– A co mi tam. Albo oni nas, albo świadków nie będzie. A jak się o moją karierę martwisz, to wyłóż za Ronsoise. Ty jeden masz przy sobie srebro.
Vensuelli sięgnął do sakiewki, rzucił monetę, nie patrząc, co rzuca. Zbrhl złapał zręcznie, zerknął, uśmiechnął się pod wąsiskami.
– Złoty dublon, no, no… Dobrze admirałom płacą.
– Jest u nas przyjęte – odezwała się dziwnym głosem Ronsoise – że jak mężczyzna spoza rodu, a stanu świeckiego, za dziewczynę płaci, to albo ją potem do ołtarza wiedzie i za żonę bierze, albo dziewka kurwą okrzyknięta zostaje i nie jest w prawie się bronić przed obmową.
Zrobiło się przeraźliwie cicho. Ucichł nawet poświst wiatru w poszyciu dachu.
– Zbrhl – powiedział stłumionym głosem Vensuelli – czy mógłbyś mi oddać dublona?
– Nie. Bo na mnie by wtedy kurwa wołali. Nie ma nic żałośniejszego od jurgieltnika, co zadatek wziął, a potem, gdy wrogów policzył, szybko do oddawania się rzuca.
Ronsoise oderwała od admiralskiej twarzy dziwnie poważne, trochę smutne i bardzo dorosłe spojrzenie. Uśmiechnęła się blado do rotmistrza.
– To mnie oddajcie, panie Zbrhl. Mnie chcecie za to złoto bronić, więc to ja w prawie jestem, by wam służbę wymówić. Na tym wasz kondotierski honor nie ucierpi.
– Prawda – przyznał, obracając monetę w palcach. – Ale beze mnie najmniejszych szans nie macie.
– Ale jak ty dublona weźmiesz i zostaniesz, to ja się będę musiała na jakiś nóż rzucić albo z wieży… Zamku już nie mam, złota też. Ale baronówna dalej jestem. Honor mi pozostał. Nikt mnie od ladacznic wyzywać nie będzie. – Odetchnęła głęboko, napinając koszulę i pokazując, jak wiele brakuje jeszcze do dorosłości jej piersiom. – Chyba więc lepiej będzie, jak od razu… Wieża pod bokiem. A wy przeżyjecie, bo jak ja umrę, to nie będzie się o co bić i pozwolą wam odejść.
Zbrhl pociągnął nosem, zaczął nagle wycierać wąsiska. Niezręcznie, bo wielka jak bochen łapa zjechała mu gdzieś w kąt oka.
Vensuelli był szary na twarzy, krople potu połyskiwały mu w brwiach. Debren stał przy oknie, mrużąc oczy, gryzł dolną wargę, by nie myśleć o ogniu, palącym prawe ramię, i skanował. Szukał śladów magii. Rozpaczliwie, czerpiąc całymi garściami ze skromnych zapasów wewnętrznej energii i świadomie rezygnując z rybiego znieczulenia. Bolało jak cholera.
– Nie będzie mi smarkata przynęta na smoki mówić, co mam robić – wycedził przez zęby Vensuelli. – Ani histeryzować, z wieży się rzucając. Tylko podejdź do tamtych drzwi – wskazał wejście do baszty – a słowo daję, że tak ci tyłek skroję, że przez tydzień nie usiądziesz. Słowo…
– Czekaj… – zaczął Debren.
– …honoru daję. A ja honor już mam, bom dorosły.
Debren westchnął. Chciał coś powiedzieć, lecz i tym razem mu nie pozwolono.
– Hej wy, w domu! – rozległo się wołanie Venderka opp Gremka. – Widząc, żeście są ludzie honoru i rycerze z charakteru, choć chyba nie z urodzenia, tudzież pragnąc uniknąć rozlewu krwi osób postronnych i strat materialnych, drużyna Małoczyrakowców waszą na ręczny bój wyzywa! Wyjdźcie i walczcie!
Z zarośli wysunęły się dwie rosłe, zniekształcone frędzlastymi strojami postacie. Obaj mężczyźni wyjęli pociski z korytek kusz, zwolnili cięciwy, a kusze cisnęli daleko w głąb łąki. Trzeci skrywający się w krzakach Małoczyrakowiec wyszedł na parę kroków przed kryjówkę, uniósł ręce, pokazując, że ma w nich tylko jakiś krótki drąg z dziwną, podobną do grabi głowicą bojową na końcu. Strażnik, ten od kuszoszczęki, rąbnął w kolana Culia, zręcznym kopniakiem z półobrotu ugodził Niebrzyma w krocze. Luwanec już przedtem zwisał półprzytomny, więc teraz cały łańcuszek jeńców zwalił się na brzuchy, plecy i kolana. Bezgłośnie. Nikt nie wydał najcichszego jęku. Debren znał powód.
– No, już? – Odsłonięty Jedynka bez pośpiechu wyciągnął krótki miecz z pochwy na plecach. – I żadnego szycia z kusz, bo Siódemka kłapacza użyje. Pokaż im, Siódemka.
Drab potrząsnął kuszoszczęką, po czym przystawił ją do łokcia relacjonatorki. Kobieta próbowała krzyczeć, ale czar dobrze trzymał, nie pozwalał ruszyć ani żuchwą, ani językiem.
– Widzieliśta, jak ślicznie nogi z dupy wygryza nasz kłapacz. Smok by lepiej kulasa nie chapnął. Dziabnie, prawie odgryzie pierwszą szczęką, a drugą się zaprze i odszarpie resztę. Rany autentyzmem tchną, najlepszy myśliwy się nie rozezna. Aż szkoda maszynerii na taką cieniuchną rączkę niewieścią, bo ją pierwszym kłapnięciem odejmie. Ale co tam, nasza strata.
Ronsoise zbladła. Upuściła oszczep. Przykucnęła, by podnieść, ale nieskładnie jej szło. Zbrhl odstawił kuszę, sięgnął do rygla, odblokował drzwi.
– Ronsoise – powiedział łagodnie Debren – przykro mi. Vensuelli dorosły jest, swój honor ma i słowa dotrzymać musi. A ty, bez urazy, dzieckoś jeszcze. W tyłek ci pasy brać żadna hańba. Jak przeżyję, to spróbuję ci balsam sporządzić, a jak nie… No cóż, traktuj to jak wojenną ranę; te zaszczyt przynoszą, nawet jak miejsce mało honorowe. A teraz weź od rotmistrza róg, tę lampkę oliwną z warsztatu i leć na wieżę. Jeżeli zawołam, chluśnij oliwą, żeby się dobrze paliło na pomoście, a potem dmij w róg co sił w płucach.
– Zdurniałeś? – zainteresował się Zbrhl.
– Nie pójdę – dziewczyna tupnęła bosą stopą, potrząsnęła oszczepem. – Wiem, co ci po łbie chodzi, ale nic z tego! Nie będę jak baba w wieży się chować, kiedy wy pod ostrza idziecie! Moja krew ani gorsza od waszej, ani lepsza! Też chcę ją przelewać we wspólnej sprawie!
– Przelejesz – zapewnił zimno magun. – Vensuelli dyshonor by ci uczynił, symbolicznie po tyłku klepiąc. To prawdziwa chłosta musi być, rózgą do krwi. Ronsoise – złagodził głos – my możemy bez uszczerbku wyjść. A ty z bólu płakać będziesz, nawet jak wygramy. A jak przegramy, to zdążysz tym ostrzem pomachać, bo i po ciebie na wieżę przyjdą. Więc proszę cię, jak dorosłego proszę: zrób tak, jak mówię. To nam wszystkim życie może ocalić.
Wahała się jeszcze, w oczach kręciły się jej pierwsze łzy.
– Idźcie, pani – powiedział Vensuelli. – Wolałbym wierzyć, że dla mądrej kobiety łba nadstawiam, a nie dla smarkuli płochej. A kurwą nikt was z mojego powodu nic nazwie. Nikt i nigdy. Macie to pewniejsze od tego lania do krwi. Do widzenia, Ronsoise.
– Do widzenia, Vensu… – przełknęła ślinę. – Vens.
Zbrhl przekręcił gałkę zamka, otworzył drzwi. Wyszli. Już na zewnątrz dobiegł ich, w biegu chyba ku wieży rzucony, okrzyk dziewczyny:
– A alfred wcale nie jesteś!
Tubylcy dotrzymali słowa. Nikt nie strzelał.
To, co przemknęło między Debrenem a zamykającym prawą flankę Vensuellim, było szybsze od strzały i przemieszczało się ciszej. W zasadzie bezgłośnie. Ci, którzy nie posiadali wyrobionego zmysłu magicznego, usłyszeli dopiero trzaśniecie drzwiami.
– To nic – powiedział szybko magun, widząc wahanie Zbrhla. – Lepiej nawet. Żaden nie pogna za dziewczyną.
Frędzlaści ustawili się w półkole, szeroko. Ci od kusz, już bez kusz, z lewej, naprzeciw rotmistrza, jeden z berdyszem, drugi z kiścieniem. Debren miał przed sobą dowódcę, niedbale trzymającego miecz, a Vensuellego zachodził od skrzydła Siódemka, wywijający ósemki napiętym kłapaczem. Piąty pozostał z tyłu, między zalegającymi jeńcami a zaroślami. To, co Debren brał początkowo za grabie, było żelazną łapą z osadzonymi pazurami smoka, bronią raczej psychologiczną, ale w silnych rękach niebezpieczną. Niektóre smoki miały bardzo twarde pazury, które po umiejętnym podostrzeniu cięły niczym kosa.
Venderk opp Gremk odsunął się za stertę kamieni. Nie próbował uciekać, choć obie tyraliery stały już blisko i nikt raczej nie ryzykowałby pogoni kosztem robienia zamieszania i dziury w szyku.