Выбрать главу

– Odłóż tę kuszę – wycharczał. – Co ci jest, Ronsoise? Zgłupiałaś? Dlaczego we mnie mierzysz?

Nie odpowiedziała. Nie musiała. Lewy, krzywo obcięty,:rękaw kaftana owinięty był wokół prawego ramienia Debrena, ale też krzywo i nieporadnie, a z prawego rękawa pozostał tylko okopcony mankiet. Zastanawiał się prawie pacierz. Długo. Ale też przypadek był niecodzienny.

Nie zastrzeliła go. Chociaż trzęsło się w niej wszystko łącznie z prawą dłonią ściskającą łoże blisko spustu. Bała się. Bardzo się bała, ale ani razu nie ułożyła dłoni tak, jak należy. Może krążenie nie wróciło w pełni, może nie potrafiła posługiwać się kuszą. Napięła ją jednak i załadowała. I błagała los, by pozwolił jej na tym poprzestać.

– Paliłem się? – Debren ostrożnie pomacał prawy bok, potem pachę. Ręki nie dotknął. Nawet jego brzydziła mieszanina spalonego mięsa, krwi i łusek. Z miażdżącą przewagą łusek. – No tak. Chyba wiem, co sobie myślisz. Wujek Debren to nie żaden dobry wujaszek, tylko potwór. Jak mu tylko bok stanął w płomieniu, to zrzucił maskę i ukazał prawdziwe oblicze. A konkretnie: pokrycie. Okazał się jakimś cholernym dorszem. Chociaż nie, to nie jest podobne do łuski dorsza. Psiakrew. Nie wiem, do czego to jest podobne. Rybę po smaku głównie poznaję.

Dziewczyna milczała, cichutko pociągając przepełnionym nosem. Nie odkładała kuszy, ale i nie celowała w Debrena. Bełt, gdyby go wystrzelić, przemknąłby gdzieś tuż obok biodra maguna. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że tak było od początku.

– Kruszyno, wiesz, co to podświadomość?

– Jesteś potworem? – zapytała cicho. – Znaczy się… złym? Bo są… Niektóre nie są całkiem złe i… Ponoć niektóre są szlachetne i wtedy…

– Nie krzywdzą dzieci – dokończył łagodnie. – Nie, Ronsoise. Nie jestem potworem, ani z tych złych, ani z tych dobrych, które faktycznie też się trafiają. Po prostu znam wiele zaklęć. Byłem nieprzytomny – dotknął guza na czole. – Paliłem się, to bolało, więc ta część mojego umysłu, która nazywa się podświadomością… Wiesz, to to coś, dzięki czemu śnimy… no więc ona coś zrobiła. Nie wiem, co.

– Rzuciła czar? – zapytała. W jej brązowych oczach oprócz łez zalśniła także nadzieja.

– Właśnie. Ryby nie muszą lękać się ognia. Ich system nerwowy… Nie, cholera, nie wiem – popatrzył z pretensją na łuskowate ramię. – Ale ten durny czar jakimś cudem działa. Prawie mnie nie boli. A sądząc po twoim opatrunku, powinno boleć jak diabli. – Milczeli przez chwilę, to patrząc sobie w twarz, to uciekając oczami w bok. – Jak to zakładałaś… Wtedy jeszcze nie…?

– No, trochę. To tak… nie od razu. Zaczęły ci jakby włoski z mięsa wyrastać. Nie wiedziałam, że to łuska.

– Ale potem już wiedziałaś. – Uśmiechnął się blado. – Dzięki, Ronsoise. Ja na twoim miejscu wyrzygałbym wszystko, a potem uciekł z krzykiem.

– Wyrzygałam. – Odłożyła kuszę. – Wcześniej. Jak czekałam, aż smok przyjdzie i nas… Wujku Debren czy on… czy smoki też bywają dobre? Też czasem litują się, jak ktoś… no, jest dziewczyną i jeszcze nie ma za dużo lat?

Nie odpowiedział od razu. W zadumie wodził palcami po guzie na głowie. Guz pokryty był krwią. I łuską.

– Widocznie, kruszyno. Widocznie tak. Bo przecież nas nie zjadł, choć mógł. Ale na drugi raz masz uciekać, rozumiesz? Jak coś mi się stanie, masz mnie zostawić i uciekać tak szybko, jak nogi poniosą, ty zasmarkana bohaterko. No, dość tego dobrego. Pora w drogę.

– Dokąd, Debren?

– W górę, Ronsoise. Cały czas w górę. Nie wiem, co się dzieje na tej cholernej wyspie, ale mam zamiar się dowiedzieć.

* * *

Trup był zwęglony, nie do rozpoznania. Wciąż kopciło się z niego i tylko dlatego znaleźli go na dnie wąskiego jaru. Musiał zbiec ze ścieżki i tu doścignął go jęzor ognia. Nie miał chyba nic wspólnego z tropem, którym Debren podążał. Tamten człowiek – o ile to był człowiek – szedł, a czasami pełzał, ze wschodu na zachód. Ścieżka – o ile to była ścieżka – wiodła pod górę, na północ.

Wrócili na nią znad jaru. Nie było to mądre, ale tu, w głębi lasu, zaczął się już wieczór. A Ronsoise, córka barona z własnym zamkiem, coraz częściej gryzła wargi, trafiając bosą stopą na szyszkę czy kamień. Sam Debren też nie czuł się najlepiej, choć rybi czar trzymał zaskakująco dobrze i nic go w zasadzie nie bolało. W takim stanie, z zesztywniałą ręką i mocno uszczuplonym zapasem sił magicznych, nie miał szans dowlec się do wieży, idąc na przełaj. Nie przed zmrokiem, a po zmroku tym bardziej.

Szli więc wzdłuż wijącego się szlaku, który wprawdzie nie przypominał żadnego z ludzkich szlaków, wyżłobionych stopami, kopytami i kołami wozów, ale jako wyjątkowo długi pas wolnej od przeszkód ziemi nieodparcie kojarzył się z drogą.

Była to, nawet jak na górzystą wysepkę, droga wyjątkowo kręta. Debren, choć uważał, dostrzegł ludzi dopiero z odległości dwudziestu kroków. Zatrzymał się, rozejrzał, przeskanował ciche zarośla, napierające z obu stron na wąziutką ścieżkę. Dopiero potem przeszedł połowę z owych dwudziestu kroków.

– Ciemno się robi – powiedział cicho. – Na pozór przedni to pomysł uwiesić się nogami w górę jakiejś gałęzi i udawać nietoperza. Ale zapominacie, waćpanowie, że po zmroku nietoperz na łowy się udaje. Te, co bąki zbijają, nad ścieżką wisząc, nieuchronnie podejrzliwość przechodnia budzą.

– Przestań pieprzyć – wycharczał Zbrhl. Ciasno opleciony sprężystą siatką i zawieszony głową w dół dziesięć stóp nad ziemią, miał prawo i do charczenia, i do okazywania złości. – Ściągnij nas lepiej.

Debren przeniósł spojrzenie nieco wyżej, na koniec wygiętej w łuk gałęzi, dźwigającej linę z siecią na rotmistrzów wojsk zaciężnych. Zbrhl z toporem, rogiem i brzuchem pełnym piwa ważył niemało, ale nie dlatego gałąź poskrzypywała na granicy złamania. Wybrano ją na sprężynujący element pułapki nie uwzględniając najwyraźniej, że admirał Floty Wschodniego Oceanu Jego Cesarskiej Mości może wdrapać się na cis, przepełznąć po konarze do miejsca, gdzie linę zawiązano, i zastygnąć tu w bezruchu z dłońmi na węźle i tyłkiem dużo wyżej od głowy.

Vensuelli nie był dużo mniej purpurowy od rotmistrza. Głowę też miał nisko, a ułożył się na gałęzi wyjątkowo niewygodnie. Dostrzegał jednak więcej.

– Tak myślałem – warknął. – Przyszedłeś oczy nasycić, zdradziecki bydlaku?

– Vens, o czym ty…? – Unieruchomiony Zbrhl tylko kątem oka, zezując z całych sił, mógł widzieć postać maguna. – To Debren!

– To smok – splunął anemicznie Vensuelli. – Smoczy bękart dokładniej. Zrodzony z gadziego nasienia i jakiejś nieszczęsnej dziewki skurwysyn, tatusiową łuską porośnięty. Dżuma i trąd, gdzie ja oczy miałem?

– Tam, gdzie teraz – stwierdził chłodno Debren. – W pustym łbie, dodatkowo chciwością przeżartym.

– Co za łuska? – zaniepokoił się Zbrhl. – Debren, ty masz łuskę? Kpicie sobie ze mnie, prawda? A może karacenę założyłeś? I ten dureń po ciemku nie poznał? Co?

– To rybia łuska, nie smocza! – krzyknęła Ronsoise.

– Kto tam z tobą jest? Zelganowa pisareczka? Czyś ty zgłupiał, czarokrążco? Po smoczej wyspie samowtór z nią łazisz? Żeby czyny twoje bohaterskie na żywo opisywała?

– Zamknij się, Zbrhl – stęknął Vensuelli. Zawieszony na brzuchu miał chyba problemy z oddychaniem. – To jakaś obesrana dzikuska, prawie goła. Pani Zelgan ma lepszy gust.