Debren nie zdążył odpowiedzieć. Z urwiska, zbyt górą zaokrąglonego, by nad sam okręt podejść się dało, ale też dla wzroku niedostępnego w wyższych partiach, potoczyło się parę drobnych kamieni. Większość z głuchym chlupnięciem wpadła w wodę, parę zaterkotało o deski pokładu. Jeden brzdąknął, odbił się od naramiennika rycerza Błękitnego. Rycerz nie poruszył się; z niezmąconym spokojem i zwiniętą chorągwią w opancerzonej dłoni tkwił obok środkowego masztu niczym przypałacowy gwardzista.
– Tam coś jest! – krzyknęła z przestrachem Neruela, pisareczka pani Zelgan.
Przez chwilę było cicho. Pomijając chrobot muszelek pod kolanami ociekającego wodą żeglarza, ze świdrem na plecach gramolącego się na drakkar. Debren zerknął na galerę, skąd ćwierć setki par oczu obserwować mogło cały okoliczny brzeg. Nie dostrzegł oznak niepokoju, ale okręt zniosło z pozycji. Posłany na dno Zatoki Burzliwej wybijacz rytmu był fachowcem mimo lekkiego religijnego obłędu; potrafił pokierować prędkością okrętu. Jego następca nie bardzo sobie radził, co na otwartym morzu nie miało wielkiego znaczenia, lecz tu, gdzie labirynt raf i mielizn czynił z oceanu prawdziwą rzekę z prądami i wirami, znaczenie już miało.
Mimo wszystko, dzięki wciągniętym na nadbudówki katapultom, Zbrhl wciąż miał zatoczkę pod obstrzałem. Galerę obróciło, wybijacz kłócił się ze sternikiem, a wiosła zderzały się ze sobą, lecz rotmistrza w widoczny sposób to nie wzruszało. Stał na kasztelu rufowym, połyskując z dala kuflem, i pilnował, by knechci obracali drągami ustawioną tu katapultę. Przynajmniej ta jedna pozostać miała w pełnej gotowości, niezależnie od tego, co pozbawieni oficerów Bikopulijczycy zrobią ze swym okrętem.
– Niemożliwe – odezwał się w końcu Vensuelli prawie pewnym głosem. – Mam w bocianim… – coś stuknęło – gnieździe… – coś załopotało między żaglami. – O, psiakrew!
Debren zdążył odnotować, że bosonogi majtek, który grzmotnął o toń zatoczki i zniknął, wywołując zadziwiająco wielką falę, ani nie krzyczał, ani niczym nie machał.
– Miałeś – szepnął pobladłymi ustami opp Gremk.
O sto pięćdziesiąt sążni dalej Zbrhl odstawił kufel. Marynarz z drakkara zjechał na brzuchu do wody, oberwał po łbie nieco wolniejszym świdrem, zachłysnął się. Zelgan przykucnęła za kolumną steru, któryś z pisarczyków chwycił składany stołek, przykrył nim głowę.
– …ie wida… – darł się pod wiatr rotmistrz. – A już na…no nie…oka!
– A pies was, jurystów, trącał! – zgrzytnął zębami Vensuelli. – Dalej, gamonie, do magazynu z bronią, duchem mi tu pawęże dawać i kusz parę!
Prawnik wyciągnął zza pazuchy flakonik misternie zdobiony, odkorkował, łyknął. Zajechało marimalskim destylatem, przez tamtejszych kawalerzystów cenionym i przez to koniakówą albo koniakiem zwanym. Debren miał to za paskudztwo, ale wiedział, że moc swoją posiada.
– Wstrzymaj ich – wycharczał Venderk opp Gremk, trochę załzawiony, ale już odważniejszy. – Spieprzysz wszystko, głupcze! Żadnego wojskowego oręża, tylko to, co cywile noszą, do samoobrony jeno.
– W rzyć se wetknij samoobronę! Hełm mi tu dawać!
– Odstaw stołek, Culio – pisnęła zza kolumienki Zelgan – za pióro się łap! Piszcie! „Grad skał, od kamienic większych, słońce mnogością swą ćmiących…”.
– To parę garści żwiru aby – potrząsał admiralskim ramieniem Gremk. – Słyszałeś Zbrhla. Nikogo tam nie ma w górze. Wiatr dmuchnął, może świstak przemknął, trochę hałasu się zrobiło, a głupi majtek w portki się sfajdał i wypadł z bocianiego gniazda. Cofnij rozkaz, do diabła, bo ja ci admiralski patent cofnę, a wtedy wiesz, co będzie.
– Świnia jesteś, Venderk.
– Prawnik jestem. Zleceń klienta się trzymam. Mam cię przed wierzycielami i katem bronić, jak cesarzowi dobrze służyć będziesz, a jak nie, to pomóc sprawiedliwości ludzkiej i boskiej, by cię dopadła. No widzisz? Od razu trzeba było…
Vensuelli, ponury jak cmentarna noc, gestem wstrzymał biedzących się z ryglem majtków.
– Debren, co tak jako kołek sterczysz? Wyczaruj mi jaki hełm cywilny, samoobronny, jeśli nic lepszego do roboty nie masz. A ty, Zelgan, przestań jazgotać, pozerko jedna. Przecież oni tego za cholerę zapisać nie zdążą, choćby im się pióra z pośpiechu zapaliły.
– Głupiś, Vensuelli. Co trzecie słowo jeno każdy zapisuje, skrótami niekiedy, to i nadążają bez trudu. To się nowoczesna organizacja pracy nazywa, prostaku jeden. – Relacjonatorka stała już zamiast za sterem się kryć; otrzepywała toczkiem nogawki. – Piszcie, uczniowie: „Rozkład dyscypliny i braki w wyszkoleniu, wiadome czynniki obciążające, do owego nieszczęsnego wypadku przywiodły…”
– Ona ma rację – ciągnął opp Gremk. – Spójrz na tego prostaka w zardzewiałej zbroi. Znam ja ich, rycerzy błędnych, manią owładniętych. Krzesiwa to taki nie wymyśli; większość przyłbic w miejscu publicznym nie podnosi, żeby uciechy głupawym wyrazem twarzy nie wywołać. Ale smoka, wierz mi, to błędny rycerz na pół mili jak pies sukę wywęszy. A ten tutaj to i na milę pewnikiem.
– Gadanie.
– Nie, Vensuelli. Nie przez przypadek tego akurat rycerza na dworze księżnej Pompadryny Cnotliwej mi polecono. On, widzisz, choć anonimowy, ze szlachetnego rodu rycerzy smokobijców się wywodzi.
– Smokobójców – poprawiła Zelgan.
– Wiem, co mówię; w moim fachu precyzja słowa więcej niż w waszym waży, miła pani. Smokobijcy to są, bo jak dotąd każda głowa rodu, potomstwa napłodziwszy, na Mały Czyrak płynęła i tu, po heroicznej walce, od smoczego pazura padała.
– Dzięki, Venderk. Na duchu mnie podniosłeś jak cholera.
– Bez sarkazmu, admirale. Mówię tylko, że pan Błękitny na smokach się zna i smoka z daleka wyczuje. Póki sterczy niczym strach na wróble, jesteśmy bezpieczni.
Przy przesmyku zdesperowany Luwanec, ostatni suchy w załodze, z dwoma czekanami w rękach drapał się na drakkar. Galera, odwrócona rufą, dryfowała między mieliznami. Było cicho i spokojnie. Zza szarych chmur raz po raz wychylała się rozmyta tarcza słońca.
– Będziemy musieli tu nocować – stwierdził Debren.
Zelgan, obsmarowująca dowództwo wyprawy na użytek potomności, urwała w pół słowa. Prawnik przełknął ślinę, brzuch mu się trochę zapadł. Vensuelli, poświstując cichutko przez zęby, patrzył ponad dziobem na las. Dziwnie cichy, dziwnie mroczny. Koń rycerza Błękitnego parsknął, nerwowo zastrzygł uszami.
– Przykro mi.
– Przykro mi, waleczny rycerzu – powiedział Venderk opp Gremk, nie siląc się na udawanie zmartwionego. – Proces lądowania w myśl Kodeksu morskiego y oceanicznego do żeglugi się jeszcze zalicza. Prawo mówi: „Ode burty na odległość, jaką bom okrętowy zakreśli lubo insze urządzenie, magiczne takoż, chyba że pode żurawiem portowym cumować i rozładunek czynić; wtenczas odpowiedzialność na cech dokerski spada”. Widzisz tu żuraw jakiś, o porcie nie mówiąc? Przez tę przyłbicę pewnie mało co widać, więc ci pomogę: nie ma tu niczego takiego. Co znaczy, żeś pod władzą kapitana, w danym przypadku admirała, póki na wysięg bomu nie odejdziesz. I jakby ci się krzywda jakaś w drodze stała, to nie kto inny, jak rzeczony admirał oczami świecić będzie i złotem przede wszystkim. Odszkodowanie za takiego znamienitego szlachcica zrujnowałoby go do reszty, nie czyń więc wstrętów i pozwól fachowcom teren zbadać.
Zbroja zaszczekała, poruszyła ręką, ale szybko dała za wygraną, śluby milczenia stawiały ją w dyskusji z zawodowym jurystą na z góry straconej pozycji. Dwuręczny miecz, tradycyjna broń zabójców smoków, też niewiele by pomógł. Vensuelli, widząc, jak zaciekły opór stawia blokujący wyjście wrak, przeformował szyki i ściągnął na „Jaskółkę” całkiem pokaźny oddział desantowy. Wprawdzie Zbrhl, jego knechci i wyznaczeni na zbrojnych majtkowie z obu załóg nie mieli na sobie ani kawałka blachy, a w rękach ściskali niegodne wojaka, czysto cywilne przedmioty samoobronne, było ich jednak trochę za dużo na siły jednego człowieka.