Выбрать главу

– Nie trzeba! – wrzasnął Debren, rozglądając się na wszystkie strony. – To wrak! Nie żaden wąż morski! Zatopiony okręt! Nie strzelajcie!

* * *

– To drakkar – stwierdził ponuro Vensuelli. – A ściślej mówiąc: dno drakkara. Na pół stopy skorupiakami obrośnięte. Nie podoba mi się to.

– Chy… chyba lepiej, że nie wąż. – Zelgan wciąż była biała jak pończochy jej pisarczyków. Chociaż te, prawdę mówiąc, po nurkowaniu za beczkami, szalupami, zwojami lin i innymi tego typu osłonami, przeciw potworom morskim skutecznymi, za białe uchodzić już nie mogły. – O Machru, jak ja nie cierpię gadziny wszelakiej.

– Wąż byłby lepszy – stwierdził Debren.

– Wąż by nas zjadł – powiedział ponuro opp Gremk. – Nie grzesz, czarodzieju. Pan modlitw naszych wysłuchał, nieszczęście odwrócił, ale jak będziesz dalej takie bzdury głosił…

– Nie wiem – podrapał się po brodzie Vensuelli. – Może i dobrze Debren mówi. Zwierzę morskie z tej odległości Zbrhl by bez trudu ustrzelił. Ma te bełty inteligentne, czy jak im tam, no i nie na darmo Zbrhl Gasimucha go przezywają. To od tego, że muchę z katapulty trafić potrafi.

– A ja słyszałam, że to od oddechu. Jak chuchnie, w locie zdychają i na ziemię się sypią.

– I to być może. Tylko że tu nie maszkarę morską mamy, a okręt dawno temu zatopiony. Nie wnikam, jakim cudem ta skorupa na wierzch wypłynęła. Ważne, że drogę na morze nam odcięła.

Miał jeszcze resztki nadziei w głosie, ale chyba szybko się ich wyzbył. Szalupa, nową załogą obsadzona, bezskutecznie bryzgała wiosłami, próbując czarny kadłub z przesmyku albo wypchnąć, albo wyciągnąć. Debren, tym razem ostrożnie szafując energią z różdżki, pomagał z pokładu „Jaskółki”, efekt był jednak żaden. Drakkar, cofnąwszy się o kilkanaście stóp, utknął na dobre, a pierwszy marynarz, który podpierany drągami bosaków, wgramolił się na obrośnięty kadłub, wylądował w wodzie po dwóch uderzeniach toporkiem. Nie było jak wybić dziury w utwardzonych naroślą deskach; kolejni śmiałkowie na czworakach wpełzali na brzuch okrętu, bez powodzenia walili już to siekierą, już to młotem w gwóźdź i nieodmiennie ześlizgiwali się po pierwszym nieostrożnym ruchu.

– Klepsydry przelecą, zanim linę o coś zaczepią – zauważył opp Gremk. – A i wtedy nie wiadomo, czy to coś da się odholować.

– Podwoję obsadę szalupy – warknął Vensuelli. – To drakleńska długa łódź jeno była, znam ten typ, klasyka szkutnictwa. Na czterdzieści wioseł z reguły, a śmigała na tych czterdziestu, że ho, ho. Nie ma cudów; jak dwunastu tęgich zuchów do szalupy wsadzę, a Luwanec posteruje, to pójdzie. Lekka jest jak na okręt. Między rzekami takie, działami wodnymi, przeciągali. W prastarych czasach z północy, z Draklenu przez całe Sovro żegluga szła na południe, do Pirrendu, a potem morzem do Bikopuliss. Ponoć taką metodą jarl Ragersuun o mało co Viplan opłynął. Do zamknięcia pętli wokół kontynentu pół dnia drogi mu brakło, bo po drodze łupił, ile wlezie, drakkar przeciążył i jak opijać sukces tuż przed domem zaczęli, to na mieliznę z nadmiaru zanurzenia wpadli.

– Mit to – oświadczyła Zelgan. – Ów jarl Ragersuun albo Regersuum to postać fikcyjna, a ponadto poganin. Chyba nie myślisz, że ktoś, kto z wiary jedynie słusznej sił nie czerpał, mógł takiego czynu heroicznego dokonać. No nie, następny w wodę zleciał. Niezdarni coś ci twoi marynarze, Vensuelli.

– Za ciężcy może na te obślizgłe belki? – błysnął oczami. – Może kogoś lżejszego trzeba tam posłać? Babę jakąś, przykładowo? Pacholąt kilkoro?

Zelgan, niepewna, na ile Vensuelli żartuje, wycofała się do pisarczyków i zaczęła dyktować coś po cichu, a więc raczej nie z myślą o wykreowaniu mitu o kolejnym bohaterskim żeglarzu. Debren odwrócił się, wycelował różdżką, odnowił czar przytępiający wrodzoną ognistość rycerskiego konia. Zwierzę, choć wciąż oplecione siatką i linami, mogło narobić szkód. Na pokładzie nie było już prawie nikogo, kto mógłby je w razie czego powstrzymywać.

– Mistrz opp Gremk ma rację – przyznał niechętnie. – Przed odpływem nie zdążymy. Z mojej winy trochę. Przedobrzyłem z formułą maga Stachanusa, za dużo sił z tej pierwszej obsady wycisnąłem… Patrz, żaden ręką nie ruszy. Siedzą przy dzbanie z piwem i nie wiedzą, jak się do trunku zabrać. Pani Zelgan, nie zechciałabyś litości niewieściej okazać i w miski biedakom nalać?

– Zajętam! A pijaństwo do grzechu wiedzie!

– Za to przy samym brzegu stoimy – przypomniał o sobie prawnik. – Z czego skorzystać radzę. Pamiętaj, Vensuelli, że umowę z cesarzem mamy.

– No to windą kotwiczną – myślał na głos admirał. – Niech no tylko zahaczenie solidne uczynią. Cumy o tamtą skałę zaczepimy, bo kotwicę zwlec by mogło, i wtedy się cholernika wytaszczy z przesmyku. Chyba… – poderwał głowę. – Debren, czy on nie jest aby…?

– Chyba nie. – Czarodziej zerknął z troską za burtę. – Nie ten wrak. To bardzo stary okręt, admirale, musi mieć kilkaset lat. Ówczesna magia… No cóż, nie wszystko o niej wiemy, a choć prymitywna, wiele niespodzianek kryła. Ale nie, statek zaczarowany nie jest. Co mi się nie podoba.

– Wolałbyś zaczarowany?

– Magia to finezyjna materia. Cuda tworzy, lecz delikatne one bywają, łatwe do zniszczenia, gdy się wie, gdzie uderzyć. Jest jak twoja karawela, admirale. Śmiga po falach, ogromne ładunki dźwiga, burzy się nie boi. A w dnie jedną małą dziurkę wystarczy zrobić… i po okręcie. Przy halsowaniu jeden zły ruch sterem… i też nie ma „Jaskółki”. Linę ładunek mocującą przeciąć…

– Wystarczy, zrozumiałem. Do czego zmierzasz?

– Zaczarowane okręty widma spotyka się w przyrodzie, to nic nowego. Latającego Depholca każde dziecko zna, stara to opowieść. W romantycznym okresie magii modne było przyozdabianie mórz takimi ni to ciałami materialnymi, ni to zjawami. Służyły jako symbol, przestroga, chociaż, po prawdzie, to co niektórzy czarodzieje, ambitni przesadnie, wieczny pomnik swej chwały chcieli w ten sposób zbudować. Lepszy od marmurowego, bo przemieszczający się. Ale naga magia wieczna być nie może. Połowa okrętów widm swych twórców nie przeżyła, a drugą połowę trałowce, przez armatorów i kompanie kupieckie opłacane, albo na dno posłały, albo, jak się nie dało, a daleką północ odholowały, gdzie w fiordach głazami zawalonych czy wmrożone w pola lodowe szkód żegludze nie czynią. Choć niektóre i w ludniejszych stronach się spotyka.

– Prawda – skinął głową Venderk opp Gremk. – Broniłem kiedyś interesów pewnego barona z hrabstwa Drumplex we wschodnim Anvashu. Gmina rybacka pozwała go o szkody, które wrak zaklętego korabia jakoby we wsi czyni. Dzieci, mówili, z dwojgiem głów im się rodzą, przez co ani jedna matka połogu nie przeżywa. Domagali się odholowania z polderu tego, co ze statku zostało, ale to cholerstwo miało ze sto lat, jeszcze dziadek barona na wysypisko swoje je wpuścił, no i koszty pozbycia się resztek byłyby ogromne. Ciężka była sprawa, bo i organizacje się humanitarne wtrącały, i relacjonatorzy obsmarowywali, aż inkaust pryskał. Alem wygrał. Matki na świadków wzywać zacząłem, he, he… A że z tych, co mutanty rodziły, żadna żywa nie wyszła, pozew z braku dowodów legł.

– Nie wiem, Venderk, czym ty się chełpisz – splunął za burtę Vensuelli.

– Skutecznością, a czym niby?

– Niemolarne to było! – pisnął jakiś łamany mutacją, młodzieńczy głos.

– Mówi się „niemoralne”, Niebrzym – skarciła ucznia Zelgan. – A raczej język za zębami trzymaj. Pan opp Gremk autorytetem moralnym jest i opinię niepokalaną ma jak każdy jurysta. Czekaj no, dam ci ja dzisiaj za pyskowanie starszym.

– Chciałbym kiedy zobaczyć to dawanie – mruknął Vensuelli. – Coś mi się widzi… cholera, zgubiłem wątek. To co z tym drakkarem, Debren, mówisz? Zaczarowany nie jest? To czemu wypłynął na wierzch jak zdechły wieloryb i drogę nam zagrodził?