– Bredzisz, Zelgan – błysnął zębami admirał. – Albo skały, albo bezdenna głębia, decyduj się na coś, bo i ciebie z kronik wydrapią.
– Cztery sążnie! – wołał marynarz z sondą. – Trzy sążnie cztery stopy! Trzy i pół!
– Tamta półka będzie dobra – wskazał ramieniem Venderk opp Gremk. – Powyżej granicy przypływu jest, nikt nie poda w wątpliwość, że do lądu stałego należy. I piasek jest. Mało, ale odcisk stopy zostanie. Podpłyńmy tam, admirale.
– Trzy sążnie i stopa!
– Nie łaź wokół rufy, gamoniu – rzucił Vensuelli, nie oglądając się do tyłu. – Nie żartujcie, mistrzu Gremk, to karawela, nie szalupa.
– „Z przodu wyspa się rozciągała, nieduża zda się, aliści górzysta, pełna urwisk złowrogich, jarów i kotłów skalnych. Las ją porastał wiekowy, mroczny, splątany jak fryzura, co ją dwa lata temu wstecz królowa Esmeria na zjeździe w…”
– Dwa sążnie stóp cztery!
– Admirale, moglibyśmy dwa słowa…?
– Nie teraz, Debren. Luwanec, dawać tego konia!
Coś stuknęło głucho o burtę. Szalupa. Sześciu marynarzy i sternik stanowiło zbyt słaby zaprzęg, by pomóc karaweli przy wchodzeniu do zatoki, ale teraz, na spokojnej jak w stawie wodzie, mogli oddać wielkie usługi.
– Dwa sążnie i dwie stopy!
– „…zza dzikich chaszczy widoczny dach jakby, do dachu zamkowej wieży podobny. A więc potwierdziły się legendy. Wykrzyknik. A więc zaprawdę, ludzie nie tylko zawitali tu niegdyś, nie tylko na czubek wzgórza się wspięli, poprzez leśne zawały, gołoborza i pokrzywy dziwnie wybujałe, ale i forteczkę wznieśli. Mała ona być musiała. Pogańska jeszcze, być może, co tłumaczy nikczemne rozmiary. Wiadomo, że wszystko, co pogaństwem trąci, także nikczemnością trącić musi. Bez światła wiary…”
Okryty anonimowym, pozbawionym herbów rzędem Wierzchowiec Błękitnego dał się podprowadzić do burty, opasać linami. Był otumaniony wywarem ze słodu i piwa, dobrze zaprawionego magią. Nie powinien sprawiać kłopotów. Tak jak i jego pan, stojący obok ze zwiniętym na drzewcu proporcem i bez słowa pozwalający owijać sznury wokół pancerza. Rycerz w zbroi był zbyt ciężki, by samemu do szalupy schodzić.
– Stanowczo nalegam, by podepchać okręt do owej półki skalnej – wypiął brzuch opp Gremk. – Bo z łodzi konia tam wprowadzić się nie da, a i marynarz Lobryk może się nie wgramolić. Nie zapominajcie, admirale, że na drewnianej nodze chodzi. Teraz już całkiem krzywo, bo pijany.
– Dwa… nie, sążeń i pięć, i ciut!
– Admirale, nie chcę przeszkadzać, ale…
– Nie teraz, Debren. Panie Gremk, czy aby nie przesadzacie? O tam, na wprost dzioba, śliczna łacha się złoci, nic tylko łodzią lądować… Z dołu może i trochę wyżej woda czasem podejdzie, ale może i nie, bo przecie przypływ mamy. I koń łatwo z szalupy wylezie, i ludzie… Po cholerę okręt narażać, pod kamienne urwiska go pchać? A jak tam pod wodą paskudztwa jakieś? Głazy ostre? Albo prądy? A jak smok Ziejacz nie zdechł ze starości, tylko na to akurat urwisko wylazł, stare kości wygrzewać? Głupio będziecie wyglądali, jak wam na głowę nasra.
– Półtora sążnia!
– „Z imieniem Pańskim na ustach i wiarą w sercach podróżni korab opuszczali, w łodzie schodząc”.
Debren przeszedł na tyły kasztelu, wychylił się za blanki i patrzył na nieruchomą wodę zatoki. Miała barwę inkaustu, którym pacholęta pani Zelgan zapamiętale pokrywały zszyte lnianą nicią arkusze papieru. Sto sążni dalej, za płaskimi cyplami, obejmującymi krąg zatoki, i spienionym pasem raf, galera kołysała się na zupełnie innej wodzie. Szarobłękitnej.
– Powinni zejść na ląd w jednym miejscu – tłumaczył cierpliwie jurysta. – I nie na plażę piaszczystą. Kulawiec Lobryk utknie na tej waszej ślicznej łasze jak nic. Patrzcie, ledwo w szalupie siedzi. Za dużo wina dostał, względnie łeb ma słaby, co na jedno wychodzi.
– Sążeń!
Debren patrzył. Czuł zapach mułu. Starego, cuchnącego rozkładem, zimnego. I właściwie nic więcej. Nie podobało mu się to. Woda nie woda, coś powinien…
– To mój okręt i narażać go bez potrzeby nie zamierzam. Zrobimy szybko, co do nas należy i wynosimy się stąd.
– Panie Vensuelli, ze wszystkich, co pretensje do „Jaskółki” zgłaszają, wyście są na ostatnim miejscu, za cesarzem, admiralicją anvaską, królem Irbii, gildią kupiecką z…
– Już dobrze, Venderk, wystarczy. Niech będzie po twojemu, ale jak dziurę w burcie wybijemy, to wiedz, że do jej zatkania jednego wielce uczonego tyłka użyję.
– Cztery sto… nie, trzy sto… nie, dwie… stopy.
– Przestań łazić i bawić się tą sondą, gamoniu jeden! l zdecyduj się wre… – admirał urwał nagle. – Co?! Coś ty powiedział?! Ile?!
– Jedna – wymamrotał pobladły marynarz, – Jedna stopa. W minusie.
Nagle zrobiło się cicho. Nie wiadomo dlaczego. Oprócz Vensuellego, który w trzech susach dopadł tylnego nadburcia, co najwyżej sternik szalupy mógł dostrzec, co się dzieje. Pozostali stali, siedzieli i pracowali w miejscach, skąd nie dało się spojrzeć za rufę. Ale umilkli i zastygli w bezruchu wszyscy. Łącznie z koniem, który przednimi nogami wisiał już nad pokładem, podwieszony do windy kotwicznej. Słychać było tylko szelest spływającej wody i terkot krabów, leniwie podążających jej śladem.
– Ccco… – Vensuelli z wysiłkiem przełknął ślinę. – Na Machrusa słodkiego! Co to jest?!
Wciąż nikt nie próbował zmienić swej pozycji. Marynarz z linką sondy w ręku gapił się z rozdziawioną gębą na ołowiany ciężarek, połyskujący wśród muszli i wodorostów.
– Nie wyczuwam magii – powiedział cicho Debren. – Admirale! Do brzegu. Możliwie szybko.
– Wie… – zająknął się marynarz. – Wieloryb!
– Szalupa! Pchać! – krzyknął Vensuelli, po czym zniżył głos niemal do szeptu. – Debren, co to do cholery jest? Spod tego mułu i zielska… Patrz! To chyba deski!
Debren skoczył ku lewej burcie, wycelował różdżką w szalupę i wyskandował zaklęcie. Wiosła, zawieszone niepewnie nad nieruchomą czernią wody, grzmotnęły w nią raz, drugi, trzeci… Karawela drgnęła, zaczęła płynąć bokiem. W ślimaczym tempie, ale i tak nieprawdopodobnym, wziąwszy pod uwagę ogrom jej masy w porównaniu z siłą czterech par ludzkich rąk. Czterech – dwóch wioślarzy, tych z przedniej ławki, czar, nie wiedzieć czemu, ściął natychmiast z nóg.
– Wąż morski! – pisnął trwożliwie marynarz. Puścił koniec sondy i z małpią zwinnością czmychnął w górę po wantach. Załomotały deski pokładu. Debren obejrzał się, dostrzegł Venderka opp Gremka, walącego się na kolana i łapiącego za święty medalion. Od dzioba biegł Luwanec z bosakiem w ręku. Relacjonatorka Zelgan ewidentnie straciła zdolność relacjonowania i, blada jak płótno, schowała się za maszt. Na galerze rotmistrz Zbrhl odstawił szybko kufel i skoczył ku najbliższej katapulcie. Podłużny czarny kształt, który wynurzył się za rufą, ociekał wodą, zgrzytał odnóżami łażących po nim krabów… i nie atakował.
– Nie strzelać! – zawołał magun w stronę „Aramizanopolisańczyka”, składając dłonie w tubę. – Spokój, drodzy państwo. Bez paniki. Admirale, odbojnice na prawą burtę.
– Co? A tak… Luwanec, już nie trzeba! Zabezpieczyć sterburtę! Boże, aż się woda gotuje. Wiosła zaraz połamią. W życiu nie widzia… Jasny gwint! Pękło! Uwierzysz, Debren?! Wiosło w wodzie złamał! A niech cię… Chyba już wiem, czemu cię na galerę wzięli.
– …astrze…ić to? – pohukiwał z oddali Zbrhl. – Mo…ę gadzinę rą…
– Nie trzeba! – wrzasnął Debren, rozglądając się na wszystkie strony. – To wrak! Nie żaden wąż morski! Zatopiony okręt! Nie strzelajcie!