– Nikt nie uciekł – mruknął Debren.
– Skąd możesz wiedzieć? Nigdy tak na wojnie nie jest, żeby wszystkich…
– To nie wojna, Vensuelli. To łowy. Zawodowcy, najlepsi w fachu, polują na nieszczęśników, nie mających pojęcia, co się dzieje. A raczej polowali. – Admirał otworzył usta, próbował coś powiedzieć. – Słyszałeś jeden krzyk? Jeden chociaż?
Vensuelli milczał dłuższą chwilę. Godził się z faktami.
– Nikt nie przyjdzie nas ratować? – pociągnęła nosem Ronsoise. – Wujku?
– Nie.
– Nie strasz jej – uśmiechnął się nieoczekiwanie Vensuelli. Musnął palcami ozdobną zapinkę do płaszcza lub opończy, teraz przypiętą do wykładanego kołnierza. – Wiesz, co to jest?
– Babska brosza. – Zbrhl to zerkał przez okno, to chował głowę, świadom, że nawet w najmniejsze okno da się wpakować strzałę, miał więc okazję do rzucania szyderczych spojrzeń. – Miłujący inaczej też takie noszą. Nie pytałem o nią, Vens, bo wiem, że u was, jak tak człek miesiącami żegluje, niewiasty nie oglądając…
– Odszczekasz to później, morvacki pyskaczu. To magiczna zapinka, sygnał przesyłająca. Drugą taką relacjonatorce Zelgan dałem. O, tu się przekręca i kamień, co niebieski był, zielony się staje. Jak tylko zauważyłem, że coś dziwnego się dzieje, to przesłałem sygnał. Zelgan przykazane miała, żeby oczu z zapinki nie…
– Jedno pytanie – przerwał Debren. – Co z broszą zrobiła? Postawiła przy koi może?
– No coś ty? Zbyt ważna to sprawa. Przypięła sobie. Na piersi. A dlaczego pytasz?
– Hm… Jak by wam to… Ronsoise, tam drzwi są. Zerknij, czy do wieży prowadzą. No, idź, idź.
– Chyba wiem, po co ją odesłał – pochwalił się Zbrhl, gdy dziewczyna zniknęła za okutymi drzwiczkami. – Ale na szczęście pani relacjonatorka feminiczna mocno baba jest, nie samych chłopców… he, he… zatrudnia.
– O czym wy… – Vensuelli urwał. – O żeż kurwa! O żeż…
– Nie żadna kurwa, Vens, jeno niewiasta wyzwolona, a i zawodu wolnego. Zaś za to, o czym gadamy, pieniędzy nijakich nie bierze. Nie obrażaj więc damy. Nowoczesna jest i tyle. A okręt ciasny, zawsze luda pełen, z przepierzeniami jak pergamin. No to i nie dziwota, że jak się niepowtarzalna okazja trafiła i na ląd zeszliśmy…
– O żeż…
– Daj już spokój. Lubi te rzeczy, jej sprawa. Ważne, że dama rozsądna. Dziewuszce swojej, Neruelce, na pewno tę błyskotkę przypiąć kazała na czas, kiedy… he, he… pisarczyków uczyła. No – zatarł dłonie – to górą nasza. Noc przetrzymamy, ten dom to zamek prawdziwy. A z rana moi knechci i twój Luwanec… Co tak patrzysz?
– Zbrhl – powiedział głucho Vensuelli – ona jest dużo nowocześniejsza, niż ci się wydaje.
– Że jak? Że co?
– Traktuje Neruelę na równi z chłopakami. Pod każdym względem. Żadnej dyskryminacji.
– O żeż…
– Nie krępujcie się, panie Zbrhl – rzuciła przyjaźnie Ronsoise, stając w drzwiach. – Mam trzynaście lat, nie jestem dzieckiem. – Przeszła przez izbę, omijając z dala dyby. – Czemu oni są tacy źli, Debren? Mów śmiało. Mam trzy…
– Bo jedna pani zdjęła z siebie ubranie w chwili, gdy akurat nie powinna była tego robić. W dodatku w nadmiernie licznym, jak podejrzewamy, towarzystwie.
– Aha. – Podniosła ze stojaka oszczep, machnęła nim niezdarnie. – Możesz coś zrobić z moimi rękami? – Debren pokręcił lekko głową. – Trudno, może i takimi coś zwojuję. Tatko mawiał, że w bitewnym wirze każda dłoń się liczy, byle coś ostrego utrzymała. Ranny, dziewka, pacholę nawet. Każda pomoc przeważyć może.
– Odłóż to – rzucił opryskliwie Vensuelli. – My tu od walczenia jesteśmy, ty z tyłu masz stać. – Zbrhl odsunął się od okna i pokiwał aprobująco głową. – Debren, patrzę na twoją rybią łapę i dochodzę do wniosku, że też nie powinieneś się mieszać. Łuski ci odpadać zaczynają, a to pod spodem jak błona wygląda, nie skóra. Zamachniesz się mocniej i pęknie, a ty się wykrwawisz.
– Tatko Ronsoise ma rację. A my nie będziemy walczyć wręcz. Nie wyjdziemy z domu, a jak drzwi wyłamią, to się do wieży wycofamy.
Zbrhl chciał coś powiedzieć. Nie zdążył. Zagwizdało, zadudniło i w słupie dźwigającym smoczą czaszkę zawibrował bełt. Drugi wleciał przez sąsiednie okno, uderzył w ścianę, skrzesał iskrę i upadł na jedną z prycz.
– Hej, wy tam! – zawołał jakiś nieznajomy męski głos. – Ci, co przeżyli, niech wyłażą!
Zbrhl, klnąc pod nosem, doskoczył z kuszą do okna. I zaklął już nie pod nosem.
– Łajno i kał! No i masz swoją odsiecz, Vens. A niech to…
– Panowie, wszelki opór jest bezcelowy! – Ten głos, wyćwiczony na salach sądowych, znali już wszyscy. – Nie strzelajcie! Bo nas ci dobrzy ludzie w słusznym i zrozumiałym odwecie uśmiercą!
Jeńców było sześcioro. Najbliżej i nieco z boku stał Venderk opp Gremk, który wyglądał tak jak zwykle, jeśli pominąć pętlę na szyi. Pętla była dość luźna i też dość luźno zwisał sznur łączący ją z dłonią strażnika. Strażnik, wyższy o pół głowy od więźnia, w drugiej ręce trzymał topór, co chyba tłumaczyło taki stan rzeczy. Nie krył się, Przynajmniej teraz, choć jego obszyty nieregularnymi frędzlami strój, upodabniający go do smukłego krzaka, sugerował, że na co dzień mężczyzna stara się nie rzucać w oczy.
Drugi krzakopodobny też się nie krył i też trzymał koniec liny. Na tej było aż pięć pętli, założonych na szyje Culia, Luwaneca, Zelgan, Nerueli i Niebrzyma, którym, w przeciwieństwie do jurysty, związano ręce. Światła było już za mało, by rozpoznać szczegóły, ale Debren bez trudu dostrzegł, jak niepewnie trzyma się na nogach lewa ręka i tarcza Vensuellego i jak wielki łomot owej tarczy sprawiono, nim udało sieją przywiązać do pozostałej czwórki.
– Tak jak mówiłem – stwierdził z gorzką satysfakcją Vensuelli. – Z łóżka ich wygarnęli. I to, cholera, z jednego chyba.
Debren nie zapytał, skąd ów wniosek. Culio, najwyższy, miał na sobie o wiele za krótkie rajtuzy Nerueli. I nic więcej. Zelgan różowy żakiecik któregoś z chłopaków, narzucony na dziwną, czarną chyba, falbaniastą i mocno prześwitującą koszulę – i też nic poza tym. Neruela zdążyła okryć nagość kaftanem swej mistrzyni, a Niebrzym wskoczył w za ciasny żakiet dziewczyny i swoje chyba rajtuzy, ale wciągnięte tyłem do przodu.
– Poddajcie się! – zawołał ten, co wzywał do wyłażenia. Miał taki sam, nieforemny, zielono-brunatny kaptur jak pozostali, a ponieważ stał za łańcuszkiem jeńców, nic więcej nie dało się o nim powiedzieć. – Myśmy są zawodowcy i wy jesteście zawodowcy. Po co się mamy toporami szczerbić?
– Dobre pytanie! – krzyknął w okno Zbrhl, po czym błyskawicznie poderwał kuszę do ramienia. Jęknęła cięciwa. Człowiek trzymający opp Gremka nawet nie jęknął. Padł jak rażony młotem z bełtem sterczącym z piersi. – Nie po to kusze wymyślono.
Przez chwilę nic się nie działo. Wszyscy z niedowierzaniem gapili się na konającego i wierzgającego nogami nieszczęśnika. Być może niektórych, tak jak Debrena, dziwiło konsekwentne milczenie umierającego. Z taką raną powinien krzyczeć.
Pierwszy ochłonął ten, co przyprowadził na sznurze jeńców. Puścił sznur i schował się za Neruela. Venderk opp Gremk nawet nie drgnął.
– No nie… – przywódca krzaków ozdobnych sprawiał wrażenie urażonego, ale gniewu w jego głosie wiele nie było. – To ja tu z sercem na dłoni, a wy Czwórkę trach z bełta? To tak się negocjacje prowadzi? Rozczarowany jestem.
– Zabij go – podpowiedziała rotmistrzowi Ronsoise scenicznym szeptem. Debren, nie bez lekkiej przyjemności, wymierzył jej klapsa w pośladki, które wyraźnie wyprzedzały piersi w wyścigu ku dorosłości. – Auu… Za co?