Выбрать главу

Miecz Luwaneca zagwizdał krótko, gładko ściął linę. Odrobinę wcześniej marynarze z „Jaskółki” puścili dwie inne liny, podtrzymujące zapasową rejkę. Młot rotmistrza był w połowie drogi do klina, a bosman, cieśla i siedmiu obszarpańców z załogi „Aramizanopolisańczyka” w połowie decyzji wypuszczenia sieci i rozpierzchnięcia się w panice. Debren machnął dłonią i wymamrotał zaklęcie.

Bawole kiszki, skręcone za pośrednictwem kołowrotu, drgnęły gwałtownie; połączone z nimi ramiona runęły do przodu, szarpiąc cięciwą. Cięciwa grzmotnęła koniec rejki; rejka, wsparta drugim końcem o maszt, oddała i pchnięta odrzutem katapulta pomknęła w poprzek zalanego oliwą pokładu.

Młot Zbrhla sięgnął klina. Zadarty pod dużym kątem pomost z dwóch zbitych gwoździami trapów runął w dół, trafił końcem w prześwit wyrąbany w nadburciu galery. Karawela, zgodnie z wyczuwanym przez Debrena rytmem, wspinała się właśnie na falę, sunęła pod pełnymi żaglami, pchana wiatrem od rufy. Katapulta wpadła na pomost, przemknęła przez furtę abordażową, przechyliła się ku rufie, jak cały okręt, choć pod stopą-krzyżulcem miała już tylko gnące się deski i wodę. Wiatr wstrzymał w połowie przechył, resztę załatwił Debren magią. Aż mu w uszach zahuczało, ale wyliczenie było dobre: „Aramizanopolisańczyk”, dłuższy, stojący w dryfie i w zupełnie innym rytmie rozkołysany, też dziobem w górę poszedł, a że przód miał tam, gdzie „Jaskółka” rufę, pomost zaczął przechylać się dla odmiany w drugą stronę. Katapulta, zanim zaczęła padać na lewy bok, przejechała przez wyłom w nadburciu.

– Bij!

Wraz z okrzykiem Debren posłał kolejną szczyptę czaru. Po raz pierwszy. Utrata trapu teraz, gdy ostatnia machina wpadła na pokład galery, zachrzęściła o piasek, szarpnęła siecią i znieruchomiała, przewróciwszy zaledwie połowę bikopulskich żeglarzy, nie byłaby już wielką klęską. Zbrhl zdekoncentrował się troszeczkę i młynkujący młot mógł – nie musiał, ale mógł – trafić w drugi klin ciut za późno. Przełożona przez blok lina nie poderwałaby wówczas trapu przeciwwagą z upchanego w sieć balastu i pomost zderzyłby się albo z nadburciem galery, albo, co gorsza, jej kasztelem rufowym.

Ponaglony czarem młot uderzył. Pomost zawadził wprawdzie o jakąś belkę i wywalił w boku „Aramizanopolisańczyka” następną, długą na trzy stopy szczerbę, ale trap stał już, mierząc końcem w zachmurzone niebo.

– „…czar rzucił, aż powietrze od elektryczności zawirowało – dyktowała na kasztelu Lelicja Zelgan – niebo błyskawice przecięły, długie na mil trzy z ćwiercią, a piana ocean pokryła. Zadrżeli marynarze; admirał, ster dzierżący, za medalik święty się chwycił, w Panu otuchy szukając”.

– Gdzie ty oczy masz, paniusiu? – Zbrhl odstawił miot i sięgnął po kufel. – Po jajcach się drapie, bo przedtem nie mógł, a spocił się z emocji. Jako my wszyscy. Uff, ależ mi w gardle zaschło.

– „…i prawili potem niektórzy, jako skrzydła anielskie pomiędzy żaglami widzieli, co i, zdaniem zastrzegających sobie anonimowość ekspertów, wielce wiarygodnym się wydaje, bo magia, bożą siłą nie wsparta, niczym jest”. Kropka. Sprawdźcie ortografię, zwłaszcza ty, Niebrzym. Zeszytnice piaskiem posypać, bo wilgotno, inkaust wolno schnie. Ha, piękny wstęp do relacji mamy, trzy bite akapity. Dzięki, Debren. Tylko tak dalej. Zobaczą te matoły z cechu, że i białogłowa potrafi. Pokażemy im smoczy pazur agresywnego relacjonatorstwa.

* * *

– W coraz mniejszym gronie się spotykamy – zauważył Debren, wiercąc się na zydlu. Choć stół na mapy zajmował sporą część kajuty kapitańskiej, było pod nim dziwnie ciasno i już drugi raz poczuł na swojej stopie jakąś cudzą. – Czyżby rotmistrza piwo w końcu powaliło?

– Jeszcze takiego nie nawarzyli, które by Zbrhlowi dało radę. – Vensuelli przycisnął kubkiem brzeg pożółkłego pergaminu, zdmuchnął kurz. – O poufnych rzeczach mowa będzie, a on, niczego nie ujmując, z kondotierstwa żyje. Pod tyloma sztandarami już służył, że mu się mylą i przed każdą bitwą na karteluszku sobie zapisuje, kogo tłuc, a komu lojalność okazywać.

– Brutalny prostak – wydęła mocno uszminkowane wargi Lelicja Zelgan. – Nie cierpię ludzi, którzy dany nam przez Stwórcę język, cud niepojęty, klątwami zaśmiecają. Wiem, że to nie jego wina, a społeczeństw, które zbyt długo męskich tylko rządów zaznawały, niewiast, a więc i ich delikatności, do głosu nie dopuszczając, ale…

– To nie zjazd bab wyzwolonych, Zelgan. Wiem, że to nie twoja wina, że ci się myli, boś od relacji z takowych zaczynała, tudzież opisywania, co się w Eileff nosi, ale muszę ci przypomnieć, że to wojenna narada.

Relacjonatorka zrobiła obrażoną minkę i odsunęła się trochę dalej.

– A właśnie – powiedział Debren. – Jak to w końcu z naszą ekspedycją jest? Wspominaliście coś o naukowym charakterze wyprawy, teraz o wojnie mówicie.

– Jedno się z drugim wiąże – rzucił z głębi fotela Gremk. Siedział w nim rozwalony po pańsku, sącząc marimalskie z kryształowego kielicha. – Bez nauki nie byłoby postępu, a bez postępu wojen. Ojciec Ojców od dawna tę prawdę oczywistą światu głosi, do redukcji świeckich uczelni nawołując.

– Ekspedycja naukową jest i basta – stwierdził dobitnie Vensuelli. – Jej celem jest odkrywanie nowych lądów i otwieranie dróg ku nim, głównie poprzez map kreślenie, A wam, panie Gremk, przypominam, że nie kto inny jak metropolita Zuli, Ojciec Ojców Benemacht XII na wieść o odkryciu Nowego Świata i pogan łagodnych, do nawracania zdatnych, raczył pastorałem o stolik grzmotnąć z okrzykiem radosnym: „Tegom czekał!” Drzazgi z owego stolika cenną relikwią są, po dwa talary sprzedawaną.

– Zaraz – Debren przesunął się razem ze stołkiem. – Nic nie rozumiem. Kanałem ku północnemu Viplanowi się płynie, do różnych krajów, ale samych znanych, znak koła od wieków czczących. Można na wschód, ku Wolkanii odbić, tylko po co? Gór lodowych nałapać? Bieguna szukać? To zadupie, ale naszego świata, znanego, którego odkrywać nie trzeba, bo dawno odkryty. I co to za ekspedycja geograficzna bez kapelana? Kto nowy ląd skropi, w imię Machrusa w posiadanie obejmie, pierwszych dzikusów nawracać zacznie? A może mamy popa na pokładzie, co? Przez ścianę mojej kajuty słychać jakieś mamrotanie niewyraźne, modlitwę jakby… Vensuelli?

– To nie kapłan – stwierdził oględnie admirał. Widać było, że nie chce o tym mówić. – Nie potrzebujemy fachowca od pokropku, bo nasz cel poświęcony już został.

– A jaki to cel? Legendarnej Kariatynii szukamy? Tu, w Kanale Anvaskim, przez Marimalczyków Gardzielą zwanym? Gdzie od statków, łodzi i pomyleńców, chcących wpław cieśninę pokonać, gęsto jak od kaszy w krupniku? Co tu można naukowo badać? Zwyczaje ryb chyba, o ile rybacy z Brechty ostatniej nie wyłowili.

– Tu masz cel – dziabnął palcem w mapę Vensuelli.

– Cycek tej syreny? – zdziwił się magun. – Imponujący, faktycznie. Mieli fantazję ci dawni kartografowie, oj, mieli… U ludzkiej baby trudno o takie wdzięki, a cóż dopiero u panny wodnej, która ssakiem nie będąc…

– Debren, bo się zaczerwienię – ostrzegła zmysłowym głosem Lelicja Zelgan. Przeciągnęła się przy tym jak rozbudzona kotka, napinając kaftanik i dowodząc, że ma pod nim znacznie więcej niż prawdziwa syrena z krwi i ości, choć nie aż tyle, co ta mapę zdobiąca.

– Oślepłeś, mistrzu, czy co? Patrz, gdzie pokazuję! Tu, na wyspę. Mała jest, ale chyba widać, nie? O tu, na wschód od Archipelagu Drackiego.