Выбрать главу

– Mały Czyrak? – odczytał z mapy Debren. – A cóż to za nazwa? Tfu, i to w Marimalu, z elegancji słynącym…

– To nie Marimal – stwierdził Venderk opp Gremk.

– Nie? Myślałem, że Archipelag i obie Brechty, południowy i północny półwysep, księstwo Dracji tworzą. A ta lennem Marimalu jest, do Eileff daninę posyła.

– Status księstwa Dracji dyskusyjny jest, ale nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że wyspa Mały Czyrak, wbrew pozorom, nie przynależy do Archipelagu, a tym samym nie jest włością księżnej Pompadryny Cnotliwej.

– Ach tak? Więc to już Anvash?

– Nie, panie Debren. To nie Anvash. Uprzedzając następne pytania wyjaśniam, że także nie depholska kolonia ani owoc mocarstwowych zapędów nieboszczyka Bulby. Chyba nie wyobrażacie sobie, by jakikolwiek kraj mógł tu, w Gardzieli, pod samym nosem Anvashu i Marimalu wbić w ziemię swą chorągiew i choćby kawałek mielizny utrzymać? Nie, w ludzkiej mocy to nie jest.

– Aha – domyślił się Debren. – Już wiem. To klasztor. Kościół rękę na wyspie położył. Pewnie bezpośrednio Zula, skoro królom nie podlega…

– Nie rękę, mistrzu. Pazur. Smok ową wyspą rządzi.

* * *

– Smok nie smok, kij mu w bok – błysnął zębami Zbrhl i podrzucił długą na osiem, a grubą na ćwierć stopy belkę, zakończoną paskudnym zmechanizowanym grotem. – Nie frasuj się, Debren, i bez twoich czarów pokrakę położymy. Technika niewyobrażalnie naprzód poszła od czasów, gdy Helwim Zdobywca, ku Anvashowi płynąc, zahaczył o te wyspy i w ramach manewrów bestię ubić próbował. Kusz jeszcze nawet tu, na Północy, nie znali; ponoć taranami chcieli Ziejacza ubić.

– Ziejacza?

– Tak się smok nazywa. Nie wiadomo, czy on sam, czy cały gatunek. Vensuelli mówi, że zdania fachowców podzielone są. – Rotmistrz ułożył wielki bełt w korytku katapulty, poklepał jak ulubionego psa. – Ech, istne cudo aż się człowiekowi oczy świecą. Wehrleńska robota, z manufaktur Ruppa. Słyszałeś chyba: „Rrrup – i trup”. Najnowsza generacja, broń rozumna, bracie. Ten bełt, głowica konkretnie, sam się na smoka naprowadza. Starczy machinę z grubsza nakierować. Wiedzą Wehrlenowie, jak oręż robić, to im trzeba, psubratom, oddać. Nie powiem ci, ile taki pocisk kosztuje, bo ta wasza galera śliska jakaś, jeszcze byś z wrażenia przez ten wyłom w nadburciu wyleciał. Hej, Henza, a palnij w łeb tego durnia! Ile razy mam mówić, że do napinania katapulty tam jest, a nie od grzebania brudnymi paluchami przy broni?! Urwie mu łapę albo, co gorsza, głowicę głupek uszkodzi! To delikatna rzecz, nie dla ćwoków kołowrotem kręcących!

– Nie słyszałem o tej Helwima wyprawie.

– Bo się nią nie chełpił. Nie było czym. Smok jego drakleńskim zbójom manto sprawił, tarany połamał, a drakkarów połowę spalił, względnie ciężko uszkodził.

– A od tego czasu co się działo? To już będzie ze czterysta lat. Widział kto tego całego Ziejacza?

– Ja tam szczegółów nie znam, Vensa pytaj. Coś wspominał o jakichś śmiałkach, rycerzach błędnych, najemnych czarownikach, co się tu łodziami zapuszczali, ale że żaden nie powrócił i nic nowego do wiedzy taktycznej nie wniósł, tom się i nimi nie interesował. A admirał też się zbytnio nie rozwodził. Co musiałem wiedzieć, usłyszałem, a reszta, zdaje się, nie dla mnie.

– Taa… – Magun, wsparty o reling, patrzył czas jakiś na rosnący w oczach szary kopczyk lądu. Wyspa Mały Czyrak była coraz bliżej i szarość morskiego horyzontu powolutku przechodziła w zieleń. Może łąk, a może drzew. – Nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi? Nie domyślasz się?

– Nie słyszałeś? – Zbrhl podniósł jakąś klapkę w połowie długości grota, zajrzał do środka, zamruczał usatysfakcjonowany. – Ku chwale Machrusa, a w drugim rzędzie i cesarza, obrońcy wiary, pogańskiego rodowodu bydlę utłuc mamy. Zadanie proste jest jako ten bełt. A jego magią prostowano.

– Co cesarza, władającego resztkami cesarstwa gdzieś na drugim końcu kontynentu, obchodzi jakiś wschodnioviplański smok? Panie Zbrhl, Bikopuliss nawet w czasach największego rozkwitu nie wysłało na te wody ani jednego okrętu. Ba, ani jednego statku kupieckiego. Żeby nie księgozbiory, odziedziczone po Starym Cesarstwie Zuli, w ogóle nie wiedzieliby, że istnieje coś takiego jak Gardziel. Nie myślisz…?

– Mistrzu Debren, ja od myślenia nie jestem, tylko od wojaczki. Płacą, pokazują, kogo lać, to leję. Zbędnych pytań nie zadaję i za to mnie, między innymi, cenią. Wy to co innego, magunem jesteście, człowiek z was świata ciekawy. Zapytajcie Vensa.

– Nie złości się, że tak mu nazwisko zdrabniasz? Admirał on przecie. A i nazwisko samo… Czy Coloman Vensuelli, odkrywca Nowego Świata, i on…?

– Nie poprzez prawe łoże, więc wolę nie pytać. A admirał z niego taki, jak ze mnie marszałek. Rok temu jeszcze kaperstwem się parał. Z listem irbijskim anvaskie statki łupił, a z anvaskim irbijskie. Taki z niego był kaper. W końcu obie strony się połapały i na Międzymorze musiał czmychać. Tam się w handel nieopatrznie wdał, a że za uczciwy na to jest, długów narobił i z rozpaczy na służbę do Bikopuliss wstąpił. Cesarstwo ma na pieńku z resztą Viplanu, na cały kontynent z góry patrzy, więc go wzięli i nawet awansowali. Ale u nich byle barką admirał dowodzi, nie bierz sobie do serca jego rangi. Załatwimy smoka, żołdu przez parę miesięcy nie powącha, to machnie ręką na Bikopulijczyków i na swoje wróci, znów kapitanem Vensuellim zostanie. I dobrze zrobi. Od myślenia tu nie jestem, ale wam powiem, że ktoś tu Vensuellego do wiatru wystawia, a nas razem z nim. No, nic: co ma być, to będzie… Rzućcie okiem na tę wehrleńską robotę i sprawdźcie, czy magia nie zwietrzała.

* * *

– Rzucaj kotwicę! – Głos Vensuellego odbił się od szarych skał, powrócił zgrzytliwy jakiś, nieprzyjemny. – Żagiel, Luwanec! Dobrze… Dobrze, chłopcy. Po dwa skojce dla każdego za przejście między tymi kłami. Ha, nie dziwi mnie, że dziewiczy to ląd. Jedna jedyna zatoka, a wejście ciasne jako właśnie…

– Ważcie słowa – rzuciła ostrzegawczo Zelgan. – Ta historyczna chwila. Chyba nie chcecie, by z kronik was wydrapali, jak w końcu ludzie przestaną język plugawić i trzeba będzie wszelkie klątwy pod karą z ksiąg usunąć?

– Pisać to? – zapytał nieśmiało jeden z jej różowo-białych pomocników.

– Do słowa „ląd”, dalej nie. A w ogóle to obecnych, mnie wyłączając, nie cytujcie, chyba że powiem. To ostatni błogosławieństwa koła nie znający zakątek Viplanu, legendarna kraina. Ale widzę, że tu obecni rangi dzisiejszego wydarzenia nie rozumieją, powagi i namaszczenia nie zachowują. Nie warto ich błahych i powierzchownych uwag dla potomnych spisywać.

– Ty na rufie, przysnąłeś?! Rzucaj sondę, gamoniu, albo ja ciebie rzucę! Nie widzisz, że nas obraca? A jak tam płycizna jest?

– Nie podoba mi się to – powiedział cicho Debren. Nikt nie zwrócił uwagi; ci, co nie byli zajęci pracą, zadzierali głowy, gapiąc się na otaczające zatoczkę wzgórza.

– Piszcie: „Wśród skał czarnych, korab śmiałków okalających, trawy dziwnie bujne w szczelinach rosły, ku wodzie na stóp trzy zwisając. Wyżej zaś, pod samym niebem zda się, kędy orły krążyły, drzewa wichrami pogięte konary rozpościerały, listowiem o chmury ołowiane drapiąc”.

– To mewy – zauważył Venderk opp Gremk. – A skały faktycznie wysokie, ze dwa tuziny stóp będzie. Cholera. Niedobrze.

„Jaskółka” znieruchomiała. Otaczające wyspę rafy i łańcuchy mielizn zatrzymywały fale, woda w zatoczce była prawie nieruchoma i ciemna jak w studni. Było w niej też coś złego. Debren wyczuwał to, nawet nie wychylając się za blanki kasztelu.

– „Z tyłu śmiałkowie galerę widzieli, wiosłami wolno robiącą, pomiędzy rozbryzgami lawirującą, które podwodne skały zdradzały. Bezdenna głębia pod galerą tak jej załogantów przerażała, że z daleka bladymi twarzami świecili…”