– Nie, Debren. Po prostu za prewencyjną wyprawą na Południe najgłośniej gardłują w Marimalu i na Wyspach Anvash. Sprawy zaszły ponoć bardzo daleko; królewscy kwatermistrzowie bydło skupują, wozy… Statki zdrożały na całym wybrzeżu. Będzie wojna. Duża i krwawa. Więc cesarz obmyślił, by odsunąć tę jatkę od swoich włości. Dyskretnie. Stąd cywilny i czysto akademicki charakter naszej wyprawy. I najdalej jak się da. Także po to, by się nikt źródeł wojny w Bikopuliss nie doszukiwał. Więc wybrano drugi koniec kontynentu. Gardziel.
– Zaraz… Chcesz powiedzieć…
– Sto lat się Anvashe i Marimalczycy tłukli, zanim sporne obiekty z dymem poszły i chwastami zarosły, nim kompromis się utarł. Nastała równowaga i pokój. Ustalono, co do kogo należy. Obie strony zachowały twarz. W strefie Gardzieli, Kanału Anvaskiego inaczej, każdy skrawek ziemi, każda osada ma swojego suwerena i ci, co wojnę przeżyli, pogodzili się z istniejącym stanem rzeczy. Każdy skrawek ziemi. Oprócz wyspy Mały Czyrak. Bezwartościowej, póki żyje smok i póki każdy, kto stopę na niej stawia, ginie razem ze świadkami.
– Vensuelli, przecież to terytorium Dracji. Co królów, i to takich królów, obchodzi gówniana wysepka w jakimś gównianym księstewku? Bez urazy, Ronsoise.
– Nic. Póki księżna Pompadryna, pełna kompleksów z powodu drugorzędności swego państewka i swojej płci, nie roztrąbi triumfalnie, że po pięciu wiekach okupacji jej Waleczne hufce wyzwoliły ostatni skrawek państwa spod smoczej tyranii. Bo wtedy, poczciwy czarodzieju, zakotłuje się jak w burdelu, w który trafił taran. Szlag trafi traktaty pokojowe. W Dracji, skąd Helwim wypływał zdobywać Anvash, walczono przez sto lat o każdy kamień, więc i każdy kamień w umowach spisano. I tych pokojowych, i tych lennych, o spadkowych nie wspominając. Sytuacja prawna księstwa jest tak popieprzona, że nawet ten krętacz opp Gremk wyznał kiedyś, że we łbie mu się gotuje, jak o tym myśli. Jest pewien jednego: że gdy tylko sztandar Pompadryny nad tą ziemią załopoce, w Eileff i Tamburku królowie z radości na tronach podskoczą, bo każdy będzie święcie przekonany, że nowe lenno zyskał.
– Rozumiem. Stąd rycerz Błękitny. Ale… dlaczego konno? I co z Lobrykiem i Saskourem?
– Lobryk Anvashem był, a Saskoure marimalskiego króla poddanym. Lobryk pierwszy stopę na dziewiczym lądzie postawił. Ale drewnianą. Saskoure miał ziemię ucałować, ale z trapu nie złazić. Tak ich przeszkolono, a że pijacy obaj byli, to dla pewności hipnozą instruktaż pogłębiono. No i coś nie wyszło.
– Taniej by było beczek z winem pilnować.
– Nic nie rozumiesz. Oni mieli być pijani, tak to sobie Venderk umyślił. Rycerza spoić się nie dało, to go podwójną hipnozą uraczyli, a żona i dzieci w chłopstwo mieli zostać obróceni, jakby coś nie tak zrobił. Z konia miał nie zsiadać. I mowę wygłosić, w której raz po raz odwołanie do cnoty Pompadryny Cnotliwej miał czynić, którą to cnotę wysoce sobie ceniąc, rycerz Błękitny pani swej pod stopy ląd przez się zdobyty rzuca. I teraz wystaw sobie, jak arbitraż międzynarodowy będzie wyglądał, gdy królowie ustalać zaczną, komu się prawnie Mały Czyrak należy. Przyślą swoich jurystów, przechery na cztery nogi kute, krętaczy od sznurowadła giętszych. A ci zaraz gardłować zaczną, z ochotą skrupulatną relacją sławnej pani Zelgan się posiłkując. A to, że noga Lobryka nieważna, bo z drewna. A to, że całowaniem to Ojciec Ojców obcą ziemię poddaną sobie czyni, a nie jakowyś majtek zasraniec. A to, że pijany odkrywca się nie liczy. A to, że liczy się, o ile pijany mniej od drugiego był. A to, że nie hołota lądy odkrywa i w imieniu swych władców w posiadanie obejmuje, tylko szlachcic, co pierwszy z łodzi na brzeg wylezie. A to, że szlachcic owszem, ale nie koń jego i że jaśnie wielmożny może do usranej śmierci po dziewiczych brzegach galopować, w niczym ich statusu nie zmieniając, chyba że się trochę wytęży i z kulbaki zlezie. A na koniec wywlecze się kwestię intencji pana Błękitnego, który jakowejś cnotliwej księżnej wyspę w hołdzie składał, podczas gdy Pompadryna, co każde dziecko wie, od dwunastego roku życia puszczała się z każdym, kto portki nosi, i mimo ostrożności trójki bastardów się dorobiła.
– Jasny gwint – powiedział Debren. – To się musi skończyć wojną. Od samego słuchania tych krętactw miecz uczciwemu człekowi do ręki wskakuje.
– Prawników – stwierdził z przekonaniem Zbrhl – powinno się w młodości wywałaszać. Bo jak się rozmnożą, to świat trafi szlag.
Nikt nie zaprotestował.
Vensuelli przeszedł w kąt, zważył w dłoni jakiś stary oszczep, odstawił na stojak. Schylił się i ze stołu, służącego najwyraźniej za warsztat, podniósł krótki drążek z drewnianą półkulą na końcu. Od dołu osadzony był w niej krzemień, niżej drugi, a jeszcze dalej podłużny, obejmujący kij woreczek, zawiązany na końcu.
– Widzieliście kiedyś coś takiego?
– Może to jakie kuchenne urządzenie? Jak myślicie, panieneczko?
– Panie Zbrhl, ja jestem baronówna, nie kuchta. To białe to chyba pęcherz? Nie, jelito raczej. Fuj, paskudztwo. Może to do nabijania kiełbas, wujku Debren?
Debren rozmasował czoło.
– Nie. Guzów. – Popatrzyli na niego zdziwieni. – Czymś takim chyba po łbie dostałem.
– Myślałem, że smok cię ognistym charknięciem poczęstował. – Rotmistrz, nagle zainteresowany, sięgnął po drewniano-krzemienno-jelitowe cudo.
– Tak też myślałem. Ale tam, gdzie z kuszy strzeliłem, krew znaleźliśmy. – Ronsoise pokiwała skwapliwie główką. – A dalej ślady, ludzkie chyba. Pomyślałem, że człowiek szedł najpierw, a smok później, ale zdaje się, że to była jedna i ta sama osoba. Która nie zabiła nas, chociaż miała przeciw sobie nieprzytomnego mężczyznę i dziewczynkę z rozładowaną kuszą. Pytanie: dlaczego? Odpowiedź: bo trafiłem i raniłem mocno. Pytanie: jak mocno ranić i nie rozjuszyć smoka, strzelając bełtem z lekkiej kuszy? Odpowiedź: nie da się. Szlag by to… Dobrzy są. Ślady pazurów na ścieżce badałem. Magia w nich była, typowo smocza. Muszą mieć sztuczną łapę z prawdziwymi smoczymi pazurami i tymi ślady robią. A ta ognista strzałka, którą rotmistrz tak zaciekle obwąchuje, to prawdziwe cudo. W połowie w locie się spala, a gdy leci, to wygląda, wypisz, wymaluj, jak smocze charknięcie. Pęcherz czymś palnym napełniają. A krzesiwo samo iskrę daje, kiedy z kuszy wylatuje. Ależ ktoś łeb miał… I to bez czarowania.
– Ale po co? – zapytał Vensuelli. – Po co ktoś miałby…?
– Ktoś idzie – przerwała mu Ronsoise. Stała przy oknie, a oczy miała niewiele mniejsze niż to okno. – Machrusie słodki… Ktoś tu idzie. Po nas.
– A ja wam mówię, że to Luwanec – szeptał Vensuelli, przepychając się z Ronsoise przy okienku. Debren odnotował mimochodem, że przy sąsiednim oknie z nikim o miejsce walczyć nie było trzeba, a im ta wymuszona bliskość jakoś nie sprawia przykrości. – Zebrał ludzi i z odsieczą nam ciągnie.
Krzaki, różowe u góry, ale zupełnie już czarne niżej, gdzie nie sięgały resztki słońca, poruszyły się. Spłoszone ptaki wracały na swe gałęzie.
– Twój Luwanec albo z drakkarem dalej walczy, albo rozejrzał się, zobaczył, że dowódca nie patrzy i chlać poszedł.
– Głupiś, Zbrhl. To moja lewa ręka, ta od tarczy. Sam tu przyjdzie, jak będzie trzeba, ale przyjdzie. Nie wierzysz?
– Zbrhl wierzy – uprzedził rotmistrza Debren. – W intencje. Ale nie w obecność twego Luwaneca w owych zaroślach. Zacznijmy od tego, że lewa ręka nie ma pojęcia, go się przytrafiło prawej. Krasnoludki ciche są i dyskretne.
– Mówisz o tych siedmiu? – upewnił się Vensuelli, zerkając na prycze. – Ha, masz trochę racji, Podeszli nas jak duch pijanego; czort wie, ilu drwali tak oporządzili, jak tych, coście ich po drodze znaleźli. Ale ci, co uciec zdążyli…