– Umówmy się: wy nie widzieliście, że tu byłem, a ja nie widziałem, jak bohatersko drzwi bronicie.
Pokiwali skwapliwie głowami. Odetchnęli. Chłopak, jako z natury odważniejszy, odważył się nawet zadać pytanie.
– A… wy, wielmożny panie, też do siebie idziecie? Jak nasza pani?
– Też. Ale nie po to samo, co wasza pani. I nie idę. Bo mnie tu nie ma.
Zszedł na dół, na najniższy pokład, już pod linię wodną. Było ciemno, spod nóg pierzchały myszy. Wyczarował małe zimne światełko i zaczął sprawdzać kolejne drzwi. Było ich sześcioro, bardzo dużo jak na okręt wojenny, nawet nowoczesny. Solidna konstrukcja wskazywała na uniwersalny charakter pomieszczeń, do których broniły dostępu. Można było ulokować tu pasażerów trzeciej klasy, co w czasach zastoju pomagało armatorowi przetrwać, można było, już w dobrych czasach, zamykać tu jeńców dla okupu wziętych albo łupy mniej cenne. Albo mocne trunki – te niezależnie od koniunktury, bo wilka morskiego suszy zawsze. Zamki były oczywiście odpowiednio mocne i skomplikowane, lecz tylko jeden zabezpieczono zaklęciem. Debren nabiedził się nad jego dezaktywacją jakieś trzy pacierze.
W środku był najwyżej łaszt przestrzeni. I przeraźliwy smród. Wiadro, do połowy wypełnione fekaliami i wymiocinami, wielka miska z resztkami kaszy i skwarków, leżący obok szczur ze złamanym karkiem i krótka koja z siennikiem.
– Zabij mnie lepiej – powiedziała cicho skulona w kącie posiania dziewczyna. Miała związane nadgarstki, nocną koszulę i ślady szczurzych zębów na gołych nogach. Ciemne, opuchnięte, pełne znużenia oczy i włosy jak królowa Esmeria dwa lata wcześniej. Włosy też były ciemne.
– Lepiej cię stąd zabiorę.
Wyjął nóż. Wcisnęła się głębiej w kąt, ale chyba traktowała serio swą prośbę, bo poza tą odruchową reakcją nie natknął się na żaden opór. Ujął jej dłonie. Były zimne, o wiele za zimne. Szybko, zaniedbując ostrożności, przeciął sznury, tak jakby miało to sens i dało się w ten sposób naprawić zło wyrządzone przez głupca, który zaciskał pętle. Przez jakiś czas trzymał w dłoniach na pól martwe lodowate palce. Potem zauważył zwężenie źrenic dziewczyny. Uśmiechnął się.
– Zaczyna boleć – powiedział. – To dobrze.
– Szatański wypierdek. – Zaczęła obracać ustami, ale wyraźnie brakowało w nich śliny, więc go nie opluła. – Dosięgnie cię jeszcze boska sprawiedliwość, czarodzieju plugawy.
– Skąd… A tak, światło. Jestem Debren z Dumayki. Profesję odgadłaś. Sadystą nie jestem. W twoim bólu cieszy mnie tylko to, że możesz go jeszcze odczuwać. To znaczy, że dłonie nie są stracone. Jeśli pozwolisz, znieczulę ci je teraz częściowo łagodnym zaklęciem.
– W zamian za co? – wychrypiała. Kasza stała tu od dawna i kiedyś była krupnikiem. Żadnego dzbanka nigdzie nie było. Dziewczyna była odwodniona. – Mam nogi rozłożyć? Już wam moja cnota niepotrzebna?
– Nie ma żadnych „nas”, jestem tylko ja. Kto cię tu zamknął? I dlaczego?
– Nie wierzę ci. – Zawahała się. – Opp Gremk. Ta czarna świnia. Nie udawaj, że go nie znasz. Aaach…
– Boli, co? To jeszcze nic, poczekaj co będzie dalej. Więc jak, wyrażasz zgodę na zabieg?
Chwilę zmagała się ze sobą, w końcu skinęła niechętnie.
– Imć Venderka znam, ale dopiero od niedawna. Przyjaźni nie zawarliśmy i nie zanosi się na nią. Mord sobie też nie obiliśmy, z drugiej strony. Co, zdaje się, może ulec zmianie. – Zamknął oczy, zaczął szeptać formułę, delikatnie masując dłonie dziewczyny. – No i po strachu. Jakiś czas trochę poboli i władzy w nich mieć nie będziesz, ale powinno być dobrze. Wstaniesz sama? Pięknie. Chodź pomogę ci. Nóg pewnie nie chcesz pokazywać? Nie szkodzi. Szczur, jak widzę, rozkłada się już, więc jeśli do tej pory nie wdała się gangrena, nic ci nie będzie. Ostrożnie, kruszyno… Czekaj, obejmę cię. Bez obaw, to nie wstęp do rozkładania czegokolwiek. Mogę o coś zapytać?
– Jestem Ronsoise. O kurr… Wybaczcie. Stopień. Słucham.
– Jakiego jesteś stanu, Ronsoise? Chodzi mi… Widzisz, muszę podtrzymywać ciebie, to światełko i na dodatek jeszcze własne nerwy na wodzy. Gdybym wiedział, że przynajmniej na język i słowa nie całkiem cenzuralne uważać nie muszę, byłoby mi lżej.
– Panna, stanu wolnego.
– Eee… No tak. Ale mnie chodziło o to, czy z chłopów jesteś? Uszu twoich grubym epitetem nie urażę?
– Eee… Nie, panie Debren, możecie bluzgać śmiało. Zwyczajnam. Tatko z matulą jak się w zamku kłócili, to aż się świece z zakłopotania topiły. O żarcie tak sobie do oczu skakali, o kulinarną sztukę.
– Aha. Tatko jako kucharz na zamku jakiegoś barona pracował?
– Nie. Jako baron.
Byli już przy drzwiach na pokład. Debren przyłożył palec do ust, wyjrzał ostrożnie. Przy lewej burcie stały trzy stołki, ale pisarczykowie zniknęli. Dobrze. Puścił talię baronówny, ujął ją za rękę. Stała już pewnie na nogach, świeże powietrze czyniło cuda. No cóż, dziewicza wyspa. Żadnych kuźni, farbiarni, miejskich rynsztoków… Spokój, cisza i sielanka.
I stukot kopyt. Niedaleko. Za zakrętem wąwozu, ale niedaleko.
– Cicho, szybko i żadnych pytań – syknął. Pobiegli Przez trap, potem półeczką wzdłuż urwiska, przez krzaki i na plażę. Dziewczyna o nic nie pytała. Nawet o trupy Lobryka i Saskoure’a, wciąż zaklinowane między burtą a brzegiem, trupy, po których łaziły już pierwsze kraby.
Dopiero gdy przeszli do marszu, zauważył, jaka jest blada. Nie wyrwała mu ręki, lecz zabrała ją szybko, gdy zwolnił uścisk i dał jej wybór.
– Czego od ciebie chciał opp Gremk? – Nie odpowiedziała. – Mówiłaś coś o swojej… no, o wianku. Czy to…?
– Dlaczego wymykamy się ukradkiem, magiku? Dokąd mnie prowadzisz? – Starała się panować nad głosem. – Kto zabił tych ludzi? Smok?
Zatrzymał się, złapał ją za łokieć.
– Co wiesz o smoku, Ronsoise?
– Tyle, ile muszę – skrzywiła drżące usta. – Że połknie mój wianek. A potem mnie. Puść. Nie ucieknę ci. Wiem, że stąd nie ma ucieczki.
Chyba mówiła szczerze, bo kiedy odwrócił się i powlókł w poprzek plaży, prawie od razu podreptała za nim.
Było cicho. Słyszał tylko stukot pojedynczej siekiery. Potem przestał słyszeć szelest lekkich kroków za sobą. I dobrze. Chyba najlepiej, jak mogło być. „Mniej wiesz, dłużej żyjesz”. Święte słowa, Vensuelli. Ty bydlaku. Teraz trzeba po prostu pójść dalej, jak gdyby nigdy nic. Zapomnieć. Może nawet uwierzyć, że stał się cud. Że po paru dniach przy Małym Czyraku rzucił kotwicę inny statek, zszedł z niego książę z bajki i znalazł na brzegu całą i zdrową dziewczynę. Z wiankiem. Może nawet czystą i nie śmierdzącą. Że nie pozbawił jej tego wianka i nie oddał potem załodze na uciechę, tylko zabrał na kontynent, poślubił i żył z nią długo i szczęśliwie. Niby dlaczego nie? Taka wiara jest lepsza od gorzałki. Tańsza, praktyczna. Można by spróbować autohipnozy, to ponoć pomaga.
Nie spróbował. Zatrzymał się i odwrócił.
Ronsoise stała pośrodku piaszczystej łachy, wpatrzona w plątaninę wyrzuconych przez morze wodorostów i żółtych skorup. Nieduża, smagła, jeszcze pryszczata. Nie miała w sobie nic z Lendy Branggo. Jej postury, żołnierskiej tuniki, rożna w garści. Ale była boso, w nocnej koszuli. I miała w oczach smutek.