Выбрать главу

– I?

– Pierwszy raz słyszę, żeby smok pułapki zastawiał ludziom szansy ucieczki nie dawał.

– No więc to pewnie nie smok.

– Jak nie smok, to kto? A jak smok, to co to za smok? Bo na pewno nie taki, który w twoje sidła i wilcze doły wpadnie. Vensuelli, zwróciłeś uwagę, jak długo tu stoimy? A to mała wyspa. Jak myślisz, dlaczego Ziejacz nie atakuje teraz, za dnia, kiedy jest najsilniejszy?

– Szczerze? Bo zdechło mu się. Dawno temu, ze starości. A może z głodu. Jak słusznie zauważyłeś, to mała wyspa. Pustelników wykarmiłaby sporo, rybaków też, ale smoka mogła nie wykarmić. Coś o wieży mówiłeś…

– Zgadza się. Musi mieć ze czterysta lat, bo po Helwimie, nawet jeśli kto tu zawitał i przeżył, to na pewno nie tak długo na Czyraku siedział, by budowle kamienne stawiać. Czyli co najmniej cztery wieki. I stoi. Chętnie bym ją obejrzał z bliska.

– Wiesz, jak cię słucham, to wierzyć zaczynam, że do czarów faktycznie wielkiego rozumu nie trzeba. Starożytności zwiedzać ci się zachciało? Może na murach wydrapywać: „Tum był. Debren”? To do nas, do Bootalyi jedź, do Starego Cesarstwa kolebki. Na każdym akwedukcie czy amfiteatrze znajdziesz takowe napisy, o głębi przeżyć świadczące. Ruiny mamy bardziej zabytkowe, a przewodnicy, mimo wszystko, ze skóry całkiem cię nie obedrą. Smok zaś obedrze cię niechybnie.

– Przecież tu nie ma smoka – rzucił z goryczą Debren.

Vensuelli tarmosił krótką brodę, krzywił się, patrząc na drakkar, i walczył z myślami. W końcu zaprzestał.

– Nie puszczę cię samego do lasu. Smoka ta wyspa nie wykarmi, ale wilka… Przecież ty nawet miecza nie nosisz. Nie, Debren, nie komplikuj sprawy. Możesz się z nami przejść, pomóc drzewa ścinać. To wszystko, co możesz.

* * *

Zelgan miała rację. Wyspa była górzysta, pełna urwisk złowrogich, jarów i kotłów skalnych. Las ją porastał wiekowy, mroczny, splątany. Na ile podobny do lansowanej dwa lata wcześniej fryzury królowej Esmerii – Debren nie wiedział. Wiedział tylko, że wśród prostego ludu coś takiego nazwano by kołtunem.

Ekipa drwali, choć liczna, błyskawicznie rozpłynęła się w gąszczu. Po pierwsze dlatego, że wiatrołomy z potężnych drzew, przetykane dziurami i oplecione siecią zadziwiająco mocnych pnączy, były w ewidentny sposób niedostępne dla stworzenia większego od kozy. Po drugie, z braku odpowiednich drzew w strefie przybrzeżnej, gdzie albo coś urosło wielkie, albo zostało za młodu wyrwane z korzeniami przez sztormowe wiatry. I po trzecie – bo jak już znajdowało się prostą, nie za dużą sosnę, okazywało się, że wyrosła w miejscu, skąd nie da się jej wywlec.

– Póki ich słychać, nic złego się nie dzieje – uprzedził zastrzeżenia Debrena Vensuelli. – Zresztą knechci czuwają. Prawda, rotmistrzu?

– Bez obaw – Zbrhl oparł kuszę o korzeń dębu, przykucnął i zaczął zbierać jagody. – Żaden smok nie podejdzie do nas znienacka. A gdyby zaatakował, zawsze zdążymy bliżej brzegu odskoczyć. Do tamtych choinek aby.

– I co, wleziemy na te choinki, by odsieczy czekać? Po sześć stóp mają, mogą nie wystarczyć.

– Coście tacy zgryźliwi, mistrzu Debren? Do choinek katapulta ogniem mierzonym, płaskotorowo donosi, o tym myślałem. W róg dmuchnę, chłopaki bełt wystrzelą i po smoku. Te ruppy same się na gadzinę naprowadzają. Wystarczy z grubsza kierunek nadać. Ech, technika…

– W ten róg? Co to do niego jagody sypiecie?

– Bez obaw. Jakby co, zdążę i przełknąć, i zadąć. Ja, nie chwaląc się, kwartę na cztery łyki biorę. A jak dobre piwo, nasze morvackie albo wehrleńskie, to i na trzy.

Debren wzruszył ramionami i zawrócił w stronę brzegu. Szedł na przełaj, powoli. Nie dało się szybko. Pokrzywione wiatrami drzewa, kiedy już padły, tworzyły prawdziwe zasieki, które autora dzieła O skutecznym twierdz czynieniu wprawiłyby pewnie w lekkie kompleksy. Może to właśnie niedostępność puszczy odstraszyła panią Zelgan i jej różowo-białą gromadkę. A może niedostępność pewnego maguna, tępego jak kloc i nie potrafiącego zrozumieć mowy stóp pod stołem. W innych okolicznościach Debren gryzłby się tym problemem. Lelicja Zelgan nie należała do kobiet, które ignoruje się ot tak, po prostu. Z co najmniej kilku względów jej przyjaźń opłacała się bardziej od nieprzyjaźni.

Całkiem jak przyjaźń maguna.

Gdzieś to już kiedyś…

Nie chciał myśleć o Lendzie Branggo, przez dwa „g”. Nie chciał macać się po kaftanie i sprawdzać, czy spłaszczona bryłka srebra wciąż wisi na piersi. Ale oczywiście przegrał i z myślami, i z dłonią.

Ktoś taki jak pani Zelgan mógłby się, być może, okazać skutecznym lekiem na tę chorobę. Skuteczniejszym niż czas wspomagany zdrowym rozsądkiem.

Z nieco gorzką ulgą pomyślał, że tu i teraz może liczyć na jeszcze inne, bezdyskusyjnie skuteczne lekarstwo. Wielkie, porośnięte łuską i ziejące ogniem.

Nie podobała mu się ta wyspa. Coś złego wisiało w powietrzu. Chociaż akurat powietrze pojaśniało, zmiękło od złotego blasku zachodzącego słońca. Kiedy ostatni raz widział Lendę, też zachodziło słońce.

Przeciął plażę, przeskakując nad gromadką żółtawych skorup, porzuconych zapewne przez jakieś ślimaki olbrzymy. Daleko z prawej mignęła mu ludzka sylwetka, ale gdy spojrzał, były tam tylko powykręcane konary uschniętego drzewa i kępa listowia. Debren, trochę zdziwiony, przyglądał się im przez chwilę, ale niczego więcej nie wypatrzył.

No, nic. Ktokolwiek to był, poruszał się na dwóch nogach i w niczym nie przypominał smoka. Pewnie jakiś majtek obibok, przedkładający spacer nad machanie siekierą.

Skręcił w lewo i zobaczył ślad. Coś wylazło z morza i popełzło w głąb lądu. Względnie na odwrót. Płytkie, na pół zasypane wgłębienie ciągnęło się mniej więcej ku ślimaczemu cmentarzysku. Między kamieniami czerniły się resztki zdechłego kraba. Debren uznał go za ofiarę zbyt obfitej uczty i zrezygnował z bliższych oględzin wyżłobienia. Nawet jeśli nie krabom i ślimakom zawdzięczało swoje istnienie, nie mogło mieć nic wspólnego z Ziejaczem. Smoki z gromady pirozaurów nie przepadały za wodą.

Trochę ryzykowną ścieżką wzdłuż skał, omijając wąwóz, wrócił na okręt. Pokład świecił pustką; wszyscy, którzy nie poszli po drewno, kopali w wąwozie wilcze doły i otwory pod pale. Ktoś siedział w bocianim gnieździe, machając brudnymi piętami i pogwizdując. Na galerze, która uciekła przed odpływem daleko w morze, widać było tylko jednego czuwającego przy katapulcie żołnierza.

Przy drzwiach do lewej części nadbudówki rufowej stały trzy składane stołki. Dwa były zajęte, choć tylko do chwili, gdy magun zeskoczył z trapu. Kiedy tylko został zauważony, Niebrzym i Neruela poderwali się na nogi. Miny mieli takie, że Debren obejrzał się mimo woli, sprawdził, czy nie lezie za nim Ziejacz na owiniętych szmatami łapach. Oczywiście nie lazł.

– Co, pióra czyścicie? – zagadnął. – A mistrzyni wasza gdzie?

– Ona… jej tu nie ma – dziewczyna zarumieniła się, opuściła oczy.

– To widzę. A gdzie jest?

– My nie wiemy – bąknął chłopak i jako z natury odważniejszy, oczu nie opuścił, tylko zezować zaczął to na brzeg, to na zatoczkę.

– Drzwi zza waszych pleców za to nie widzę – powiedział powoli Debren. – Chybaście się rękawami skleili. Chyba trudno byłoby między wami przejść i zerknąć, czy pani Zelgan w kajucie nie ma. Chyba nie powinno się tego czynić. Mam rację?

Odsunęli się od siebie. Na dwa palce, góra marimalski cal. I na dwa cale od drzwi.

– Chyba tak – szepnęła Neruela.

– Zgaduję, że niewłaściwe byłoby także szukanie Culia.

Teraz już także Niebrzym gapił się na czubki swoich ciżem. Debren starał się nie zastanawiać, czy to, co czuje, bliższe jest uldze czy rozczarowaniu. Starał się także nie dopuszczać do świadomości docierających zza ścian odgłosów. Z tym było już gorzej. Mimo kilku warstw drewna, solidnej, typowo wojskowej konstrukcji okrętu. Podostrzony magią słuch robił swoje. A Lelicja Zelgan bynajmniej nie ułatwiała sprawy.