Выбрать главу

– Za głupie rady – warknął. – Zbrhl, dosyć!

– Upoważniono mnie do złożenia wam propozycji – odezwał się troszeczkę tylko drżącym głosem Venderk opp Gremk. – Szlachetni panowie Małoczyrakowcy, suwerenną władzę tu sprawujący, wielce łaskawi są i pomsty za najazd na swe włości nie szukają. Oczekują jedynie rekompensaty za poniesione krzywdy, zwrotu kosztów kampanii obronnej i zagwarantowania nienaruszalności interesów społeczności lokalnej w przyszłości. Sprawiedliwości się domagają, niczego więcej.

– A konkretnie? – przecisnął się do okna Vensuelli.

– Czterech widzę – meldował od drugiego okna Zbrhl. – Szlag by to, żeby tak druga kusza…

– Wachlarz propozycji pokojowych wielce bogaty jest – nadął się po swojemu Gremk. – Zacznijmy od wyeliminowania broni ofensywnych. Oddajcie, co do strzelania macie, a i my… to znaczy panowie tubylcy kusze swoje złożą w depozyt. Mnie ten zaszczyt spotkał, że na depozytariusza wytypowany zostałem, jako osoba o opinii nieposzlakowanej i zaufaniem obu stron jednako się…

– Venderk, ty papugo pod chwost chędożona, jedną kuszę ci już dałem do pilnowania! Teraz co najwyżej bełt dostać możesz! I cholernie szybko!

Prawnik cofnął się o krok.

– No, no… spokojnie. Ja tylko propozycje przekazuję. Druga jest, żeby dzieci i kobiety z rejonu walki usunąć. Niech idą, gdzie chcą. Bo chyba macie tam tę dziewkę, Ronsoise? Hę? Macie? – Nie było odpowiedzi. – Lepiej ją z chałupy pogońcie. Chora jest, pozaraża was.

– Łżesz! – nie wytrzymała baronówna. Debren pokręcił głową, ale nic nie powiedział.

– A, więc jest – ucieszył się Venderk. – Wyjdź, panienko. Nic złego cię nie spotka. Ci tu dobrzy ludzie, prości, ale szlachetni, wielce radzi niewiastom są. Ugoszczą czym chata bogata.

– Czym bogata, to widziałam, obleśny wstręczycielu! Z wieży się raczej rzucę, a w te ich dyby nie pójdę! Na krew Machrusa się klnę!

– A skacz se – zarechotał dowodzący tubylcami. – Czwórkę żeśta ubili, Dwójka z lasu nie wrócił. Pięciu nas na cztery słodziutkie zadki. – Klepnął ostatniego w szeregu Niebrzyma po słodkościach, aż zaklaskało. – Obejdzie się. A wieża nie taka wysoka. Zabić się zabijesz, ale się potrzaskasz. Parę dni zabawy będzie, póki gnić nie zaczniesz.

– Nie to nie – wtrącił się pospiesznie jurysta. – Nie nastajemy na to. Pan Jedynka proponuje, byście w służbę u niego poszli. Na „Jaskółce” nikt żywy nie został, a galera ucieknie, jak się tylko rozwidni i rafy widać będzie. Znaczy to, że porzuceni na łaskę wroga będziecie, a to kontrakt rozwiązuje. Poza tym cesarz nie zapłacił w terminie panu Debrenowi, więc on już teraz nie w służbie.

– Rano pogadamy – warknął Vensuelli. – Dobranoc waćpanom.

– A niech tam… No dobrze, niech będzie strata panów Małoczyrakowców. Słuchaj, admirale, bo raz propozycję złożę i powtarzał nie będę. Wy trzej słowem honoru zaręczycie, a i zastawem na cały majątek, aktualny i przyszły, że nigdy i nikomu, na spowiedzi nawet, nie zdradzicie, coście na tej wyspie widzieli i co was spotkało. Ja taką obietnicę złożyłem i już jedną nogą w domu jestem. Jest też wariant alternatywny, dla panów wojskowych proponowany. Gdybyście warunków zaciągu koniecznie dotrzymać chcieli i upierali się przy obowiązku składania raportów sztabowi cesarskiemu, to odejdziecie wolno po odjęciu wam palców ręki prawej oraz języka. Honor żołnierski uszczerbku nie dozna. Osobiście nie zalecam, ale wybór macie. Pomyślcie chwilę.

Debren popatrzył na admirała, potem na Zbrhla. Pytająco i beznamiętnie. Na Ronsoise nie patrzył. Żaden z nich nie patrzył.

– Można im wierzyć? – zapytał cicho rotmistrz.

– Tobie można wierzyć – mruknął Vensuelli. – O mnie na Międzymorzu różne rzeczy gadają, ale nikt nie powie, że przysiąg nie dotrzymuję. Venderk to wie, a co wie ta sprzedajna kłapaczka, to i tamci. Debren najemny czarodziej jest, jego też kodeks cechowy obowiązuje i tajemnica zawodowa. Wszyscy trzej w dużej mierze z dobrej opinii żyjemy. Tak, Zbrhl. Możemy im wierzyć, bo oni nam mogą.

– Debren, jak u ciebie z magią bojową?

– Słabo.

– No to chyba trzeba zaryzykować – westchnął Zbrhl. – Prawdę raczej mówili, że karawela wzięta, a załoga wybita. Na tę ekspedycję speców od katapult werbowałem, machinerzystów głównie, bo miało być strzelanie do Ziejacza, a nie leśne boje z ludźmi. Więc nie przyjdą nam z odsieczą, a gdyby nawet próbowali, to ich te leśne duchy po kolei wytłuką jak drwali. Prawda tak wygląda, że nas trzech przeciw tamtej piątce jest i będzie. Tu wody nie mamy. W końcu wyjść będzie trzeba.

Debren zgadzał się z każdym jego słowem, nie odzywał się więc.

– Czworo – poprawił Vensuelli. – Czworo nas tutaj. – Przysunął się do okna. – Venderk, o czymś zapomniałeś! A co z dziewczyną?

– Zostaje.

Vensuelli zerknął na czarodzieja, potem na rotmistrza. Na Ronsoise nie.

– Venderk, chcesz powiedzieć, że zasada „wszyscy albo nikt” cię nie interesuje?

– Za kogo mnie masz, Vens? Za żółtodzioba? Elastyczność to dewiza mego zawodu. Do każdego człowieka należy podchodzić indywidualnie. – Opp Gremk zastanawiał się chwilę. – Chyba się domyślam, w czym rzecz. Tamci wstręty czynią, co? Nie szkodzi. Propozycja jest dla każdego z osobna. Kto chce, parol daje i wolno odchodzi, na pozostałych się nie oglądając. Nikogo karać nie chcemy za to, że się z głupcami pod jeden sztandar zaciągnął. Wyłaź. Nic ci nie zrobimy. Ty też, Zbrhl. Bo to nie ty, jak zgaduję, tym romantycznym głupkiem jesteś, co to dla przedłużenia żywota kawałka tkanki, bezużytecznej z biologicznego punktu widzenia, sam się chce na niewielkie kawałki tkanek dać przerobić.

– Co on gada? – nie zrozumiała Ronsoise.

– Za smarkata jesteś, żeby ci to tłumaczyć – warknął Vensuelli.

– Nie lubię cię, alfredzie jeden – parsknęła.

– Cicho, małolato. Venderk, słyszysz mnie? Ja bez dziewczyny nie odejdę. Jako wabik na smoki ją tu przywiozłem, a nie do zamtuza. Ze Zbrhlem i Debrenem negocjuj, oni zobowiązań nie mają.

– Jak chcesz. Ale ci powiem, że trup już jesteś. I żeś oszalał, czegom się po tobie akurat nie spodziewał. Panie Zbrhl?

Rotmistrz splunął.

– Ja też trup jestem! Wypuść czarodzieja i zaczynajmy, bo mi topór rdzewieje.

Venderk opp Gremk milczał jakiś czas, mrugając ze zdziwieniem oczami.

– No nie – zamachał w końcu rękami. – Ten obłęd zakaźny jest najwyraźniej. Panie Jedynka, nie dotykajcie zwłok, jak skończycie, bo i na was się to cholerstwo przeniesie. Czarodzieju, wyłaź szybko, pókiś zdrowy!

Debren uśmiechnął się blado do Ronsoise. Łuska sypała mu się z ręki, ręka bolała.

– Chyba już za późno, mecenasie. I mnie dopadło.

Opp Gremk przeszedł nad trupem, stanął obok dowodzącego wyspiarzami. Naradzali się nad czymś, nie zwracając uwagi na pięć żywych tarcz stłoczonych tuż przy nich. Luwanec próbował kopnąć któregoś, ale strażnik czuwał. Przyskoczył, zamachnął się kuszoszczęką, identyczną jak ta znaleziona w domu, i grzmotnął żeglarza w żołądek. Gdyby nie krótkie odstępy między pętlami, Luwanec wywinąłby kozła po takim ciosie, ale jeńców związano ciasno, więc Culio i Zelgan, chcąc nie chcąc, podtrzymali go w pozycji stojącej.

– Bóg wam za to odpłaci – powiedziała cicho Ronsoise. – Bo ja… mojemu tatce księżna pani cały majątek sko…skofni… no, zabrała. Nie mam z czego wdzięczności wyrazić. Chociaż baronówna jestem.

– Cicho, małolato. Zbrhl, myślałem, żeś mądrzejszy. Cholera, z cechu cię za to mogą wywalić. Chyba darmo służysz.