Выбрать главу

– Admirale, pozwól na słowo. W cztery oczy, w kajucie. To ważne.

* * *

– Przeczucia? – parsknął Vensuelli. – Przeczucia to baby miewają, głównie jak chłop się do karczmy wybiera. Ty, magun, stary wyjadacz, w takie głupoty wierzysz?

– Mroczne wizje bab nader często się sprawdzają, Vens. Nawet jak mąż do chałupy cały i zdrowy wróci, to często bez portek, a bez grosza zawsze. Instynkt to nie głupota. To wnioski z dawnych, zapomnianych już przemyśleń, które tkwią gdzieś w podświadomości i niekiedy ratują nas, gdy myśl za rozwojem wydarzeń nie nadąża.

– Bez urazy, mistrzu, ale Vens to ja jestem dla przyjaciół. A moja myśl, za twoją nie nadążając… załóżmy, że jest za czym… no więc ona instynkt uruchamia. Ten zaś mówi: „Nie kombinuj, człeku, zdaj się na doświadczenia przodków, pali zaostrzonych w ziemię nawtykaj i śpij spokojnie”. Plan obrony mam w najmniejszym szczególe rozpracowany, chociaż, między nami mówiąc, ja w tego ich Ziejacza nie wierzę. Może wielce wykształcony nie jestem, jeśli dyplomami szkół mierzyć, ale ta półka z książkami, ta nad tobą, nie do zadawania szyku mi służy. Same uczone rozprawy tam stoją, niektóre nawet kupione, bo prostak nie jestem, wiem, że za wiedzę warto zapłacić, jak w pryzowym danego tytułu brakuje. Mam tam Gady, płazy i smoki, mam Sztuką łowiecką z elementami kłusownictwa tudzież wnykarstwa w drugim obiegu wydaną, O skutecznym twierdz czynieniu. Tom trzeci. Budowle ziemno-wodne, nawet Zielone wzgórza Yougonii mam, choć to beletrystyka i nauki polowań na smoki bym z niej nie zalecał. Znam się trochę, krótko mówiąc. Wiem, co smok może, a czego nie, i zaręczam ci, że w obronie silniejsi będziemy nie tylko od staruszka Ziejacza, ale choćby całej jego familii.

– W Lelonii, pod Starohuckiem, grodem stołecznym, jest duży i ładny cmentarz takich, co podobnie gadali. Nad wyraz duży, biorąc pod uwagę, jak mało tamtejszy smok grabarzom pozostawiał i jak niewiele miejsca pod trumnę było trzeba.

– Nie rozśmieszaj mnie, Debren. Dawno się rzecz działa, technika lelońska jaka jest, każdy wie, a w dodatku, jak się tłumaczyli tamtejsi kronikarze, nie w braku wojaków dzielnych leżał problem, a w braku pieniędzy i durnocie urzędników. W Sztuce łowieckiej jest o tym cały rozdział, w charakterze przykładu negatywnego. A to rotę łuczników na smoka posłano, bełty od kusz zamiast strzał dając, którymi całkiem strzelać się nie dało, za to smokowi, szutnikowi znanemu, za pałeczki do bufetu posłużyły; a to w nocnym ataku chorągiew zaciężna z Lelonii Większej pobłądziła, bo jej mapy gówniane dali, całkiem innego grodu, i się ze strażą królewską do świtu cięła; a to jakiś kwatermistrz, ścierwo sprzedajne, fury z prowiantem do smoczej groty kierował, zamiast do wojsk ją oblegających, z czego głód w obozie nastał i oblężenie zdjęto… Nie, Debren, śmiać się z tego można albo zębami zgrzytać, jeśli kto Lelończyk, ale przykład to żaden. Tu jest światły Wschód, nie dziki Zachód.

– A konkretnie?

– Konkretnie to ufortyfikuje się wąwóz, a za palami, chytrze i naukowo ustawionymi, wilczy dół się po cichu wykopie. Mamy też sidła. Karawelę od brzegu cofnę, a trap dwoma pniami długimi zastąpię. Podklinuje się, to leżeć będą jak wmurowane, a jak smok spróbuje na okręt przeleźć, to wystarczy liny szarpnąć i się gadzinie most pod brzuchem rozjedzie. W wodę bestia runie i utonie, bo opancerzona i od płynu cięższa. To ostateczność, bo wolałbym ciało zachować. Zęby, skóra… Kupa złota z takiej bestii jest, jak się wie, gdzie trofea sprzedawać. A jak od plaży zaatakuje, frontalnie, po rycersku, to go z katapulty kropniemy. „Rupp i trup”, cudów nie ma. Są też trutki, bełty specjalne do kusz, wody święconej do pomp baryłek parę… Smok, jeśli żyje, to już jakby martwy był. Chyba że z lasu łba nie wychyli.

– Taa… Wziąłeś pod uwagę, że w nocy ciemno będzie?

– Ognie rozpalimy. A ty weź pod uwagę, że smok, co dziecko każde wie, to stwór zmiennocieplny Nocą ledwo się rusza.

– No to nie przyjdzie tu. Nie zarobisz na skórze i zębach.

– Nie udawaj kmiotka, Debren. Ja wiem i ty wiesz, że nie o tę wyrośniętą jaszczurkę idzie gra. Da się dorobić na boku, to dobrze, ale jak odpłynę stąd, nawet śladu smoczego pazura nie oglądając, to też na swoje wyjdę.

Magun nalał sobie marimalskiego z karafki. Pił powoli, ciesząc się smakiem.

– Przeceniasz mnie, admirale – powiedział, patrząc w pucharek. – Lobryk i Saskoure zginęli, bo nagle uaktywniło się zaklęcie hipnotyzujące. Chyba nie całkiem tak, jak zaplanowano, ale to inna kwestia. Rycerz zlazł z konia i przeżył, co wyraźnie nie podoba się Venderkowi. Zauważyłem to. I zwróciłem uwagę na bardzo nieszablonowy skład tej ekspedycji. Też nietypowej. Parę rzeczy mnie zastanawia. Ale rozczaruję cię; nie wiem, o co się tu gra.

– Nie? To i dobrze. Mniej wiesz, dłużej żyjesz.

Debren odstawił pucharek, popatrzył admirałowi z powagą w oczy.

– Tak bywa w polityce. Ale na bezludnych wyspach, którymi smoki rządzą, bywa też inaczej. Tam, zdarza się, ignorancja może zabić.

– Wróćmy do twoich przeczuć. Domyślam się, że nie po to o nich mówisz, by straszyć. Coś chcesz zaproponować, prawda?

– Owszem. Wyprawę w głąb wyspy. Na to wzgórze z wieżą, konkretnie.

Admirał zakorkował karafkę i demonstracyjnie schował ją do kufra.

– Tak będzie lepiej – podsumował. – Upiłeś się, widzę.

– Popatrz na to jak dowódca. Wyobraź sobie, że to nie łowy, a wojna. Bo wbrew temu, co sugeruje tytuł twojej uczonej księgi, smok ma z gadami i płazami tyle wspólnego, co człowiek z małpą albo niedźwiedziem.

– Chcesz powiedzieć, że smok ma łeb na karku i nie tylko do noszenia zębów go używa? Zgoda, całkiem zmyślne z nich jaszczurki. Ale jednak zwierzęta.

– O niewiadomym rodowodzie. Niewątpliwie, przynajmniej ich część, magią zmutowana. I obdarzona, też tylko część, umiejętnością rzucania czarów.

– Bez urazy, Debren, ale takie bajki wyśmiewałem, jak tylko mleczne zęby zacząłem gubić. Do czarowania mowa potrzebna, palce zręczne, narzędzia i rozum przede wszystkim. Jako magik powinieneś to wiedzieć.

– Bez urazy, Vensuelli, ale wiem, co jest potrzebne do posługiwania się prostymi formułami. Zdziwiłbyś się, gdybym ci powiedział, ilu tak zwanych czarodziejów to analfabeci, dwa słowa znający, z których mniej sprośne to: „kurwa”; nieudacznicy z kamieniołomów wywaleni, bo młota obsłużyć nie umieli; gołodupcy, którzy różdżki nawet na obrazku nie widzieli, i przygłupy, co do trzech na palcach liczyć muszą. I wszyscy oni, daję ci słowo, czarują. Jest całe mnóstwo prostych zaklęć, które byle oferma opanuje.

– Tak – uśmiechnął się trochę gorzko Vensuelli. – Pod warunkiem, że ma taki drobiazg jak zdolności magiczne.

– To akurat nie zostało do końca zbadane. Zdaniem wielu ekspertów…

– Zostaw tę teorię, mistrzu, wróć na ziemię. Co właściwie próbujesz mi powiedzieć?

Debren patrzył czas jakiś w okno, na drakkar. Brzuch wraku przykryto siecią, a trzej uwiązani do niej marynarze postukiwali raźno siekierami, ale postępy były mizerne. Trwał odpływ i widać było, że wrak osiądzie na skałach, nim uda się zaczepić liny.

– Zwykłe smoki bronią swego terytorium. Jednego zjedzą, innego przepłoszą. Jak to zwierzęta. Częściej płoszą.