Выбрать главу

– Wrażliwy? W tym fachu?

– A żebyście wiedzieli! Z początku też nosem kręciłem na takiego czeladnika sentymentalnika, bom starej daty jest, ale teraz już wiem, że tak właśnie trza. Jak klient łzy w oczach widzi i cierpienie szlachetne na gębie, to mniej się na ceny krzywi.

– A pierze pewnie z rozpaczy darł, hę?

– Panie giermek, wyście wojenny człek, to i macie prawo na subtelnościach naszej profesji się nie znać. Ale tyle wam się chyba o uszy obiło, że darcie wszelakiego typu silnie się z rozpaczą wiąże, i to od wieków pradawnych. Tak oto włosy z głowy sobie niewiasta wydziera, gdy męża zmarłego żegna, zaś mężczyzna brodę szarpie i wąsy, gdy go nieszczęście dotknie. A płaczki co czynią na potrzebie? Drą się!

– Słuchaj no, Vanringer, tobie chyba się wydaje, że z panem moim mówisz. A tak nie jest. To ja, Sansa zwany Chudym. Nie żaden rycerz błędny, jeno giermek twardo na ziemi stojący, choć w siodle chwilowo. Mnie tak łatwo w pole nie wywiedziesz. Pijecie też z rozpaczy? Wszyscy? Jeden wrażliwy… niech będzie. Powiedzmy, Ale cała firma?!

Debren patrzył na narożniki skrzyni wozowej. Były okute polerowaną, a może nawet srebrzoną blachą i ozdobione głowicami, już bez dwóch zdań krytymi srebrem. Te z przodu wykonano w formie kół popiątnych, tylne miały kształt ludzkich czaszek. Sporą część ozdób i nadwozia zdemontowano, ale magun zaczynał domyślać się, do czego służył wóz. Nie był tylko pewien, czy służy nadal. Na przecywilizowanym Wschodzie wielce popularne były bankructwa, a na licytacjach można było kupić względnie tanio zupełne nieprawdopodobne rzeczy.

– To się nazywa stypa polowa – wyjaśnił Vanringer bez mrugnięcia okiem. – Połączona z toastem ku czci poległego przeciwnika, któren, chociaż wróg, dzielnie wszelako stawał i uhonorowany być powinien. Jako sławny wojownik ten akurat zwyczaj rycerski znać powinieneś.

Sansa zasapał, poczerwieniał na twarzy i bez tego rumianej.

– A te rury na wozie?! – wymierzył oskarżycielsko palcem. – Przekładnie ze stali hartowanej?! Wszystko, co najcenniejsze w wiatraku było?! Za durnia mnie masz?!

– Niepotrzebnie tak się podniecacie – oświadczył spokojnie Vanringer. – Nie moja to wina, że koszty dodatkowe ponoszę, po tych błotach woły i wóz ciągając. Wierzcie mi, że żadna to dla nas przyjemność, o korzyściach nie mówiąc. Ale po ostatnim pow… buncie, rzec chciałem, przepisy sanitarne drastycznie zaostrzono, bo buntowników takie masy legły, że z trupich jadów zaraza wybuchła. Ha, złoty czas to był – uśmiechnął się błogo – a obroty, mój Boże… No, ale każdy kij ma dwa końce i zawsze którymś człek po łbie oberwie. Owóż dekretem wicekróla samego ustanowione zostało, że gdy masa trupia łączna, znaczy ludzi, koni i bydląt machiny wojenne ciągnących, dwadzieścia cetnarów przekracza, wnętrzności padliny wyjęte mają być i na wskazany teren przewiezione. Tam, przez biskupa lub równego mu rangą skropione, szkód dużych już nie uczynią, a i pożytek dadzą, szczurów z grodu odciągając. No więc my, ludzie praworządni, kiszki i flaki owego wiatraka wywozim. Z bożym błogosławieństwem bez ochyby, bo na tym trupie wiatracznym nieźle kuria, a więc i Pan nasz zarobi.

Debren znów nie rozumiał. Zaczął przyglądać się podejrzliwie twarzom czarno odzianych pomocników Vanringera i ich porozpinanym dla ochłody szatom. Błysk fanatyzmu w oku albo odwrócone koło na piersi wiele by tłumaczyły. Na Wschodzie modne się ostatnio porobiły różne dziwaczne sekty. Chociaż, prawdę mówiąc, o takiej, co karawanem złom porozbiórkowy wozi, dotąd nie słyszał.

– Dobrze, Vanringer – powiedział Sansa zwany Chudym. – Widzę, że bezczelności ci nie brak i z niejednego potrafisz się wyłgać. Ale z tych desek, co na wierzchu leżą, to się już, depholski krętaczu, nie wyłgasz. W wiatraku też na wierzchu były. I pod dekret sanitarny za cholerę nie podlegają. Ha! Co ty na to, oszuście?

– To, żeś nie słuchał, jak się z twoim rycerzem umawialiśmy. Wino żłopałeś, które ci nieopatrznie córka moja podała, choć dla klientów jest, a nie dla ich pachołków.

– Giermków, drążydziuro jeden! Giermek jestem!

– Giermek prawą ręką pana swego jest, broni go przed popełnieniem głupstw i radą dobrą wspiera. A wy co robicie, Sansa? Judzicie, na ludzi uczciwych szczujecie, i to głupio. Bo jak ze mną umowę zerwie, to co mu zostanie? Samemu za łopatę się chwycić? Szlachcicowi?

– Uczciwego przedsiębiorcę pochówkowego znajdziemy!

– Nie tu, panie Sansa, nie tu. Nikt z wami gadać nie zechce; nie po tej masakrze, co ją wielmożny rycerz błędny urządził. Może i w naszym cechu o hienę cmentarną łatwiej niż w innych, ale za to z durnej brawury nie słyniemy. A patrioci już rozgłosili, że kto z wami trzyma, renegację czyni i beknie za to głośno i boleśnie. Ja umową jestem zobowiązany, to się wybronię, bo jak się ugadywaliśmy, tom nie wiedział, że sprawy tak daleko zajdą. Ale teraz wszyscy już wiedzą. I klnę się, że chętnych do pracy nie znajdziecie. Zwłaszcza że prognozy wróżek dobry sezon zapowiadają, może pomór nawet, a głód to prawie na pewno, więc przymusu ekonomicznego w naszej branży nie czuć. Kantory same się z kredytami pchają. Koniunktura.

– To łazików z gościńca skrzyknę – nie dawał za wygraną giermek. – Za pół waszej stawki pobojowisko uprzątną.

– Tak? – wziął się pod boki Vanringer. – Bez papierów? Zezwoleń? Pokropku? Narażając gminę, a może i cały Dephol na wybuch epidemii? Amatorów do grzebalnej roboty brać chcecie? To ludobójstwo!

– Eee tam…

– I przestępstwo – dodał Vanringer. – Gardłem karane.

Sansa zmarkotniał. Zabrakło mu konceptu. Debren, trochę urażony ciągnącym się przez całą drogę, wyniosłym milczeniem giermka, nie litował się nad nim zbytnio. Ale w obejściu byli nie tylko czarno odziani i skłócony z nimi giermek.

– Tam wisi człowiek. – Pochylił się w kulbace, wskazał ręką. – Nie moja sprawa, ale jeszcze parę desek i nie zmieści wam się na wozie.

– Co? – zdziwił się szef grabarzy. – Że jak? Kto to jest, Sansa?

– Medyk – odpowiedział wstrzemięźliwie giermek.

– Medyk? Jeszcze jeden? I ty mi parę marnych groszy żałujesz? Na epidemię straszliwą narażacie ludność niewinną, a sami za ciężkie dukaty drugiego szarlatana sobie sprowadzacie?

– Nie wasza to sprawa – rzucił wyniośle Sansa. – A co do tego wisielca w szopie, to mistrz Debren praw jest. Ruszcie wasze tłuste od nieróbstwa depholskie tyłki i na wóz go przenieście, póki jest miejsce. Trup to ewidentny; stąd słyszę, jak muchy przy nim brzęczą, a trupy to przecie wasz chleb. He, he…

– Za ile? – zapytał spokojnie przedsiębiorca pochówkowy.

– Żadne „za ile”. Umowę macie. Pobojowiska uprzątacie z trupów. Walka tu była, trup jest. Czego jeszcze byście chcieli? Premii ekstra?

– Walka była i trup jest – zgodził się Vanringer. – Ale niebojowy. Widać, że się gospodarz w nocy obwiesił, z rozpaczy pewnie.

– Bo warsztat pracy stracił – wskazał resztki wiatraka giermek. – Czyli kwalifikuje się jako ofiara działań bojowych. Jak ranny, przykładowo, co parę dni po bitwie zemrze.

– A łajno! – postawił się grabarz. – Pole miał, z wiatraka tylko dodatkowe dochody czerpał! I żona mu, suka, z trubadurem uciekła! Więc nie wiadomo, czemu się na życie targnął! Więc pod umowę nie podpada i jak chcecie, byśmy go grzebali, to płaćcie!