Nikt się nie odezwał. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. A Ronsoise, wciąż cuchnąca okrętowym karcerem, najwyraźniej nie wiedziała, co mówi.
– Uwolnij go, Debren. Wstręczyciel jest i alfred, ale Prycopuliss bronił. I popłynął tam, kiedy wszystko, co żywe, na północ umykało. Uwolnij go, wujku. Mój brat też się z Wezyratem bił i już do domu nie wrócił. Niech chociaż pan Vens wróci.
To, co z zatoki wyglądało jak las, było w rzeczywistości pierścieniem drzew otaczających ścięty wierzchołek góry. Dom stał pośrodku otwartej, dość równej przestrzeni, porośniętej trawą i usianej kamieniami. Od zachodu musiało znajdować się urwisko, bo gdzieniegdzie tylko zza zębatej skalnej krawędzi wychylał się czubek dębu, sosny czy akacji. Wlewała się tamtędy wstęga światła, a wzrok sięgał hen, aż po horyzont, za który osuwało się purpurowe, rozdęte słońce. Pasemka granatu ledwie widoczne na tle przykrytego różową kopułą horyzontu musiały być wierzchołkami wzgórz na Archipelagu Drackim. Jasna plamka bliżej musiała być żaglowym okrętem wojennym. Z Anvashu lub Marimalu. Okręt był bardzo daleko i skoro dawało się go dostrzec, oznaczało, że jest duży. Księżna Pompadryna, formalna władczyni tych wód i lądów, takich nie miała.
– Dziwne – powiedział Zbrhl. – To nie wygląda na ruiny.
Stali w zaroślach i przyglądali się niedużemu budynkowi z kamienia oraz przytulonej do niego wieży.
– Łupkowy dach – wzruszył ramionami Vensuelli. – Jeśli fachowo położony, to wieki wytrzyma.
– Smok widać dba o swoje – pociągnęła nosem Ronsoise. – Pewnie grot i jaskiń tu nie ma, a ze smoków domatory są. Lubią dach mieć nade łbem.
Debren wręczył kuszę rotmistrzowi, ściągnął z pasa sakwę na bełty.
– Może i miałeś rację – odpowiedział na nieme pytanie. – Coś chyba ze smoka w sobie mam, bo i mnie pod dach ciągnie.
– Nie wyłaź z krzaków! – Dziewczyna złapała go za rękę. Z pośpiechu za prawą. – Zobaczy cię i znowu ogniem plunie!
– Puść go, panieneczko – mruknął Zbrhl. – Mądrze czarokrążca kombinuje. Widać, że grube te mury. W takiej chałupie można się długo bronić.
– A jak smok to samo pomyślał?
– Ronsoise – Debren uwolnił delikatnie rękę – nie bój się. Popatrz, jakie małe te drzwi. Żaden smok się przez nie nie przeciśnie. I żaden smok nie będzie się chował przed czwórką ludzi. Jego tu nie ma. Poczekajcie, rozejrzę się i was przywołam.
Wyjął różdżkę. Zanim wyszedł zza pnia, posłał po słabej błyskawicy w każde z dwóch okien. Nic, żadnej reakcji. Wysunął się zza drzew i pobiegł, lekko schylony, ku najbliższej kupce kamieni. Przyklęknął pod jej osłoną, odczekał chwilę. Nic. Cisza. Ani śladu magii. Jak tam, na ścieżce. Gdzie bez magii, bez żadnego ostrzeżenia…
Zmusił się, by o tym nie myśleć. Przebiegł aż pod budynek, wskoczył w głęboką niszę drzwiową. Tu czuło się już wibracje. Słabe. Typowe dla porządnych drzwi, nad którymi popracowali wspólnie cieśla, kowal, ślusarz i czarodziej.
Był w trakcie badania zabezpieczeń, kiedy dostrzegł ich kątem oka. Biegli całą trójką. Nie chciał przerywać roboty, więc nie zaprotestował. Dopiero kiedy skończył i wyciągnął klucz, rzucił Zbrhlowi kosę spojrzenie.
– Miałeś czekać.
– Nie płacisz, to nie rozkazujesz. Trzeba było wygrać ten zakład.
– Albo zabrać mi sakiewkę. – Vensuelli, trzymając się blisko muru, pomacał mieczem wnętrze niszy okiennej. – Psiakrew, okute. No, tędy nie wejdziemy. Może kominem?
– A może drzwiami?
Debren puścił przodem kulę świetlną, posłuchał chwilę, wreszcie wszedł.
Jeśliby nie brać pod uwagę zbyt małych drzwi, budynek przypominał niedużą stodołę. Także w środku. Wnętrze okazało się nadspodziewanie obszerne. Jeden dom, jedno pomieszczenie. Puste w tej chwili.
Zbrhl zaryglował szybko drzwi, Vensuelli skrzesał ogień, zapalił łojową lampkę, a potem, kolejno, wszystkie osadzone w ścianach łuczywa. Ronsoise otworzyła okiennice, wpuszczając dodatkowo resztki dziennego światła. Dopiero potem przeszli na środek, zaczęli się rozglądać.
Z prawej strony stało sześć prycz i jedno porządniejsze łóżko. Pierzyny i koce, które na nich zalegały, nie były ani czyste, ani pachnące, ale na pewno nie leżały tu od czasów Helwima Zdobywcy. To samo dało się powiedzieć o sznurach pełnych suszących się koszul, portek, onuc, o stole i miskach z resztkami jadła, popiele w palenisku i całej reszcie. Może z jednym wyjątkiem.
– O matulu – szepnęła dziewczyna. – Ależ on wielgachny.
Czaszka wisiała obok kominka. Na dwóch specjalnie w tym celu wkopanych słupach. Miała rozmiary świni, kły jak groty z manufaktury Ruppa i oczodoły, przez które przeleciałby talerz. Była wielgachna. I czarna ze starości.
– Nie rozumiem – pokręcił głową Vensuelli. – Smok nie trzymałby u siebie czegoś takiego. Nawet ludzie już… To znaczy jeśli chodzi o innych ludzi.
– Ale łby zabitych zwierząt nadal się trzyma. – Debren podszedł bliżej, zajrzał od dołu do wnętrza czaszki. – Taa… Ten smok mógł ziać ogniem. Ma niezbędny kanał kostny w podniebieniu i w ogóle pasuje do opisów pirozaura. Ciekawe.
– Mówiłem – przypomniał bez odrobiny satysfakcji Vensuelli. – Zdechło się Ziejaczowi. Nikt nie żyje wiecznie.
– Łeb ma poszczerbiony – zauważył Zbrhl. – O, i dwa zębiska wyłupane. Gęsto ktoś strzelać musiał, i to nie z ręcznej broni. Pewnie w końcu któryś pocisk w oko trafił i wlazł w środek głowy. Ciekawy musiał to być bój. Smok w miejscu pewnie nie stał, więc wystrzelić musieli z dziesięć razy więcej, niż tych szczerb na czaszce widać. Ogniem ział, to i część machin pewnie poniszczył. Ha, ze cztery baterie musiały strzelać. I ze cztery roty kopijników je osłaniać. Kupa luda. Wierzyć się nie chce, że wieść w świat nie poszła.
– Może mniej – dobiegł z wnętrza smoczej paszczy głos Debrena. – Ktoś mu załatwił zastawkę kostną w przewodzie ogniowym. No, jak w trakcie ziania, to nie chciałbym być tym smokiem. Od środka się zapalił. Paskudna śmierć.
– Tam, w środku? Niby jak ktoś miałby tę wstawkę…?
– Czarami. Po mojemu, panie rotmistrzu, to była raczej jedna bateria machin i jedna rota. A przede wszystkim drużyna zaklinaczy bojowych. Oraz stary schorowany smok.
Coś zabrzęczało. Debren wyszedł spod czaszki i bez słowa popatrzył na Vensuellego. Admirał jeszcze raz pociągnął za żelazną obrożę. Zadzwoniło ze dwadzieścia stóp łańcucha, pierścienie w ścianach, te, przez które akurat przechodziły ogniwa, kłódki na pierścieniach. Vensuelli potarł obrożę palcem.
– Smar – powiedział cicho. – Nie tak dawno ktoś to nosił.
Ronsoise bez słowa wyjęła mu obręcz z rąk. Naciągając łańcuch, podeszła do paleniska z garnkami. Potem do kąta, gdzie stało wiadro i miotły. Do wielkich drewnianych dybów z leżanką, kajdanami podwieszanymi pod belkę stropową i zadziwiająco bogatą kolekcją otworów na nadgarstki, kostki stóp i szyje. Łańcuch sięgał też łóżka, prycz, kąta z bronią i narzędziami oraz szafki na żywność nie sięgał.
– Powiedział, że ma kogoś, kto zwabi smoka. – Vensuelli nie patrzył na Ronsoise. – Dziewicę z dobrego rodu, wydzieliną smoczej samicy od wielu tygodni karmioną, tak ponętną woń rozsiewającą, że żaden smok nie zdzierży i przybiegnie, choćby sto katapult wokół dziewki stało. I że… że chora jest. Zimy nie doczeka. I sama się zgłosiła. Z patriotyzmu, dla dobra rodu, któremu księżna pani zasług nie zapomni, no i żeby zginąć za coś, a nie zdychać owrzodzona w przepoconym łóżku, w bólu i męce, bez nijakiego sensu.