– Sameś obesrany – odcięła się Ronsoise. – Chodź, Wujku. Zostawmy ich, tych… tych… wstręczycieli.
– Kogo? – nie zrozumiał admirał.
– Bezbożników smokom dziewki sprzedających, zbóju jeden! Wstręczycieli i… tych tam, alfredów! Cnotą cudzą kupczących! Tfu! Daj mi tę kuszę, wujku. W zadek mu jakim kołkiem strzelę, w samiuśki środek. Zobaczy, jak to jest, kiedy smok dziewczynie… Alfred zboczony!
– Alfons – poprawił Vensuelli. – I stręczyciel. Debren, o czym ta niedouczona dziewka gada? I kto to w ogóle Jest?
– Nie wiesz? Ciekawe. Twoim okrętem tu przypłynęła. w zastępstwie kapłana do nawracania dzikich.
Vensuelli milczał dość długo.
– Ach tak… – mruknął w końcu.
– Ach tak – powtórzył szyderczo Debren. – W norze wielkości trumny, bez wody, we własnych odchodach. Dziecko. Ach tak, skurwysynu. Płakała, szczury ją żarły. Ręce tak sznurem ściśnięte, że nie wiem, czy kiedykolwiek łyżkę do ust podniesie, połowy nie rozlewając. Ach tak, Vens. Przepraszam, Vensuelli. Vens dla przyjaciół jesteś. Poszukaj jakiegoś kołka, Ronsoise. Ale grubego. I żeby sęki miał.
– Vens, o czym on… – szarpnął się w sieci Zbrhl. – Łajno i kał! Przywiozłeś tu tę smarkulę?
Vensuelli milczał. Światła było w lesie tyle co kot napłakał, ale Debren widział, że jego twarz jest ciemniejsza niż przedtem. Ronsoise usiadła, zaczęła rozcierać podrapaną stopę. Kołka nie szukała.
– Przykleiłeś się, co? – powiedział ciszej Debren. – Nożem trzeba było, a i to z posrebrzaną rękojeścią albo przez grubą szmatę, dobrze zmoczoną. Kiedyś takie sieci zwykli kłusownicy robili, proste toto było, bez odrobiny czarów. Ale teraz, jak już kto się w to bawi, to lepszy sprzęt kupi. Za cholerę żadnego węzła nie rozpłaczesz, jak nie pachniesz tym, co pułapkę stawiał. A żeby się ofiara nożem nie uwolniła, to się całość w bezwonnym wywarze moczy, też na magii opartym. Ci, co z zewnątrz pomagają, też się przyklejają, ale tak jak ty to mógł tylko ostatni kretyn. No, powiedz coś wreszcie.
Vensuelli milczał.
– Ten dureń wyrzucił nóż – zabulgotał Zbrhl. – Coś w krzakach szeleściło, to rzucił. A potem, zamiast szukać, chciał węzeł rozsupłać.
– Mieliście kuszę – przypomniał im Debren, drapiąc się ostrożnie po łuskach. Znieczulona rana nie tylko nie bolała, ale goiła się w oczach. Za to zaczęła swędzieć.
– Ta papuga Gremk zabrał. Na straży miał parszywiec stać, jak Vens na drzewo wlezie. No i jak to w krzakach zaczęło hałasować, to zwiał razem z kuszą i bełtami. Pewnie go twój szanowny tatuś zeżarł. No i dobrze.
– Słuchaj, Zbrhl, nie będę dwa razy powtarzał: Mój ojciec nie jest smokiem.
– Nie złość się, Debren. Ja, bracie, nic do smoków nie mam. A do półsmoków jeszcze mniej. Co się zaś twojej genealogii tyczy, to wiesz, jak to jest. Nie upilnujesz baby, a matka też kiedyś babą była, nawet jak teraz święta.
– Zostaw obu – poradziła Ronsoise. – Smok przyjdzie, pazurem z siatki wydłubie, głód zaspokoi. Nas może szukać nie będzie, a dobry uczynek spełni. To źli ludzie.
– To ile tych smoków w końcu jest? – wystękał rotmistrz. – Jeden był w umowie. Wielki i uczciwie, pyskiem w twarz walczący. A tu w krzakach jakiś smok kurdupel szeleści, smok czarodziej kołki w zadek chce wstrzeliwać i od alfredów wyzywa… Dość będzie, admirale. Wymawiam służbę z powodu oszukańczo sformułowanego kontraktu. Słyszysz, Vens?
Vensuelli milczał.
– Czyli bez pracy jesteś – powiedział powoli Debren. – Przyjmiesz nowe zlecenie?
– Ha. – Zbrhl też pomyślał chwilę. – Za ile?
– Za wyjęcie cię z tej łapki na dziki. Za życie, inaczej mówiąc.
– Mówię o srebrze. O miedziakach choćby. Ja, mistrzu, kondotier jestem. Nie mogę darmo służyć, bo mnie z cechu wypieprzą. I do piekła pójdę, bom przysięgał na koło popiątne, że praw cechowych nie złamię.
– Zbrhl, ja nie żartuję.
– Ja też nie. Chociaż denara dać musisz. Niech i oberżnięty będzie. Złamany. Ale pieniądz. Debren, najemnik z cechu usunięty to zwykły zbój. A ja mam rodzinę na utrzymaniu, o dobrym imieniu nie mówiąc.
– No to mamy kłopot – mruknął magun. – Chyba że…
– No? Gadaj, łajno i kał… O moje życie chodzi!
– Panie Vensuelli – zaczął oficjalnie Debren. – Pamiętasz nasz zakład? Założyliśmy się o pięć talarów. Widzę, że masz przy sobie sakiewkę. Pięciu talarów pewnie nie nosisz przy pasie, ale słyszałeś: rotmistrzowi byle miedziak wystarczy. Chcę ci coś zaproponować. Daj mi najmniejszą monetę, a ja anuluję zakład. Bo go przegrasz, to pewne. Może być denar. Będziesz do przodu o cztery talary i pięćset trzydzieści dziewięć denarów. Aha, zapomniałem: ciebie też zdejmę.
Sieć poruszyła się. Zbrhl próbował zatrzeć ręce z zadowolenia.
– No to załatwione. Do roboty, mistrzu!
– Nie.
Dość długo było cicho. Nawet Ronsoise dała spokój nodze, podniosła głowę, zapatrzyła się rozszerzonymi oczyma w człowieka na gałęzi.
– Oszalał – stwierdził wreszcie Zbrhl. – Nie słuchaj go, Debren. Wlazł na drzewo i we łbie mu się pomieszało. Pewnie od rozrzedzonego powietrza. Tak bywa w górach.
Debren położył kuszę, wyjął różdżkę z pochwy.
– Możesz mówić pierwszy – odezwał się cicho Vensuelli. – Mieliśmy pisać na kartkach, ale chyba się nie da, więc mów. Najdokładniejsza data, jaką możesz podać. Zastanów się dobrze, bo jak ja podam swoją, to już nie będzie wolno poprawić. Kiedy to wino, twoim zdaniem do beczki lano?
– Tak – wychrypiał Zbrhl. – Choroba wysokościowa. Bez dwóch zdań.
– Czternaście lat – powiedział zimno Debren. – Ostatni zbiór. Rok później wyspa była już w rękach Wezyratu. Czterysta galer wokół Prycos, sześćdziesiąt tysięcy pogan na wyspie, ludność w pień wycięta albo w niewoli. Winnice obrońcy sami spalili, jak się do Prycopuliss cofali. To, co się teraz winem z Prycos nazywa… No cóż, pić się da. Ale trzydzieści wieków tradycji, krzyżowania gatunków, doświadczeń i magii poszło z dymem. Pewnie ku uciesze Marimalczyków. Teraz słusznie mogą się chwalić najlepszymi winami świata.
– Skończyłeś?
– Nie. Rok był zimny, a od wiosny słuchy chodziły, że sułtan z flotą już w drodze. Więc zbiór przyspieszono i wina kwaśne wyszły. Ojciec Ojców zaapelował do całego Wolnego Świata, by kupować jak najwięcej, po starych cenach albo i drożej, bo na obronę machrusaństwa każdy denar miał pójść. Ale jaki jest Viplan, obaj wiemy. Wdowy ostatni grosz oddawały, abstynenci przepłacali, by potem po cichu wylać, gminy składki czyniły, a podskarbich paru szybko podatki podniosło. A potem nie wiadomo, gdzie się całe to złoto podziało. Jeden statek stary z bronią na Prycos poszedł. I wiesz, co powiózł? Szarpie. Dla rannych. I piły chirurgiczne do amputacji. Teraz skończyłem.
– Trzynaście lat, Debren. – Mówił cicho, jak przystało na kogoś, kto dusi się własną, spływającą do głowy krwią. – Oblężenie trwało rok, a między portem i starym miastem była taka mała winniczka. Zdążyliśmy zebrać, chociaż kobiety w kolczugach do pracy wychodziły. Co ich tam wyginęło… Ale warto było. Miasto czekało na ten zbiór, miało jakąś nadzieję. Wiesz, symbolika i takie tam. A na statku nie szarpie płynęły, tylko stare onuce z anvaskiego demobilu. Wyprane, nie myśl sobie. Piły zaś do drewna. Dar jakiegoś cechu drwali z Sovro. Na groty je później kowale przekuli. Część pił przerdzewiała, bo ta cholerna łajba przeciekała jak sito, a że Prycos blokowane już było, tośmy dwie niedziele wokół wyspy halsowali, nim się noc dostatecznie ciemna trafiła.
Debren stał nad kuszą z różdżką w dłoni. Nie pamiętał słów zaklęcia. Prawie nigdy go nie używał, ale przecież brał udział w jego ulepszaniu. Powinien był pamiętać.