– Obiło mi się o uszy – skłamał Debren. – Czołem, rotmistrzu.
– Ja o tobie nie słyszałem – zahuczał najemnik, zdmuchując z płowych wąsisk piwną pianę i grzecznie salutując cynowym kuflem. Jego głos też skojarzenia z beczką nasuwał; był niski, dudniący. – Nic to, mistrzu. Jak w bój pójdziem, prawda sama na wierzch wypłynie. Jak gówno z przerębla, dajmy na to.
– Mało celna paralela – wtrąciła się pani Zelgan. – Przerębel tę szczególną cechę ma, że nie wszystko, co pływające z natury, a doń wrzucone, z powrotem wraca.
– Sraliście kiedy w lodową dziurę, paniusiu? A ja owszem, i to niejeden raz. Jak pod wielkim księciem Sovro zimową porą, kiedy to Wydrzankę nad Zbereziną oblegaliśmy. Gród umocniony był silnie, załoga bitna i szczodrze opłacona, więc nie szło nam i jeden akademik uczony, księcia doradca, umyślił, by broni niekodeksowych popróbować. Żmutawilce wodę prosto z rzeki brali, wiadra z murów spuszczając, tośmy wyżej trochę w Zberezinie przerębli nakuli, no i pod osłoną pawężników, ku chwale ojczyzny jedni, a za srebrne gruble drudzy, z kiszek walili, aż huczało. Ciężki bój to był, powiadam wam, ludzi siła legło. Bo to i Żmutawilce gęsto strzelali, a pawężnik nie zawsze jak trzeba uważał, zatykaniem nosa zajęty, i mróz okrutny, i z amunicją niekodeksową krucho, bo racje skąpe. Na tę okoliczność mennica książęca specjalny Order Podpaski czy jakiś taki bić zaczęła i…
– Darujcie sobie te wojackie gadki – przerwał czarny z łańcuchem, chyba oczekiwaniem na prezentację zniecierpliwiony. – Mało to kogo interesuje, sami ceniący pokój i dialog ludzie się tu zebrali.
– I skończcie z tą paniusią – dorzuciła Zelgan. – Tudzież nadużywaniem słów powszechnie za plugawe uważanych. Damy tu są. I pacholęta.
Tych ostatnich Debren doliczył się trojga. Przy bezanmaszcie, jeszcze w kasztelu osadzonym, choć już blisko jego przedniej ściany, stały małe składane zydelki, a na nich, w grzecznym szeregu i z grzecznymi minami, siedziało dwóch chłopców i dziewczyna. Wszyscy w jednakowych różowych żakiecikach z białymi żabocikami, białych pończochach, z tych grubo tkanych, męskich, portki zastępujących, i bordowych ciżemkach. Wszyscy z zeszytnicami na kolanach, piórami gęsimi w dłoniach i przenośnymi, nierozlewnymi kałamarzami przy paskach. Wszyscy czarnowłosi, ciemnoocy, smagli. Czternastoletni, na oko sądząc. I urodziwi.
– No proszę – uśmiechnął się złośliwie Vensuelli. – Tyleśmy słyszeli próśb i apeli, by nowoczesność zaakceptować i niewiastę na równi z chłopem traktować. Tyle prychania, gdy się usłużna dłoń w nienowoczesnym odruchu ku pomocy wyciągnęła albo kto o radę kulinarną dla podtrzymania dyskusji prosił. I, okazuje się, damę gościmy. Oraz pacholęta, grubszego słowa niezwyczajne. Które teraz, wbrew deklaracjom solennym, nie jak powietrze, narzędzia ślepe i mebel żywy mają być traktowane, już nie chodzącą maszyną do pisania są, ale istotami wrażliwymi? Dobrze, żeście się zjawili, panie Debren. Pomoc medyczna nam się przyda, bo komuś tu zdrowo jaźń rozłupało.
– Jak już o twoich uczniach mowa – zadudnił Zbrhl – to mogłabyś którego po coś do picia posłać. Siedzą i bez pożytku w stołki…
– Rotmistrzu!
– …wrastają. Coście taka nerwowa, paniusiu? Pacholęta wrzaskami straszycie.
– A to jest Venderk opp Gremk – zdusił konflikt Vensuelli, wskazując płaskonosego w czerni i złocie. – Światowej sławy jurysta w prawie międzynarodowym wielce biegły, a i w innych takoż. Aktualnie, jak my wszyscy, w służbie cesarskiej. Choć, jak i my, nie Bikopulijczyk.
– Wielcem rad poznać – jeszcze raz zełgał Debren, skłaniając się dwornie, ale płytko. – Darujcie, że o wspólnych znajomych nie zagaduję, ale jakoś…
– A ja, wystaw sobie, o tobie słyszałem. – Jurysta wyżej zadarł nos, wypychając tym samym brzuch. – I nawet twarz twoja znajomą jakby mi się wydaje. Chociaż rytników marnych w Lelonii Mniejszej mają, bardzo im się na listach gończych udałeś. Albo opat z Gańca grosza pożałował snycerzowi, co też może być. Ponoć z torbami monastyr puściłeś.
– Nie wziąłem ani denara więcej nad to, co w umowie stało – stwierdził chłodno Debren. – Wręcz przeciwnie. To opat mocno nie dopłacił. Aż dziw, że mu na porządną drukarnię brakowało. Ale nie mówmy o tym. Damy czekają.
Pani Zelgan posłała mu leciutkie dygnięcie i równie dyskretny uśmiech. Ustawiła się bardziej wdzięcznie, oczekując, że uwaga zebranych skieruje się teraz na nią. Pospieszyła się.
– Miana tego oto rycerza – wskazał palcem Vensuelli – nie wymieniam, bo i nie znam. Panem Błękitnym go nazywamy, nie od koloru oczu, którego też nam poznać nie pozwolił, a od owej szarfy na zbroi. Pan Błękitny śluby złożył z osobą księżnej Pompadryny, władczyni Dracji, związane, więc daruj, że nie odpowie.
Debren skłonił się niepewnie czemuś, co przy prawej burcie stało, a co dotąd za pełną zbroję płytową brał, dla wywietrzenia na pokład wywleczoną. Zbroja, czarna i miejscami rdzawa, zachrzęściła i schyliła o pół cala staroświecki hełm przyozdobiony mordą zębatej żaby. Względnie smoka – wykuto go dawno, gdy kowalstwo artystyczne jeszcze w tych stronach raczkowało.
– Tego zucha przy sterze znasz – ciągnął admirał. – To Luwanec, moja lewa ręka. Ta od tarczy, miarkujesz. Zbrojnymi na „Jaskółce” dowodzi, kiedy ich w rejs bierzemy. Teraz, gdy z naukową misją płyniemy, przemianowałem go na sekretarza wyprawy. Przy sterze stoi, bo o poufnych sprawach w takim, jak tu widzisz, towarzystwie rozmawiać będziemy, nie większym. Prości marynarze, a i pana Zbrhla rębacze, o wszystkim nie muszą wiedzieć. Pacholęta u pani Zelgan terminujące też, nawiasem mówiąc, lepiej by…
– Zapamiętaj w końcu – przerwała – że to moje narzędzia pracy, jak ten zbój Luwanec twoje. Ręczę za ich lojalność. Zamknijmy ten temat i przedstaw mnie wreszcie.
– Przedłużałem, jak długo mogłem, lepszy okres waszego żywota, panie Debren, ale cóż, sami widzicie. To jest Lelicja Zelgan, relacjonatorka. Korespondentka wojenna i kronikarka polityczna, akredytowana przy paru dworach…
– Parunastu!
– …głównie tych podrzędnych. A ci tam to jej pisarczykowie. Hmm.
– Daruj sobie te chrząkania, Vens. Mistrzu Debren, miło mi was poznać. Opowiecie mi o tej straszliwej burzy, która oficerów pochłonęła? Może przy obiedzie? Chyba czas już na obiad, admirale? Ci nieszczęśnicy na galerze tak ciężko wiosłami pracują, że aż zgłodniałam. Okaż trochę machrusańskiego miłosierdzia i popędź kucharza. Chodźcie, mistrzu. Oprowadzę was po karaweli, pogawędzimy i wspólnie trochę sadła zrzucimy z części ciała nadmiernie rozrośniętych. Mam nadzieję, że posiadacie takowe. Chociaż jedną, co, Debren?
– Admirał proszą – potrząsnął hamakiem knecht. Był bez zbroi, jak i pozostałych dwudziestu czterech podwładnych rotmistrza Zbrhla, i źle się z tym czuł. Cała gromadka, zamknięta w ładowni wraz z wierzchowcem rycerza Błękitnego, rżnęła w karty, klęła i wypatrywała przez furty kogoś, kogo można by zdzielić w łeb, zabijając monotonię rejsu, o zdzielonym nie wspominając. Zabroniono im wychodzić na pokład. Mimo pstrokacizny cywilnych ubrań i pustki przy pasach, już w liczbie od dwóch w górę wyglądali na tych, kim byli: żołdaków, dających się wozić po morzu tylko po to, by jak najszybciej przeskoczyć burtę, dokonując abordażu względnie desantu.