Выбрать главу

Ronsoise stała przed dybami. Patrzyła w górę, marszcząc brwi. Zbrhl zrejterował, zaszył się w kącie z narzędziami i bronią.

– Nie puściłbym cię za ostrokół. – Dopiero teraz Vensuelli spojrzał na dziewczynę. – Powiedziałem mu to. Chora nie chora… Ja tak nie walczę. A ta nora pod pokładem… Venderk powiedział, że się o ciebie sam zatroszczy. Jedzenie nosił będzie, kubły na górę. Bo nie chce, by się kto z załogi zaraził, a jego magicy, co dziewkę szykowali, uodpornili. A i dziewka zapachami żołnierskimi nie nasiąknie, z załogą się stykając, co by mogło Ziejacza spłoszyć. Ronsoise…, wierzysz mi?

Dziewczyna wpatrywała się w parę najwyżej umieszczonych otworów.

– Wszystko pojmuję – powiedziała. – Ten łańcuch. Dlaczego sięga tam, gdzie sięga. Ale te tam dwie dziury… Debren! Trzynasty rok mi idzie, nie dzieckom. Po co to?

Debren miał twarz jak z kamienia.

– To się nazywa „kulawe antypody”. Antypody, bo niewiasta nogami ku górze wisi, a kulawe, ponieważ przy takim układzie ciała stawy stóp…

– Debren, ona ma trzynaście lat! – warknął Vensuelli.

Przez dłuższy czas nikt do nikogo nie mówił, nikt na nikogo nie patrzył. Ciężką duszącą ciszę przerwał Zbrhl.

– Jedno jest pewne – mruknął, szczękając jakimś rdzawym żelastwem. – Nie siedem sympatycznych krasnali tu mieszka. I nie siedmiu rycerzy z zakonu świętego Yurry, patrona tych, co na smoki polują.

– Zostaw ten potrzask – powiedział Debren. – Za jakąś kuszą się lepiej rozejrzyj. Kołowrót do napinania widzę, więc może i kusza…

– To nie potrzask.

Rotmistrz podszedł bliżej światła. W ręku trzymał coś, co kiedyś musiało być elementem ciężkiej przeciwpancernej machiny miotającej, może nawet na lekkim podwoziu osadzonej, a teraz wyglądało jak łoże oberżniętej kuszy ze spustem i wsporniczkiem pod noszony osobno kołowrót, ale bez stalowego łuku, korytka na bełty i cięciwy. Zamiast tego urządzenie miało dwie pary połączonych sprężynami żelaznych szczęk. W obu, i tych większych, i tych wewnętrznych, małych, osadzono żółte zębiska jakiegoś dużego drapieżnika. Między zębami widać było sporo brązowych plam, włókna zaschniętej tkanki i ze dwa włosy.

– Aż się boję myśleć, do czego to służy.

Debren wyjął mu instrument z rąk, obejrzał. Potem popatrzył na admirała.

– Wiedziałeś? – zapytał. – Zbrhl, mógłbyś to napiąć? Admirale, czekam.

– Co miałem wiedzieć? Nie gap się tak. Ty, Ronsoise, do końca życia możesz. I pluj mi w gębę, jak się spotykać będziemy; twoje prawo, chociaż głupotą, a nie skurwysyństwem zgrzeszyłem. Ale ty, Debren, z góry na mnie nie patrz. W porządku, dałem się wciągnąć w mocno szemraną imprezę. W podżegactwo wojenne. Nie pytałem, chociaż powinienem, i dwaj moi ludzie łby sobie roztrzaskali, jakieś dziwaczne tańce na trapie odprawiając. Ale jak tu płynęliśmy, to żadnego człowieka krzywdzić nie zamierzałem. Może nawet parę osób chciałem uszczęśliwić. Bo ten cholerny smok, choć na wyspie żyje, ciągle wdowy i sieroty produkuje. A ty, czarodzieju? Galerą tu przypłynąłeś. Galery, jak wiadomo, uroczymi miejscami są, pełnymi ludzi sobie wzajemnie życzliwych. Wioślarze łańcuchem się przypinają, by z ławki nie zlecieć, robaczywą kaszę żrą, bo lubią, a wiosłami co sił machają, bo zdrowo. Załoga baty nosi, żeby do taktu nimi strzelać, gdy bębny i inne instrumenty ku powszechnej uciesze melodie rzewne…

– Wystarczy – przerwał magun. – Masz rację. Nie jesteśmy rycerze bez skazy, ani ty, ani ja, ani Zbrhl, choć on przynajmniej szczery jest, dobrego człowieka z bajki nie udaje. Świat jest paskudny. I ja nie patrzę na ciebie z góry. Jeżeli dziewczynę po swojej stronie częstokołu trzymać chciałeś, Venderkowi wierzyłeś i przypłynąłeś tu na smoki polować, toś zwyczajny człowiek. Ani bardzo zły, ani przesadnie dobry. Jak większość. A pytam nie po to, by cię z góry opluć. Paru rzeczy po prostu nie rozumiem.

– Gotowe. – Rotmistrz zdjął kołowrót z łoża kuszoszczęki. – Ostrożnie z tym. Jakiś dziwny mechanizm. Te pocięgła w środku… Czort wie po co. Może kto z dubeltową kuszą eksperymentował? Tfu, paskudztwo.

– Co chcesz wiedzieć? – zapytał spokojnie Vensuelli.

– Co znaczył ten cyrk na brzegu? Po co cesarz flotę, choćby i dwuokrętową, na Kariatyk wysłał? Teraz, gdy własnych cieśnin nie ma jak bronić. I o jakim podżegactwie wojennym mówiłeś?

– To polityka – Vensuelli uśmiechnął się krzywo. – Świat, jak zauważyłeś, paskudny jest. Cesarstwo Zachodnie chyli się ku upadkowi, a wiesz dlaczego?

– Bo łajdacy nim rządzą. Głupi, co gorsza.

– To też – zgodził się Vensuelli. – Ale na dworze w Bikopuliss modna jest teza, że schizma tu zawiniła, że Ojciec Ojców krzyżyk na konkurencji postawił. Że lewokole z powierzchni ziemi zetrzeć już dawno w Zuli uradzono, jeszcze nim pierwsza wyprawa do Grobu Świętego ruszyła. Że Kościół cały Zachód pogaństwu woli oddać, niż ratować odstępców, co Pana chwalą, w lewą stronę się żegnając. I na koniec, że siódma kołomyja do grobu Machrusa od początku w połowie drogi skończyć się miała, w Bikopuliss, bo tylko o skarby cesarskie chodziło.

– I co to ma wspólnego z Małym Czyrakiem?

– Kiedy się machruscy rycerze w końcu z miasta wynieśli, a lat dwadzieścia trzy tam ograniczony kontyngent wojsk sojuszniczych stacjonował, to jeno gołe mury zostały. Nigdy się już stolica nie podźwignęła, choć dawne to czasy. Pamiętają tam ludzie tę pomoc bratnią, a co wspomną, to zębami zgrzytają.

– Więc z zemsty uradzili, by prawokolcom smoka Ziejacza utłuc, wielką atrakcję turystyczną?

– Nie, Debren. Widzisz, Bikopuliss jeszcze się trzyma. I kolonii ma trochę wzdłuż Międzymorza rozrzuconych. Ale to teraz wyspy w środku pogańskich włości. Wojska Wezyratu dawno cieśniny przeszły, na kontynent się wlały. Wszystkie podbite ziemie to niegdysiejsze cesarstwa prowincje, lewokolcy tam żyją. Nigdy nie obchodziły Wschodu; dla nich Viplan kończy się tam, dokąd granice Rzeszy Wehrleńskiej sięgają. No, może jeszcze Lelonię co niektórzy łaskawie w swym gronie widzą. Południowy zachód, Kotlańskie Góry, to już dla nich obcy świat. Tylko że ten świat z ich światem sąsiaduje, a po drodze ani morza nie ma, ani gór specjalnie wysokich, ani nawet rzeki jakiejś wielkiej. Więc coraz głośniej na Viplańskich dworach się mówi, że trzeba by z tym cholernym sułtanem coś zrobić. Zebrać wojska i runąć na południe, póki jeszcze nie dorżnął cesarskich. Bo jak dorżnie, to sam runie, tyle że na północ i wschód.

– Niedobre to wieści – westchnął Zbrhl. – Wojna z poganami, ideologiczna znaczy, to marny interes. Z Zuli listy pasterskie idą o pokój między Machrusa dziećmi, więc się rynek cholernie zawęża, a znowu na pogańskim froncie płacą nędznie, o bezinteresowne umieranie za wiarę apelują. Dziewek mało, klechów zatrzęsienie. Tfu. Nie dla porządnego żołdaka to impreza. W dodatku w niewolę nie biorą, tylko rżną.

– A może – zapytał Debren – wyście tu jako werbownicy przypłynęli? Ziejacza pod sztandary machruskie zaciągnąć? Było nie było, nasz smok. Pogan pewnie chętniej by żarł.

– Nie kpij, Debren. Cesarz wiedział, czym się takie braterskie pomoce kończą. Królowie alianci zawsze się pożrą i do domu wrócą, nic nie wskórawszy, za to spustoszeń takich narobią, dziewek napsują, bydła uprowadzą, domostw napalą, że tylko siadać i płakać. Wstyd to mówić, ale ludzie na Południu coraz głośniej gadają, że lepiej już będzie pod but sułtański pójść i żyć w spokoju, niż ciągle z głodu i od miecza padać.

– Aha, rozumiem. Ziejacz miał w tajnych służbach pracować, buntowników i defetystów tępić. Smok jako filar Urzędu Ochrony Tronu. Niekonwencjonalne, ale i niegłupie.