Выбрать главу

– No chodź – powiedział z rezygnacją. – Smok nie smok, kij mu w bok. Jakoś sobie poradzimy. A po te ślimaki, jeśli co w muszlach zostało, wrócimy kiedy indziej.

Cofnęła się o pół kroku. Nie patrzyła na Debrena.

– Ślimaki?

Coś ścisnęło mu żołądek. Podszedł wolno, odgarnął wodorosty, kopnął jakiegoś nie dość szybkiego kraba. Krab odtoczył się. Miał w szczypcach strzępy brązowozielonego, mocno zgniłego mięsa ze strzępem włosów. Długich. A czaszka, jedyna, którą dało się rozpoznać bez grzebania w piachu, była niewielka. Kobieta. Ktoś lub coś zgruchotało jej potylicę. Sporego kawałka brakowało.

– Nie chcę tak – szepnęła Ronsoise. – Wujku…

Jest jeszcze mniejsza od tej tutaj, pomyślał. Smarkula. Ile lat toto może mieć? Tuzin? Biodra już ma, ale piersi… Jasny gwint. Cholera. Dżuma i syfilis.

– Będzie dobrze, kruszyno. Obiecuję.

– Wujku Debren… Lepiej pchnij mnie od razu. Zrób to, co z rękami. Ja… ja się tylko bólu trochę boję, a umierania to… to prawie…

– Głupstwa pleciesz. – Złapał ją za rękę, pociągnął ku zaroślom. – Nie chcę nawet słuchać takiego gadania. Ronsoise, za smarkata jeszcze jesteś, żeby się na tamten świat wybierać. I jesteś baronówna. Rycerska córa. Dziewczyna na schwał. Na polowania pewnie z ojcem chadzałaś, co?

– Ja?

– No nic, pies trącał polowania. – Przelazł na czworakach pod zwalonym cisem, przeciągnął dziewczynę. – Ale haftować pewnie umiesz? No widzisz. Więc nóż tak się z grubsza jak szydełko w kłębek wbija. Weź go. No nie becz, cholera. To tylko tak, na wszelki wypadek. Nie będziemy tu bójek urządzać, to las, a my zwady nie szukamy. Jakby co, schowamy się. W chowanego umiesz się bawić, prawda? Niedawne czasy… Czekaj, nie tędy, nie górą. Lepiej, by nas nie widziano.

Coś zaszeleściło z boku. Przywarli do mchu, do grubego dywanu gnijącego listowia. Leżeli, starając się stłumić oddech. Dziewczyna ostrożnie wycierała oczy rękawem koszuli, próbowała rozmasować dłonie. Debren klął się w duchu, ale nie miał odwagi odbierać jej noża. Bo wtedy, czuł to wyraźnie, musiałby nieść oboje. Ten kawałek stali z kościaną rączką, który ledwie mogła utrzymać w na pół bezwładnych palcach, był wszystkim, co miała. Z nim była kobietą. Przerażoną, zagubioną, ale próbującą coś zrobić ze swoim życiem. Odbierając nóż, zepchnąłby ją z powrotem do roli dziecka.

Szelest nie powtórzył się. Wstali i pobiegli dalej, Skokami, od drzewa do wykrotu, od wykrotu do skałki. Cały czas pod górę, ku wnętrzu wyspy. Było cicho, nikt już nie rąbał drzew. Debrena niepokoiła ta cisza. W każdej chwili oczekiwał zgiełku, szeroko rozlanej, dobrze dowodzonej obławy. Nie miał racji, las pozostawał cichy, nawet ptaki umilkły. Ale niepokoił się słusznie.

Za zagonem pokrzyw, przez które Ronsoise przeszła, jak na rycerską córkę przystało, cała w bąblach, lecz bez słowa skargi, leżała ścięta sosna. Trochę dalej, na wznak, jeden z zaciężnych Zbrhla. Bez połowy jelit, rozwleczonych po zaroślach, i połowy twarzy. Wbito mu ją w czaszkę z siłą, od której uszami wypłynęło coś więcej niż krew. Smród nie ściągnął jeszcze much.

– Machrusiku słodki…

– Cicho, Ronsoise. Nie patrz. – Sam musiał. Nie dało się po omacku ściągnąć z trupa sakwy z bełtami, nie brudząc rąk w rozchlapanych kiszkach. – Tam leży kusza. Weź ją.

Sam powinien był to zrobić, bo kusza była napięta, a dziewczyna miała ręce jak z drewna. Ale idąc po broń, oddalała się od drugich zwłok, które chyba przegapiła. Marynarz, ciśnięty w krzaki, nie miał głowy. Kubrak, rozpruty wzdłuż kręgosłupa aż po pas, odsłaniał ciało i lśniące świeżą czerwienią kręgi. Dłoń bezgłowego zaciśnięta była na stylisku siekiery. Czyste ostrze sugerowało, że żeglarz nie sprzedał życia zbyt drogo.

– To smok, prawda? Debren?

– Ludzie nie zabijają w taki sposób. Chodź. I nie bój się. Smok to magiczne zwierzę, a ja magię potrafię wyczuć z daleka.

Kłamał. Nie chciał, by bała się bardziej, niż znieść może psychika dwunastolatki. Odebrał jej kuszę i bez słowa komentarza przywiązał nóż do przegubu kawałkiem sznurka. Potem, ciszej i ostrożniej, poszli dalej.

Na wydeptanej przez kozy albo sarny ścieżce znaleźli następne zwłoki. Te miały i głowę, i nietknięty brzuch, ale coś wdusiło twarz marynarza w miękką próchnicza ziemię i kiedy krztusił się nią i własnym wyciem, wyszarpało lewą rękę oraz nogę od uda w dół. Tu muchy już dotarły. Debren rozejrzał się za bronią, lecz zamiast niej zauważył ślady. Głębokie ślady kogoś, kto sadzi wielkimi susami. Oraz krople krwi. Drobne, ale rozsiane po wielu okolicznych paprociach.

Na ścieżce, nieco wyżej, pozostał także duży, trochę podobny do ptasiego odcisk. Niewyraźny, choć głęboki. Debren przyklęknął i długo mu się przyglądał.

– Mu… musi być wielgachny – zdobyła się na rzeczowość Ronsoise.

– Ciii.

Umilkła, ukucnęła błyskawicznie.

Dostrzegł go później. Nie tyle jego, nie ruch nawet – brak paru świetlnych czerwonych plamek, które przedtem były. To mogło być wszystko. Wiatr, który potrząsnął krzewami, zmieniając układ korytarzyków między listowiem, zamykając drogę paru promieniom chowającego się w ocean słońca. Jakaś chmura. Smok raczej nie. Smoki, nawet te leśne, nie chodzą bezszelestnie.

Nie wiedział, dlaczego upadł na lewy bok. Żaden podręcznik traktujący o polowaniach na smoki tego nie zalecał. Regulaminy rot strzeleckich też nie. Teraz zdążył dowiedzieć się, dlaczego.

Spust kuszy, długa żelazna dźwignia pod łożem, chodził lekko. Tak powinno być, bo kusznik miał walczyć z wrogiem, a nie z własną bronią.

Poczuł szarpnięcie. Lekkie, bo ostatecznie broń była niewojskowa, nie korbą napinana, a zwyczajnie, ręką z przydeptu. Dokąd pomknął bełt, nie zdążył zauważyć. Może w niebo, może w ziemię. Nie miało to już znaczenia.

Bo las plunął ogniem. Kulą żaru, która pomknęła prosto między rozszerzone strachem oczy Debrena, ciągnąc za sobą płomienny ogon. Nie zdążył nawet krzyknąć, nie mówiąc o poszukaniu jakiegoś stosownego zaklęcia.

Coś przeraźliwie gorącego uderzyło go w głowę. I świat się skończył.

* * *

Był rybą. Czuł się jak ryba w wodzie. Nie bał się smoków, ludzi, a przede wszystkim ognia. Czymże jest ogień dla ryby? Był rybą; wolną, swobodną, szczęśliwą w swym cudownie chłodnym żywiole. Któryż to głupiec nazwał wodę zimną? Kto określił mianem zimnej jego rybią krew? Nie były zimne, tak jak nie były też gorące. Były idealne. Takie, jakie być powinny. Był rybą i…

…topił się. Kaszel. Charkot z tchawicy. Smak błota w ustach, łzy w oczach. Usiadł szybciej, niż oprzytomniał.

– Wujku? – Jakiś smarkaty głos, mocno smarkaty, aż w nosie bulgotało. Nawet przez własne, wywołane krztuszeniem się łzy widział, że płakała wcześniej i dalej płacze. Klęczała obok z wielkim liściem łopianu w drżącej dłoni. Z liścia kapały brązowawe krople tego samego paskudztwa, które wypluwał właśnie z płuc.

Dość. Kręciło mu się w głowie, cała prawa strona tułowia była nienaturalnie sztywna, serce waliło jakimś dziwacznym, nieregularnym rytmem. Dość prostych metod i zdawania się na mądrość organizmu. Formuła Worpa, stare dobre zaklęcie stosowane przy ratowaniu topielców, błyskawicznie oczyszczające płuca. Już.

Beknął. Tak, że dziewczyna odskoczyła, klapnęła pośladkami między paprocie. Przeraźliwy odgłos. Ale od razu poczuł się lepiej. Chociaż, z drugiej strony, teraz, gdy przestał się dusić, ze zdumieniem zdał sobie sprawę, jak bardzo osłabł. Zwykłe nieskomplikowane zaklęcie zakręciło mu w głowie, zlało zimnym potem.

– Tfu, zgiń, przepadnij, siło nieczysta… Rodzicielko słodka, coś Wybawiciela nam powiła… – Modlitwa urwała się, Ronsoise musiała pociągnąć czerwonym od płaczu nosem. – To ty, wujku Debren? N-nnie ruszaj się. Ty?