Admirał pozostał przy oknie. Miecz trzymał nisko, co dobrze wróżyło, sugerowało, że strategia, być może, weźmie górę nad taktyką. Z drugiej strony galera, nie dość że stara, była jeszcze nieduża. Co oznaczało niedużą kajutę kapitańską i bardzo niewielki dystans między zatkniętą za pas różdżką a mieczem.
– Czarem odbiłeś, przyznaj się – mruknął Vensuelli.
– A myślałeś, że jak? – równie cicho odpowiedział Debren. Głaskał różdżkę, ale nie wyjmował.
– Lewą ręką rzucałem. A i tak byś dostał, gdybyś wstał. – Patrzyli sobie w oczy, mrużąc powieki. – Mógłbyś tyłek ruszyć, przyjacielu. Dziwnie tak jakoś bić się z kimś, kto kuferka dosiada.
– To się nie bij. Albo, jeśli wola, siądź, o tam, na wiadrze. Szanse się wyrównają.
– Chciałem cię jeno ranić, ale jak mnie kpinami rozzłościsz… Co robimy? Bijemy się czy negocjujemy?
– Ja zawsze negocjuję, jak długo można.
– Czekając na odsiecz? – Vensuelli wymownie spojrzał na drzwi. – Cóż, czekajmy. Ciekawe, kto pierwszy swoich doczeka. Bo ja, widzisz, ludzi nauczyłem, że jak na obcy pokład wchodzę i za długo znaku życia nie daję, to abordażować mają. Trochę im zejdzie, ale kręcą się pewnie tuż-tuż, a to znaczy, że ta twoja banda dwa razy pomyśli, nim się nam tu w dialog wmiesza.
– To nie jest moja banda, admirale. Nie dałeś mi dokończyć, woląc rzuty nożem poćwiczyć, ale teraz dokończę. Choćby przyszło mi admirałami floty o pokład rzucać. – Vensuelli skrzywił się szyderczo, skrzyżował ramiona, wsparł się o międzyokienny filarek. – Powiedziałem, że kandydaci na buntowników u mnie byli. Nie zdążyłem dopowiedzieć, że wybijałem im to z głów, jak mogłem. I że do kapitana poszedłem, z ciężkim sercem, bo donosicielstwem się brzydzę. I że kapitan za drzwi mnie wywalił, prowokatorem nazywając i każąc odszczekać wszystkie te potwarze, jakie na dobrych patriotów i zacnych marynarzy rzucam.
– Powiedzmy – zaczął powoli Vensuelli – powiedzmy, że wygodnie mi będzie w to uwierzyć. Powiedzmy, że jak owi marynarze z twojej opowieści bardziej maga, niż jego trupa potrzebuję. Jedno mi tylko wyjaśnij, bym mięśni twarzy nie nadwerężył, robiąc dobrą minę do złej gry. Jakim cudem mianowicie te sześć dni buntu przeżyłeś? Można nie spać dwie noce, trzy… Ale sześć? Nie da się.
– Nie da – potwierdził Debren. – I nawet nie próbowałem. Ostatecznie skąd mogłem wiedzieć, że akurat dzisiaj was spotkamy? Że w ogóle spotkamy? Nie jestem wróżbitą.
– No to jak?
– To proste, kiedy się ma angaż na pokładowego czarodzieja. Wyjaśniłem im, że nie ma sensu zakradać się nocą i podrzynać mi gardło. Bo przed snem zawsze patrzę w zwierciadło, wymawiam magiczną formułę i widzę, co się do świtu zdarzy.
– I co, nie próbowali ci tego zwierciadła niby przypadkiem stłuc?
– Próbowali. Skutecznie. Dlatego, wybaczcie, zarośnięty chodzę. Wszystkie lustra na okręcie szlag trafił.
– Wy też wybaczcie, że się powtarzam. Ale jak, do cholery, udało się wam przeżyć?
– To wiadro, panie Vensuelli. Nie temu służy, coście myśleli. W wiadrze z wodą jak w zwierciadle można…
– Zaraz, zaraz… Coś ty przedtem powiedział, Debren? Nie teraz; przedtem. Że… że nie jesteś…
– Admirale, wy nie jesteście prostym, niepiśmiennym marynarzem. Coście sobie myśleli? Ja się przy tym cholernym wiadrze ogolić nie umiem, a co dopiero mówić o przepowiadaniu przyszłości.
Karawela „Jaskółka” była krótsza od „Aramizanopolisańczyka”. Trochę nadrabiała większą szerokością, podpatrzoną na kupieckich statkach, ale nie zmieniało to faktu, że wypierała o połowę mniej wody. Kasztele za to – i dziobowy, i rufowy – miała równie obszerne, jeśli nie większe. Ten z tyłu, sam w sobie wysoki, przyozdobiono jeszcze drewnianymi blankami. Dopiero z bliska, drapiąc się po stromych i wąskich schodkach, Debren pomyślał, że nie o urodę chodziło. Nadbudówka, choć gęsto zdobiona, pomalowana na zieleń i błękit oraz lśniąca czystymi szybami galerii, jeszcze gęściej upstrzona była dziobami po grotach strzał i bełtów. Niektóre dziury, przebite na wylot i załatane, były naprawdę duże. Docenił to, gdy dotarł na odkryty pomost i mógł oszacować grubość tych niby ozdobnych zębów upodabniających okręt do pływającego zamku. Niejeden zamek pozazdrościłby „Jaskółce” ochrony dawanej strzelcom.
– Luwanec, zmień sternika – polecił Vensuelli wygolonemu na zero młodzieńcowi z kolczykiem w lewym i dziurą po strzale w prawym uchu. Młodzieniec, uśmiechnięty uprzejmie, szedł jako ostatni z trójki, oficjalnie po to, by w razie czego przytrzymać spadającego ze schodni czarokrążcę. – Pani Zelgan tutaj? Cóż za radosna niespodzianka. Czy nie zechciałabyś równie radosnej kucharzowi uczynić, w kambuzie go odwiedzając? Ucieszy się.
Admirał wyszczerzył zęby i wykonał półukłon, ale do beretu nie sięgnął. Debren ocenił, że za jego uprzejmością kryje się uprzejmość i nic więcej. Co trochę dziwiło, aczkolwiek bez przesady. Ubrana w strój pazia, raczej polowy niż reprezentacyjny, choć przesadnie biżuterią uzupełniony, stojąca obok sternika kobieta prezentowała miłą dla oka figurę. Twarz, okolona jasnymi włosami, zebranymi pod toczek, była już tylko ładna. Coś powstrzymywało przed użyciem słowa „miła” przy jej opisie, chociaż Debren zdawał sobie sprawę, że jakiś czas temu przestał być obiektywnym sędzią w takich kwestiach. Lenda Branggo… No cóż, takim jak teraz, niby życzliwym uśmieszkiem, ubrana na niebiesko i fioletowo blondyneczka akurat mocno Lendę przypominała.
– Nie wątpię – powiedziała, nie siląc się na uprzejmy ton. – Zdążyłam zauważyć, jak bliscy sobie jesteście w myślach i uczynkach. Jeden i drugi z ręką do podtrzymywania się pcha, gdy po trapie chadzam. Zadziwiająco często ręka pomocna w tyłek mnie przy tym trafia. Słodkimi ciasteczkami tyś mnie pierwszy częstował, ale ciasteczka kucharz piekł. Z kolei ta dowcipna za pierwszym razem i nużąca na dłuższą metę prośba o moczenie pióra w moim kałamarzu chyba w twojej się głowie…
– Pani Zelgan!
– Panie Vensuelli? – zatrzepotała rzęsami, udając zdziwienie.
– Mocno nalegam, byś się udała do kambuza. Albo gdzie indziej. Spacer dobrze ci zrobi. Człowiek, dużo chodząc, sadło zrzuca. Przez co mniej narażony bywa na klepanie, nieumyślne nawiasem mówiąc, w części ciała nadmiernie rozrośnięte.
Blondynka ani nie pobladła, ani nie oblała się rumieńcem.
– Pewnie wiesz, co mówisz, Vens. Spacerować musisz dużo, bo tak patrzę na ciebie swoim wyczulonym niewieścim okiem i wiesz, co widzę? W żadnym miejscu, żadnym podkreślam, nadmiernie rozrośnięty nie jesteś.
Vensuelli, choć nie blondynka, najpierw bledszy się zrobił, głównie w okolicy zaciśniętych wściekle warg, a potem ciemniejszy – już na całej twarzy.
– Gościa przyprowadziłeś, admirale? – wybawił go z kłopotu nieduży, w gustowne czernie odziany mężczyzna, stojący przy rufowym żurawiku. Miał pod pięćdziesiątkę, nos czerwony i jakby rozdeptany, oczy małe, jasne, na pozór senne. Na piersi czy raczej na półeczce utworzonej przez spory, a teraz dumnie wypięty brzuch, wisiał ogromny medalion z Machrusem Wybawicielem rozpiętym na kole. Debren nie widział od dawna tyle złota w jednym litym kawałku. Złoty był także łańcuch, górskimi kryształami zdobiony, oraz sygnet z przybrudzoną lakiem pieczęcią. – Radzi poznamy.
– To Debren, zapomniałem skąd, czarodziej pokładowy owej idącej obok galery, której nazwy nigdy nie próbowałem zapamiętywać, o całość języka się bojąc. Mistrz Debren galerę tu przyprowadził po tym, jak oficerów i wartościową część załogi, nazwijmy to tak, sztorm zmył. Deklaruje chęć uczciwej współpracy i gotowość podporządkowania się rozkazom Jego Cesarskiej Mości. Mistrzu Debren, witamy w kompanii. Pozwól, że ci przedstawię mój, hmm, sztab. Ten oto mąż srogi, posturą beczkę piwa przypominający, a i miły zapach, dla beczek typowy, wokół siebie roztaczający, to imć rotmistrz Zbrhl. Musiałeś słyszeć, wielka to gwiazda na rynku niezależnych ekspertów wojskowych.