– Prawda – przyznał Debren. Bez cienia kpiny, szczerze. – Doceniam gest. Ronsoise, poświeć nam! I zadmij w róg!
Rycerz nie zadarł głowy, nie spojrzał na wieżę. Nie pozwalał mu na to hełm. I pewność siebie.
– Wiesz, że to ci nie pomoże – powiedział spokojnie. – Noc już. Na tę wyspę nawet za dnia nikt normalny nie Schodzi, a cóż dopiero nocą.
– Wiem. Nie w tym rzecz. Dwaj czarodzieje mieczami ciąć się będą. Taka walka na stosowną oprawę zasługuje, nie sądzisz? – Przez chwilę słuchali przejmującego dźwięku rogu. – Psiakrew, fałszuje baronówna. Przy marnej muzyce przyjdzie umierać. I światło nieszczególne.
– Debren, odstąp.
– Nie mogę. Mnie Berklan tej wyspy z głowy nie wykasuje. Tych ludzi – poprawił się.
– Przecież wiesz, że ta zbroja wymaga czegoś więcej niż takiego śmiesznego mieczyka. A ty, lewą ręką, to i zwyczajnej kolczugi byś nie przebił. Czarami, jeśli nawet odpowiednie znasz, w co wątpię, wiele nie zdziałasz przeciw zbroi. Więc rzuć to żelastwo. Nie chcę cię zabijać. Bo my nie będziemy walczyć, Debren. Wiesz o tym. Wykonam dokładnie jedno cięcie. Wiesz.
– Wiem.
Było cicho, Zbrhl próbował wstać, zepchnąć z siebie przygwożdżonego bełtem trupa. Ale widać było, że nie wstanie. Dookoła wszystko lśniło od krwi.
– To chociaż odłóż miecz – powiedział cicho jeździec. – Umrzesz błyskawicznie, a w świat fama pójdzie, żeś zginął tak, jak żyłeś. Bez broni, próbując przekonywać, zło rozsądkiem zwyciężać. Może i mojemu krajowi coś dobrego z tego kiedyś przyjdzie? Może w następnej wojnie komuś drgnie ręka, nim cywila zarąbie? Nie umrzesz głupio i niepotrzebnie. Oczywiście, famę przed puszczeniem w świat trzeba będzie odpowiednio zmodyfikować. To od smoczego pazura towarzyszy swych bronić będziesz i to smoczy pazur tę dyskusję zamknie. Ale nie martw się, nie wyjdziesz w legendzie na idiotę fakira, co przy dźwiękach muzyki gadzinę morderczą próbuje instynktu wrodzonego perswazją oduczyć. Wieść pójdzie, żeś Ziejacza, istotę bądź co bądź rozumną, głęboko swą postawą wzruszył i do poważnych refleksji skłonił. I że z żalem cię szczerym zabijał, bardziej w imię zasad i tradycji smoczej, niźli z przekonania. Ha, prawdziwie illeńska tragedia z tego się rodzi.
Debren odetchnął pełną piersią. Może ostatni raz. Czary to tylko czary, nic nie jest niezawodne. Ludzie nie zawsze robią to, za co im płacą. A Ronsoise fałszuje, aż uszy skręca.
– Ty też nie umrzesz głupio i niepotrzebnie, Bezimienny – zapewnił. – Ci, których z wyspy zabiorę, milczeć będą. Ziejacz pozostanie żywy. Zadbam o to. Słowo honoru.
Coś zadudniło pod hełmem. Śmiech.
– W głowie ci się od patosu pomieszało, nieszczęśniku. Na co jeszcze liczysz? Na cud? Ty, magun?
Debren zaryzykował dookolne lekkie skanowanie. Zapędzony w śmiertelną pułapkę czarodziej niczym się nie różni od zwykłego zjadacza chleba. Rozgląda się gorączkowo, bezsensownie. Nie ma w tym niczego nienaturalnego.
– Kradzione nie tuczy – uśmiechnął się ze smutkiem. Znalazł wibrację. Leciutką. I daleko jeszcze. Ale zbliżała się błyskawicznie. – To na hełmie… To smok, prawda?
– O czym ty…?
– Rupp… – zaczął Debren.
Coś zawyło, skradło granatowemu niebu odrobinę szczątkowego blasku, łupnęło, zachrzęściło dartymi blachami, mlasnęło pękającym mięsem, zgrzytnęło łamanymi kośćmi, zadudniło o kamienne ściany budynku, cisnęło w trawę wyszarpniętą z nitów główkę ni to żaby, ni to gada.
– …i trup. Nie ruszaj się, Zbrhl. Już do ciebie idę. Już no wszystkim.
Księga czwarta: Której oczu nie zapomnieć
– Powiedzcie mu, że murarz sknocił robotę – Debren starł pajęczynę z czoła i ostrożnie zeskoczył z beczki. Deski ułożone w charakterze pomostów między kamiennymi stojakami pokryte były śliską mieszaniną pleśni i butwiejącego drewna, a tam, gdzie nie było desek, stała czarna woda. Czort wie jak głęboka i czort wie, co kryjąca pod swą mętną taflą. Posadzkarz też się nie popisał.
Dziesiętnik grodzkich drabów, który za młodu służył w lancknechtach i dobrze znał staromowę, przetłumaczył na depholski. Zwięźle, ale i tak udało mu się użyć trzech słów, które Debren zdążył poznać jako wielce w tych stronach plugawe. Nieźle. Całe zdanie liczyło słów sześć.
– On pyta, po jaką cholerę obrażacie dobrych rzemieślników, będąc zaś… będąc cudzoziemcem z kraju, gdzie cegły gwoździami zbijają.
Debren posłał karczmarzowi wieloznaczny zawodowy uśmiech.
– Powiedzcie gospodarzowi, panie dziesiętniku, że robię to z przykrością i tylko dlatego, że me serce swą hojnością podbił. Umówiliśmy się na wikt z mięsem i dobre łóżko, ciepłe. A jak się spiszę, to i premia w postaci dziewki usłużnej miała wpaść. Niektórzy karczmarze to samo obiecują, a potem dają suchą kaszę, wiązkę słomy w stajni i pijanego parobka za towarzystwo. Mile zaskoczony byłem, kiedy już na pierwszą wieczerzę podał płat mięsa tak wielki, że nie tylko go od razu w misce wypatrzyłem, alem i widelcem weń wcelował, choć ciemno było. Ba, nawet zwierzynę udało się rozpoznać. Powiedz mu, że tam, skąd pochodzę, nikt tak dobrze szczura wodnego nie przyrządza. Podziękuj za miejsce do spania w kuchni. I kucharkę usłużną. Że czosnek na okrągło żre, to pewnie i lepiej, bo to widać zdrowe warzywo. Baba piąty krzyżyk na karku dźwiga, a proszę, jaka sprawna. Co rusz, niby to z winy sklerozy, posłania myli i do mego się pakuje.
Dziesiętnik podrapał się po głowie, splunął w przepływającego obok szczura wodnego i przetłumaczył, mocno skracając.
– Mówi, że skoro chwalicie jego rzetelność, to zróbcie, co do was należy. Poślijcie złodzieja tam, gdzie jego miejsce. Na szubienicę.