głowa dziurę. Odgarnął garść muszelek i sięgnął po sztylet wbity w podłogę sąsiedniej kajuty.

– Napiłbym się, panie Debren. Na wszystkim już pływałem, na wolkańskim kajaku nawet, ale takim paskudztwem jeszcze nigdy. Że też to gówno na morze wypuścili. Uprzedzano mnie, że prosto z pochylni toto nie będzie, ale niech mnie szlag trafi, jeśli to nie jest najstarsza galera znanego świata. Nie w rejestrach flot jej szukać, a w Księdze Gupissa. Chyba w mordę kogoś strzelę, jak się zaraz nie napiję. Czarodzieju, hę?

– Myślę… Kapitan chyba już przeciw temu nic mieć nie będzie. W skrzynce coś pewnie trzymał.

Spod szmaty leżącej przed progiem i przyklejonej do pokładu brudem, co tłumaczyło jej obecność, Debren wyjął wymyślny płaski klucz. Klucz był magiczny, ale większość magii wywietrzała, ledwo dawała się wyczuć. Może dlatego zamek kuferka ustąpił już po dwóch pacierzach szarpania się ze zgrzytającymi zapadkami. A może dlatego ustąpił dopiero po dwóch.

– Co my tu mamy? – zainteresował się radośnie Vensuelli, oglądając pod światło szklany butlogąsior. – Naczyńko jakby z wyspy Prycos, z samiutkiego południa Wolnego Świata. Nie ma słodszych win, mówię ci, Debren. Ciekawe, który rocznik? Ja, mistrzu, na winach jak mało kto… – parsknął czerwonymi kroplami. – Tfu, zaraza! Szlag by go, szypra dusigrosza; żeby go tak raki powoli obgryzały.

– Woda? – Debren pokiwał współczująco głową. Klęczał przy skrzyni, drapiąc się w zadumie po zarośniętej brodzie. – Tu też morze zawitało. Cholera. Cholerne tajne służby cesarskie. A mówiłem, żeby najpierw przestudiować rozkazy, a dopiero potem sejfik do liny wiązać i za rufą ciągnąć. Ale nie, oni lepiej wiedzą, swoje metody mam, tysiąc lat doskonalone. No, to teraz się mogą… Nie, przesadziłem. – Strzepnął z palców rozłażący się papier. – Nawet do podtarcia się to już niezdatne.

– Zwracam kapitanowi część honoru. – Admirał usiadł na wiaderku, łyknął z butlogąsiora. – Patrząc na stan dokumentów, widzę, że dobrze korek wsadził. A i ten kwas, gębę krzywiący, podłego pochodzenia nie jest. Z Prycos, wyspy słonecznej pochodzi, ma prawo do markowego naczynia. Tyle że rocznik fatalny. Założysz się, Debren, że datę zbioru podam? O pięć dukatów?