Выбрать главу

No i komarów. Magun nie zastanawiał się długo, ale zatłukł aż dwa, nim przemówił.

– Jeśli nie wezmę tych osiemdziesięciu szelągów, to chłopaka nie powieszą, tak? Ile mogę wziąć, by żywy z lochu wyszedł?

Dziesiętnik, jak przystało na stróża porządku i reprezentanta przodującej nacji, celnie strzyknął śliną do ślicznej, malowanej w kwiatuszki spluwaczki. Bo i spluwaczkę ustawiono przy ławeczce.

– A co wam tak na owym otroku zależy? – uśmiechnął się domyślnie, ale i wyrozumiale. – W oko wam wpadł? Nie bójcie się mówić, to Dephol, nie jakieś wczesnowieczne księstewko, gdzie za szczyt wyuzdania uważają wychędożenie własnej żony bez koszuli nocnej. My tu, mówiłem, torel… lancyjniśmy są. Chłopca chcecie? Nie ma problemu. Ale po co za byle karczemnego wycierucha osiemdziesięcioma szelągami płacić? Tylko nam złej sławy narobicie w świecie, że niby tak drogo u nas. Na ratusz wracam. Przejdźcie się ze mną, to wam po drodze wskażę, gdzie już za dwanaście ślicznego pacholika wam dadzą, i to porządnie, w łóżku czystym i przy świecach.

– Innym razem. Teraz, jeśli taki uprzejmy z was człowiek, powiedzcie w ratuszu, że czwartej skargi nie będzie. Jak się nie da inaczej, to zrezygnuję z zapłaty. Czy może tylko z części wystarczy, co, dziesiętniku?

– Głupio robicie – pokręcił głową podoficer drabów. – No cóż, serce nie sługa. Ale będzie was to kosztować prawie całą sumę. Tu czeladź w karczmach za wikt i opierunek głównie służy, płacą im tyle co nic.

Zasalutował do szturmaka i odszedł. Skacowanym marynarzom irbijskim, wracającym na okręt bez sakiewek, butów i części garderoby, honorów ostentacyjnie nie oddał, choć z pozostałej części garderoby wynikało, że służą w królewskiej flocie i jako wojskowym pozdrowienie im się należy. Irbijczycy nie zwrócili uwagi na uczyniony im dyshonor. Dwaj podtrzymywali trzeciego, który próbował rzygać na rabatkę tulipanów, czwarty śpiewał serenadę, śląc całusy zerkającej zza firany mieszczce, a piąty usiłował kopnąć psa.

Debren zatłukł następnego komara i zaczął się drapać. W piwnicy było zimno i wilgotno, a opar winny, mimo profilaktycznie wypitego rosołu i zaklęcia ochronnego, trochę go otumanił. Tu szalały te krwiożercze bydlęta, całymi chmarami ciągnące do miasta z podmokłych łąk, polderów i starorzeczy. Reumatyzm i kac – albo malaria. Miły wybór. Mógł też ukryć się w kuchni, gdzie było za gorąco i za smrodliwie nawet dla bardzo wygłodniałego komara. Ale nie wytrzymałby długo w szczelnie zapiętym kaftanie, a na widok pierwszego odpinanego guzika ta trzaskająca garami wiedźma zastawiała drzwi miotłą i zaczynała podciągać spódnicę. Cholerny przecywilizowany Wschód, gdzie prosta baba nie tylko dożywa pięćdziesiątki, ale w parę lat później ugania się jeszcze za portkami.

Mogłaby już przypłynąć ta barka.

– Hej, ty. Tak, do ciebie mówię. Czy to karczma „Pod Złotym Bażantem”?

Jeździec był grubszy od swego muła, choć i ten na zabiedzonego nie wyglądał. Miał dobrze po czterdziestce – jeździec, nie muł – i trochę zaskakujący w tym wieku strój rycerskiego giermka. Strój był w dobrym gatunku, wytrzymały, co mu się bardzo przydało, bo plamy z błota, trawy, sadzy i tłuszczu świadczyły, że jego użytkownik rzadko sypia w karczmach. Ton, jakim zadano pytanie, pasowałby bardziej do rycerza niż sługi, ale Debrena nie zdziwił. Nieznajomy mówił płynną irbijszczyzną, językiem opiekunów względnie okupantów – w zależności, kto komentował – z dalekiego południa. Arogancja poddanych króla Belfonsa była przysłowiowa i dawała się zauważyć już od starszego pastucha wzwyż. Ten chyba nie był pastuchem, choć przywiódł drugiego muła.

– Bażant, głupku – zamachał łokciami grubas. Potem postukał się po sakiewce. – Złoty, rozumiesz? Zło-ty ba-żant. Nauczylibyście się w końcu ludzkiej mowy. Widzę, że nic nie rozumiesz.

– To źle widzicie. Rozumiem. Znam staromowę, a irbijski od niej się wywodzi.

– Ha. – Jeździec milczał przez chwilę. – No proszę. Poliglota.

– Za to depholskiego nie znam – wyznał szczerze Debren. – I pewności nie mam, czy dobrze trafiliście. To zwierzę, obok nazwy na szyldzie namalowane, równie dobrze może być rudym cietrzewiem, indorem anvaskim albo… Bo ja wiem?

– Nie zawracaj mi głowy, człowieku – zniecierpliwił się rumianogęby Irbijczyk. – Z pola walki tu przygnałem, czasu nie mam na prześmiechy. Wina aby łyknę i w drogę ruszam.

– Co się stało? – spoważniał Debren. – Chyba nie… nie powstanie?

– Bunt, chciałeś powiedzieć – poprawił chłodno grubas i zsiadł z muła. – Daruję ci tę omyłkę, bo staromowa to jednak nie irbijski, więc przyjmuję, żeś po prostu błąd językowy popełnił. Unikaj takich jednak na przyszłość.

– Wybaczcie.

– Wybaczam. Popilnuj moich mułów, jak już tu siedzisz i bąki zbijasz.

– Zgaduję, że bunt nie wybuchł. Można wiedzieć…

Nie można było wiedzieć, ponieważ gruby wpadł do karczmy, głośno domagając się wina. Ktoś zatrzasnął drzwi i Debren został sam na sam z dwoma znudzonymi mułami. Nie wyglądały na zajeżdżone z pośpiechu, co dobrze wróżyło. Bunt, który tutejsi nazwaliby powstaniem, najwyraźniej nie wybuchł i istniało duże prawdopodobieństwo, że spóźniona barka dowlecze się jutro do przystani jeszcze jako barka, a nie rzeczny okręt pomocniczy niepodległego Depholu.

Zabił czternaście komarów i przymierzał się do piętnastego, kiedy gruby giermek zjawił się ponownie na ganku.

– Za takie siuśki płacić nie będę! – przekrzyknął jazgot karczmarzowej. – A w ogóle to zamilcz lepiej, babo niewdzięczna! My z panem moim pierś za was nadstawiamy, z potworami się potykamy! I taka wdzięczność nas spotyka! Kutwy depholskie, dusigrosze! Żegnam! Noga moja więcej tu nie postanie!

Trzasnął drzwiami, zszedł na dół, zaczął odwiązywać uzdę od belki.

– Wypadałoby zapłacić – powiedział od niechcenia Debren.

– Nie ucz mnie, mądralo. Nie po to król nasz nieboszczyk krew przelewał i tę smrodliwą prowincję pod swe berło przyjmował, żeby teraz porządny Irbijczyk musiał ostatnią koszulę pazernym tubylcom oddawać.

– Pewnie nie – zgodził się magun. – Ale też wiele tej krwi monarcha nie naprzelewał. Może trochę z księżniczki Zdelajdy, co mu w posagu Dephol wniosła, choć i to wątpliwe, bo młódka z niej już wówczas nie była.

– Jak śmiesz komentować politykę dynastyczną naszego tragicznie zmarłego króla? Cholera, gdybym się tak nie spieszył, to wziąłbym cię za kark i zawlókł do komendy garnizonu. – Wdrapał się na siodło, postękując pod ciężarem brzucha. – A, co mi tam,… Chodź no tu, obwiesiu. I tak chyba muszę na zamek zajechać, to cię śledczym podrzucę. Mają tam pewnie tłumaczy, co to psie szczekanie tubylców rozumieją, a ja muszę koniecznie języka zasięgnąć.

– Może ja wam pomogę? – zapytał Debren, nie ruszając się z ławki. – Gorąco dzisiaj, łazić się nie chce. A przy zamku fosa jest, w niej komary od żab większe. O szubienicy nie wspominając. To kraj niewdzięczników, więc pewnie nie zdjęli tego trupa, com go przedwczoraj widział. A już wtedy cuchnął tak, że nos wykrzywiało. Przykład dawał, jak buntownicy kończą.

– No, nie wiem… Czarownika, co tu na stancji stanął, pewnie nie widziałeś?