Выбрать главу

Debren ziewnął, wygramolił się spod pledu, wskoczył w buty. Dwie schodnie, dzielące go od kajuty kapitańskiej – tak ją tu nazywano – pokonał szybko. Lek przeciw chorobie morskiej, popity piwem z prywatnego zapasu rotmistrza, zadziałał znakomicie. Obiad był smaczny, wymiana uprzejmości z panią Zelgan mało dokuczliwa, a drzemka w sam raz, ani za krótka, ani za długa. Dawno nie czuł się tak dobrze.

W kajucie, ciasnej, ale ze smakiem urządzonej, czekali na niego w większym gronie. Zbrhl w kącie przy stojaku s bronią, z kuflem na udzie, Venderk opp Gremk dostojnie, w należącym do dowódcy fotelu, oraz Zelgan i Vensuelli na brzegu koi, wsparci łokciami o stół z mapami.

– Niedobrze, Debren, problem mamy – wskazał mu zydel admirał. – Wiatr się zmienił, ze wschodu wieje. Nie osłoni nas Brechta, kołysać będzie dalej. Nie wiem, czy Poradzimy sobie z przeładunkiem na otwartym morzu.

– A musimy na otwartym? – usiadł, zerknął na mapę.

– Pan Gremk twierdzi, że musimy.

– Dobro wojenne pod osłoną z pieczęciami zostając, frachtem jest – stwierdził jurysta z uczoną miną. – Ale odkryte broń czyni, niezależnie od stopnia gotowości. Canicus w swych Interpretacyach y polemykach powołuje się wprawdzie na precedens księcia Bulby Irbijskiego, który miał w zwyczaju pociski do swych onagerów za flotą z tyłu kupieckimi statkami wozić, sprytnie zakazy obchodząc, ale nas to nie urządza. Anvashowie cięci na Bulbę są i mogą dawnych ustaleń nie uszanować, jeśli z jego imieniem je skojarzą. Poza tym książę piromanem znanym był, innych pocisków jak zapalające nie używał i łatwo mu było celnikom się wykpić. „Kul lanych na pokładzie nie mam, kamieni takoż, a gliniaków z olejem palnym dużo, bom Południowiec jest i łatwo marznę, więc żegnam panów. Niczego nie wiozę, czym te oto onagery załadować by można”. Nie było się czego przyczepić. A u nas jest. Nawet jak bełty czasowo na galerę przełożymy, to chcący kontroler znajdzie, co mu potrzebne.

– O czym on…? – zaczął Debren, ale admirał uciszył go machnięciem ręki.

– A jakim to sposobem? – Vensuelli zmarszczył brwi.

– Sposób na wszystko się znajdzie. W procesie miasta Dangizy przeciw królowi Lelonii reprezentujący powoda wykazał możliwość, prawda że hipotetyczną, uczynienia bełtów z rej masztowych i tym sposobem ostrzelania grodu. Katapulta nie onager i bez amunicji kulowej się obejdzie. Sprawa mocno skomplikowana była, ale ostatecznie Lelonia zapłaciła ładny grosz, a o to przecież szło.

– Rejami strzelać?! Co za głąb to wydumał?!

– Cóż, nie chwaląc się… Miałem przyjemność reprezentować Dangizę i mój to był pomysł. Nie rozumiecie go, widzę, ale to pomysłu gorszym nie czyni, wręcz przeciwnie. Dobre prawo, mili zebrani, to takie, które jeno doświadczony jurysta pojąć potrafi. Na takim, a nie innym, ład społeczny się opiera. A i, nie ukrywam, dobrobyt palestry.

– Wybaczcie – chrząknął Debren – ale nie wiem, o czym mowa. Co ma nieboszczyk Bulba do Dangizy, na drugim końcu świata leżącej, a Półwysep Brechtoński do interpretatora Canicusa, Papugą zwanego?

– Nic – zapewnił Zbrhl i łyknął z kufla.

– Nic – westchnął Vensuelli. – Darujcie, panie mecenas, ciekawe i pouczające rzeczy nam tu prawicie, ale celnicy, kontrole i traktaty mniej mnie teraz obchodzą. Wysp Drackich jeno patrzeć zza horyzontu, a pogoda kiepska. Jeśli się do tej pory żaden patrolowiec nie trafił, to już raczej się nie trafi. Galera spóźniła się i ma to tę dobrą stronę właśnie, że Kanał opustoszał. Ludźmi się zbytnio przejmować nie musimy, martwy sezon nastał, tu, w każdym razie, między Dużą i Małą Brechtą. Za to siłami natury, i owszem, martwić się powinniśmy. Na mój żeglarski nos lepiej nie będzie, jeśli już, to gorzej, choć sztormu nie wróżę. A wy, mistrzu?

– Nie mam zwyczaju z admirałami w polemiki wchodzić.

– Patrzcie go, mądralę… Już się z Venderkiem spiknął. Czarodziej jesteś, nie prawnik, mów jasno i uczciwie.

– Wasze zdanie podzielam. Nie przez konformizm, ale z braku własnego. Z przepowiadania pogody zawsze słaby byłem, a już morskiej…

– Co?! I ty jesteś pokładowym czarodziejem? Na pogodzie się nie znając?! Jasna cholera, powiedz jeszcze, że czarować tylko z księgi umiesz, a tę zgubiłeś! Znam ja takich wydrwigroszy!

– Zna, zna – podchwyciła ochoczo Lelicja Zelgan – takich jeno mustruje, głupim skąpstwem wiedziony. I potem płacze.

– Zamknij się, Zelgan. To wojenna narada. Jeśli już musisz tu być, to przynajmniej siedź cicho i nie przeszkadzaj. Relacjonatorka jesteś, więc milcz i zapamiętuj, by potem dobrze relacjonować. Debren, wygładzać fale umiesz?

– No cóż… Olejem w dużej ilości…

– Olejem to i ja umiem. Czarami, pytam. To karawela wojenna, a nie baryłkowiec z Wolkanii, my tu oleju w dużych ilościach nie wozimy. A gdyby nawet, to użyteczniejsze rzeczy można z olejeni robić, niż do morza go lać. Przykładowo placki smażyć. Albo wojsku do twierdzy sprzedać na ukrop.

– Przy jakim stanie morza trzeba by te fale uspokajać? – zapytał rzeczowo Debren.

– Przez pokład tu szedłeś, widziałeś chyba?

– Znam ten problem od strony teoretycznej i wiem, co można, czarem jakiej mocy i przy jakim stanie morza, ale praktycznie… cóż, stany morza nie bardzo…

– Nie zawracaj mi głowy szczegółami technicznymi Mam na pokładzie cztery katapulty. Mają się znaleźć na galerze razem z obsługą i pociskami. Wiesz, jak to zrobić?

– Katapulty?

– Tak, Debren, katapulty. Jeśli nie wiesz, co to słowo oznacza, to tam na półce stoi Ballistyka, albo o myotaniu y ciskaniu ciał wszelakich, mężobójczych głównie sławnego mistrza Ciołka. Przestudiuj w wolnej chwili, ciekawe. A na razie zakarbuj sobie, że owe katapulty dalekosiężne są, duże więc i ciężkie. Po szesnaście cetnarów ważą.

– Jaki wysięg mają wasze podnośniki rejowe?

– No, wreszcie z sensem gadać zaczynasz. W tym sęk. Za mały. W porcie jakoś sobie poradziliśmy, choć wszystko trzeszczało, ale w ruchu… To galera, pies by ją kąsał; jak nie wiosłują, z tyłu zostaje, a jak wiosłują, to podejść blisko się nie da. Sczepić się przy takiej fali i wietrze to ryzyko jak cholera, więc tylko szalupa zostaje. Załadować się da, ale czy potem na galerę podniesiemy… nie wiem. Bez magii chyba się nie obejdzie. Widziałem tę waszą łajbę z bliska. Nie dam nawet głowy, czy od już ustawionej katapulty pokład nie pęknie i machina okrętu na wylot nie przebije, na dno za sobą pociągając. – Podrapał się z troską po brodzie. – I jak, mistrzu? Dasz radę ze dwie… jedną klepsydrę ciszy wyczarować? Byśmy burta w burtę stanąć mogli? Co? Choć trzy kwadranse…

– Nie jestem cudotwórcą – mruknął Debren.

– No to leżycie – powiedziała Zelgan. Odrobinę mściwie.

– Co tam – trzasnął kuflem o parapet rotmistrz Zbrhl – Pójdziemy na białą broń, raz kozie śmierć. Stawkę podwoicie, to pójdziemy.

– Kontrakt nie przewiduje… – zaczął opp Gremk, ale Debren nie pozwolił mu dokończyć.

– Magunem jestem – powiedział, podnosząc się z zydla. – I po swojemu to zrobię, jak magun. Rzecz jest do zrobienia. Musicie mi tylko zaufać.

* * *

– Tnij!

Vensuelli, jak trzy razy przedtem, zamknął oczy, by nie oglądać katastrofy. I jak przedtem, ani na stopę nie zszedł z kursu. Debren ubezpieczał go, ale nie interweniował. Nie musiał. Podobnie jak niepotrzebnie marnował moc i zaklęcia na rotmistrza Zbrhla, który bez niczyjej pomocy wybijał kliny wielkim młotem dokładnie wtedy, gdy należało, i na Luwaneca, z równą precyzją posługującego się mieczem. Prawdę mówiąc, najtrudniej mu było samemu wychwycić tę długą na dwa-trzy uderzenia serca chwilę, gdy trzeba było wydać rozkaz i zdecydować, czy to już tym razem, czy przy następnej próbie.