– Tak – powiedział bez przekonania Vensuelli – prawda to. I dlatego pierwszy na brzeg wyjdzie ten moczymorda Saskou… – Opp Gremk głośno zassał powietrze. – To znaczy, chciałem rzec, Kulawiec Lobryk. Saskour z Eileff drugi pójdzie. I dopiero za nim, konno, pan rycerz Błękitny. No już, podsadźcie kuternogę na trap.
Urwisko było mocno nachylone, więc choć dołem tylko belki odbijacze oddzielały poszycie karaweli od obmywanych wodą głazów, z furty abordażowej trzeba było przerzucić trap, który ledwo sięgnął brzegu. Pomost miał wprawdzie poręcz z jednej strony, ale Lobryka akurat w drugą znosiło, pewnie z winy źle dopasowanej protezy. Z winy pociągu do alkoholu nawet nie próbował chwytać rozpiętej na kołkach linki i Debren zdrowo się spocił, asekurując go zdalnie aż na koniec trapu.
– Stop! – wrzasnął mu nagle przy uchu prawnik. – Gdzie z tym kulasem się pchasz? Jak mówione było?!
Lobryk potknął się, wyskoczył w górę, machnął nogami jak marionetka, niemal szpagat w powietrzu wykonał. Debren, kompletnie zaskoczony, zdjął czar. Drewniana noga, ciągnięta z tyłu, nagle znalazła się z przodu, dziabnęła w piasek. Druga, prawdziwa, grzmotnęła piętą idącego tuż za Lobrykiem Saskoure’a z Eileff. W wyjątkowo wrażliwe miejsce.
– „Na oczach świadków… – Zelgan podskoczyła z wrażenia, zaczęła machać rękami. – Na oczach świadków… na oczach…”
Proteza przebiła cienki dywan piasku, wpadła w jakąś szczelinę skalną, utknęła pod kątem. Nogi Lobryka rozjechały się w kolejnym szpagacie, tym razem prawdziwym, z podparciem. Debren pchnął plecy Kulawca, ale spóźnił się, bo ten szarpnął się do tyłu, a upadający na twarz Saskoure wpakował się magunowi w linię czaru.
– Nie tak! – tupnął ze złości Venderk. – Durnie! Łby wam porozbijam!
Zakotłowało się, ktoś podbił wyrzuconą do przodu rękę Debrena, ktoś zdzielił go w czoło cepem, niechcący wprawdzie i cywilnym, ale z cholernie twardego drewna. Zanim ponownie wycelował, było już za późno.
Lobryk oderwał się od swej sztucznej nogi, przekoziołkował tyłem po urwisku i załomotał o burtę okrętu gdzieś daleko w dole, tuż nad linią wodną. Saskoure, wciąż obejmując oburącz wrażliwe miejsce, dostał w kark czarem Debrena i pomknął w dół trzy razy szybciej. Zawadził skronią o wbitą w skały protezę, gruchnął czołem o ziemię i znieruchomiał.
– Czary! – krzyknął któryś z marynarzy „Aramizanopolisańczyka”. – Zły znak!
Krzyczał po illeńsku, w urzędowym języku Cesarstwa Bikopuliss, ale Debren nie miał cienia złudzeń. Nie zrozumiał go chyba tylko rumak Błękitnego, a i to nie było wcale pewne. Panika zawisła w powietrzu.
I pozostała tam. Wbrew temu, czego oczekiwał.
– Morda… – zaczął Vensuelli.
– …w kubeł! – dokończył Zbrhl.
Gromada zbrojnych zastygła w bezruchu, tylko oczy biegały nerwowo to w tę, to w tę, wypatrując wyskakującego zza skał smoka. Albo czegoś równie paskudnego. Debrenowi przemknęło przez myśl, że gdyby mieli rację, mieliby ją pewnie ostatni raz w życiu. Kamienna półka, przy której stała „Jaskółka”, stanowiła coś w rodzaju zakończenia płytkiego wąwozu, zakręcającego jak rogal. I zupełnie niewidocznego z pokładu galery.
– Nie wyczuwam magii – zerknął z ukosa na opp Gremka. – Spokojnie, dobrzy ludzie. To wino, nic więcej. Byli pijani.
Coś się poruszyło. Coś różowo-białego, ze sporym dodatkiem brudu. A teraz także rumieńca. Neruela, pisareczka. Wyciągnęła skądś kawałek płótna i skoczyła przez gromadę ku furcie abordażowej.
– Może żywi jeszcze! Pomóc trzeba!
Debren otwierał usta. Nie zdążył. Venderk opp Gremk miał bliżej do trapu. Skoczył z chyżością zaskakującą u światowej sławy jurysty, zagrodził przejście.
– Stać! Dokąd, smarkulo?! Won, bo pasa zdejmę!
– Neruela! Z powrotem do zeszytnicy, ale już! Jak mam dyktować, na miłość boską, kiedy mi czeladnicy gonitwy urządzają? Poczekaj, dam ci ja za te wybryki.
Dziewczyna powiodła dookoła spłoszonym spojrzeniem. Potem zaczerwieniła się jeszcze mocniej, schyliła głowę i podreptała z powrotem. Magun dotknął opuszkami palców jej łokcia.
– Nie trzeba – mruknął. – Dobrze chciałaś, ale oni nie żyją. Dzięki.
Posłała mu zdziwione spojrzenie. Potem popatrzyła na panią Zelgan i prawie biegiem dopadła stołka, chwyciła kartki, uniosła pióro.
– I co dalej, mistrzu Gremk? – uśmiechnął się złośliwie Vensuelli. – Mistrzu Debren! Jakieś błyskotliwe sugestie?
Prawnik powoli, mocno trzymając się liny, przeszedł na koniec trapu. Bez wielkich skrupułów dotarł po plecach Saskoure’a do miejsca, gdzie krawędź desek wyznaczała granicę lądu. Przytrzymując się prawą ręką, lewą złapał za włosy trupa, uniósł głowę, podciągnął jak mógł wysoko. I rąbnął nią o ziemię, aż pacnęło.
– „Śmierć bohaterskich żeglarzy przepoiła głębokim żalem ich towarzyszy. Do Pana odeszli pionierzy bohaterscy z Jego imieniem na ustach”. „Jego” dużą runą, Culio! Ile razy mam przypominać?! Chcesz, żeby ci ręce grzeszne powykręcało?
– Wszystkich obecnych na świadków wzywam! – zawołał opp Gremk. – Kto na koło święte przysięgając, potwierdzić nie może, że Saskoure z Eileff, Marimalczyk, ziemię tę przed śmiercią dotknąć i ucałować zdążył, niech tu podejdzie i przyjrzy się.
Paru marynarzy, druhów zabitego, zaszemrało, popatrzyło po sobie. Jeden, trochę się ociągając, wyszedł przed gromadę. Debren poznał sternika, który kierował szalupą, gdy spychano „Jaskółkę” do brzegu. Vensuelli stał ze skrzyżowanymi ramionami i nieodgadnioną miną.
– To się posuńcie, wielmożny panie – burknął sternik.
– Posuńcie się?! Wleźć tu chcesz? Ha, pięknie! Ślepy nam się trafił, macać musi! Słyszycie, panie admirale, kto waszą szalupą steruje? Niewidomy! Nic sugerować nie zamierzam, bo to nie moja kompetencja, ale na waszym miejscu, obym tego bezczelnego chłystka za burtę wywalił. Zakład, że mustrując się na wasz okręt, słowem o swym kalectwie nie wspomniał. Oszustwo uczynił, a za to kara minimalna to niezwłoczne rozwiązanie umowy o pracę. Zostawmy go tu smokowi, niech się łajdakiem zadławi.
Marynarz zbladł, gruchnął na kolana, przeżegnał się drżącą dłonią.
– Machrusie Święty… Co też wy, panie?! Toć… toć ja… Oczy mam jak ten sokół! Dobrze widzę, przysięgam!
– Tak? Dowód, jeśli łaska. Co tu widzisz? – Palec z sygnetem dźgnął skrwawioną głowę trupa. Sternik zmarszczył brwi, myślał długo. Względnie słuchał podpowiedzi kompanów, szepcących na wyścigi i zagłuszających się nawzajem.
– Ja tu widzę… widzę tu… hę? Aha, Saskoure’a widzę, rzycią ku górze leżącego i ziemię boćkającego. – Palec uniósł się, pokazał protezę. – I kulasa nieboszczyka Kulasa widzę. W ziemię się wbił.
Debren przysunął się do admirała, zniżył głos do szeptu.
– Co ten wieprz wyczynia? Każ mu zleźć z tego nieszczęśnika albo ja,…
– Nie mieszaj się – syknął jeszcze ciszej Vensuelli. – Bo z roboty wylecisz. Chcesz tu zostać? Sam na sam ze smokiem? Jeśli ze starości nie zdechł, to przynajmniej nudzić się nie będziesz, ale po mojemu dawno łapy wyciągnął. Debren, tu statek raz na ćwierć wieku zawija, A jak się w rodzie Błękitnych mało jurny chłop trafi, to i rzadziej. Więc zamknij gębę.