– Nie zakładajcie się z magikami, panie Vensuelli. Niektórzy, jak uczciwsze sposoby zawiodą, i w myślach czytać wam mogą. Wielka jest moc… Nie, cholera – cisnął ze złością płat czegoś szarego, spleśniałego, rozłażącego się w dłoniach. – Nie da się tego odczytać.
– To nie ludzki mózg, co, Debren? A o trzy dukaty?
– Chyba że mi skredytujecie. Wtedy i – zastanowił się – i o pół tuzi… nie, o pięć.
– Procent jaki?
– Niech będzie zwykły, bankierski – uśmiechnął się chytrze Debren,
– Takiś pewny swego? No to proszę, zakładamy się. Papieru tu pewnie… dobra, widzę, że nie macie, Nawigator przy sobie nosił jak mapę, prawda? Zróbmy więc tak: jak na „Jaskółkę” wrócimy, spisze się odpowiedzi na kartce, każdy na swojej, i porównamy, kto był bliżej. A żebyś wiedział, co oceniasz, proszę, łyknij sobie. Jak się dobrze wczuć, to nawet niezłe to wino.
Zakład był poważny, więc jakiś czas milczeli i wymieniali się butlogąsiorem. Debren trochę posmutniał. Przypomniał mu się ograny w kości handlarz marimalskiego bomblogna, zaklęcie, które zagarnął wówczas z pulą, i okoliczności, w jakich pierwszy i ostatni raz je zastosował. Dużo czasu upłynęło, mnóstwo wody w Pirrendzie…
– No, już lepiej. Mogę raportu wysłuchać, w apopleksję nie popadając. Nie wiem, Debren, czy patent oficerski masz, bo widać, żeś cudzoziemiec, a zagranicznych magów w Bikopuliss nie szanują… Ale rządzisz tu chyba, więc raportuj. Nie wstawaj, obejdzie się.
Debren schylił się, końcem różdżki przyciągnął owalną skorupę dostrzeżoną za skrzynią. Rozłupał muszlę, palcem zagarnął trochę solnego nalotu z wieka skrzyni. Natarł ostrygę, rozdzielił na dwoje, podał połowę admirałowi. Zakąsili.
– Pobłądziliśmy zaraz za Kariatydami, jak się pewnie domyślacie. Nawigator powiedział, że za takie pieniądze to on może dwie posady ciągnąć i jako pierwszy oficer się udzielać, ale dokształcać się to już nie zamierza. No i słowa dotrzymał. Trzy dni w kółko pływaliśmy, a potem w Burzliwą nas wprowadził. Sztorm się trafił, jak to w owej zatoce, w brzeg mało nie rąbnęliśmy, nie wiadomo nawet czyj, a potem… no… zmyło obu dowódców.
– Co chcieliście tym wymownym „no” dać do zrozumienia?
– Konkretnie nic, bo spałem… no, rzygałem wtedy. A niekonkretnie, to dziwnie przemyślnie morskie bożki nam zgubę zadać próbowały. Po wojskowemu bardzo, w wybrane cele mierząc. Fala, wystawcie sobie, kapitana zmyła, nawigatora, który pierwszym oficerem wówczas będąc, teoretycznie spać powinien, wybijacza rytmu i mesowego. Obaj wymienieni ponadprzeciętnym zaufaniem dowódcy się cieszyli.
– Może – powiedział powoli Vensuelli – może z żalu po utracie ukochanego pana w odmęt się rzucili?
– Wybijacz wzorowym machrusaninem był. Walenie w bęben przypowieściami religijnymi i modlitwami urozmaicał, zwłaszcza o dobrą kondycję galerników Pana prosząc. Nie, admirale, ten życia by sobie nie odebrał.
– To wszystko poszlaki, Debren. – Błysk w brązowych oczach mówił co innego. – Masz jeszcze jakieś? Bo na podstawie tych nie wypada powiesić więcej jak jednego, dwóch… Pod zarzutem zaniedbań. Jakaś luźna lina, śliski pokład, nadburcie nienormatywnej wysokości…
– Jak skończyłem wiecie co, to w swojej kajucie zastałem bosmana i sternika. Tłumaczyli się, że posprzątać chcieli, co wolałem na wiarę przyjąć. Miotłę istotnie ze sobą przynieśli, wody w kuble… Mało, ale za to święcona była. A miotła złamana, oba kawałki uczciwie zastrugane, co i cieślę w mętnym świetle stawia. Ciemno było, jak to po północy, więc nie pytałem, skąd dziury dwie w pierzynie. Ciasno tu, łatwo miotłą o hamak zawadzić.
– Na gnaty Machrusa… Wiesz, co mówisz? Toż to otwarty bunt!
– Uspokójcie się, panie admirale. Strategowi rozwaga i zimna krew przystoi.
– Czemu ich w ropuchy z miejsca nie pozamieniałeś? Żartuję, Debren, nie bierz mnie za prostaka… Ale przypieprzyć jakoś tą swoją różdżką chyba mogłeś, co?
– Ten okręt i tak ledwo żegluje. A z żabą za sterem i drugą, komendy odgwizdującą, daleko byśmy nie dopłynęli. Postraszyłem ich tylko.
Vensuelli chlapnął z butlogąsiora, przegryzł resztka ostrygi. Posmutniał.
– Chyba nie dla mnie admiralski patent. Wiesz, Debren, we mnie taktyk krótkowzroczny siedzi i nogami wierzga. Dusza się rwie, żeby tych suczych synów pod kilem poprzeciągać, wybatożyć solidnie i na rejach rządkiem rozwiesić. Wiem, że nie powinienem, ale ręce świerzbią.
– Teraz ty tu dowodzisz. Chyba.
– Chyba?!
– Widzieliście, panie, ile z tajnych rozkazów zostało. Po coś nas tu przysłali, ale po co, tego nie wiem. Nawet nie wiem, czy dokładnie tu; kapitan raz czy dwa niechcący napomknął o Kanale i tylko dlatego na was trafiliśmy. A że cesarską banderę na powitanie podnieśliście, kazałem okręt zatrzymać.
Vensuelli wstał, wyjrzał przez powybijane okna galerii. Kiedy się odwrócił, miał na ustach nie bardzo ładny uśmiech.
– Tak sobie myślę i coś mi się nie zgadza. Sześć dni, mówicie? W Burzliwej Zatoce, mówicie? Jak znam życie, a znam, to bosman, sternik i cieśla sami się za to sprzątanie nie wzięli. W takich razach cała załoga staje murem, cała, podkreślam. Bo ci, co do muru się dopasować nie chcą, za burtę idą i toną, jak to w zwyczaju cegieł. To raz. A dwa, że jakoś wierzyć mi się nie chce, by negocjacje z pokładowym magiem od wody święconej i osikowego kołka zaczynać. Zwłaszcza płynąc po oceanie i bez oficerów. Marynarze najmądrzejsi nie są, lecz głupi też nie. Wiedzą, że drogę trzeba znaleźć, pościg ominąć, burzę. Czarodziej to skarb, nikt go, ot tak sobie, nie uśmierci.
– Ja w magii morskiej najlepszy nie jestem – wyznał spokojnie Debren.
– Zapytam wprost: widziałeś, że szykują bunt?
– Owszem. Macie rację, admirale. Przyszli do mnie jak tylko zrobiliśmy zwrot na północ. Zaraz za cieśniną Kariatydzką.
Vensuelli, nie spiesząc się, wyjął miecz. W lewej ręce, nie wiadomo kiedy, pojawił się nóż. Uśmiechnięty krzywo, admirał patrzył to na Debrena, to na przeżarte grzybem, lecz wciąż spełniające swą rolę drzwi.
– No to jesteśmy w domu. W twoim, nie da się ukryć. Ty tu karty rozdałeś, czarodzieju, i nimi musimy grać. Ale wygrać toś jeszcze nie wygrał.
– Wyciągasz błędne wnioski. – Debren nie poruszył się, twardo siedział na skrzynce.
– A ty przeceniasz swoje siły. Chyba wiem, jak to ma wyglądać. Wiatr od oceanu; „Jaskółka”, mimo rozpaczliwego halsowania, zepchnięta zostaje w głąb Kanału, a wy, mając wiosła, robicie w tył zwrot i znikacie. Zgrabnie, ale dwóch rzeczy nie uwzględniłeś.
– Nie chcę ci przerywać, ale…
– To nie przerywaj. Słuchaj, bo jeszcze nie jest za późno. Po pierwsze, mnie nie łatwo zabić. – Zamłynkował mieczem, poruszając przedramieniem i niczym więcej. – Różni próbowali, czarodzieje też, i teraz poprzetrącane łapy zaklęciami sobie kurują, w brody plując. Po drugie „Jaskółka” nie przez romantyczną fantazję to miano nosi. Wiatr nie wiatr, czary nie czary, zawsze potrafiła zjawić się tam, gdzie chciałem, i zdrowo przysrać. A już w tym rejsie to pojęcia nie masz, Debren, jak zdrowo. Prawdziwie smoczy pazur ci ukaże, jak mnie nie posłuchasz.
– Przecież słucham.
Vensuelli roześmiał się, kręcąc głową, spojrzał w okno, jakby biorąc krążące wokół kasztelu rybitwy za świadków, jaki to z czarodzieja wesołek. I rzucił.
Debren zastygł. Potem, powoli i ostrożnie, obrócił głowę na tyle tylko, by wyłowić kątem lewego oka błysk stali. Tym razem przepierzenie wytrzymało. Belka ramy drzwiowej, spróchniała wprawdzie, była jednak gruba i solidna.