Dach wiatraka nie był jeszcze skończony, od południa było w nim kilka nie przykrytych deskami szczerb. W jednej z nich na łączącej krokwie listwie siedziała dziewczynka w burej sukience. Dziesięcioletnia z grubsza.
– Tam jest dziecko – powiedział trochę niepewnie Debren. – Na górze. Jak spadnie, to się zabije.
– Widzę, że naprawdę się znacie na wiatrakach – uśmiechnął się złośliwie rudy. – Trzeba nie lada fachowca, by tak od razu to stwierdzić. Na medycynie też się musicie znać, i to perfekcyjnie. Przeciętny medyk, jak go pytają, co będzie, to jeno mądre miny robi, coś uczenie mamrocze i gada o wielkiej złożoności procesów życiowych. A tu proszę: szast, prast! i stoi jasna, jednoznaczna diagnoza. Spadnie smarkula, to się zabije. Brawo.
– Pan Sansa sprowadził mnie tu do jakiejś roboty – stwierdził chłodno Debren. – Może o niej pomówmy. Zgaduję, że nie o zdjęcie dziewczynki z dachu chodzi.
– Nie – pokręcił głową Kipancho. – Problem jest dużo bardziej skomplikowany. To dziecko, panie magun, znajduje się pod złym urokiem podstępnego potwora. I zginie, jeśli popełnimy choć jeden mały błąd.
– Potwora? – Debren rozejrzał się zdziwiony. – Tu gdzieś jest potwór?
– Patrzycie na niego – uśmiechnął się melancholijnie Kipancho. – Dziewczynka siedzi na jego głowie.
– Smakowało? – zapytał Def Groot i sam sobie odpowiedział: – Widzę, że smakowało, A mówiłem, że warto usiąść, pomyśleć chwilę, skosztować mojej kuchni. Pochopne decyzje nigdy mądre nie są. A już te na pusty żołądek Bo zupełnie głupie. Sansa, odłam jeszcze kęs chleba. Widzisz, że mistrz łakomie na tłuszcz zerka, a lizać miskę mu głupio. To co, panie Debren? Zdanie zmieniliście?
Debren wytarł starannie drewniany talerz, przeżuł pachnący pieczenią chleb. Porcja była średnia, ani duża, ani mała, w sam raz na regularnie napełniany brzuch. Czyli trochę za skromnie dla niego. Ostatnio więcej jeździł i pływał niż jadał. Podróże może i staniały, o czym trąbiły na prawo i lewo firmy obsługujące pielgrzymów, ale za to o bezinteresowną gościnę czy dorywczą pracę było coraz trudniej. Nie rozpieszczał się sutymi posiłkami już od dobrych dwóch tygodni, więc chętnie zjadłby więcej. Więcej jednak nie było. Pozostawało uzupełnienie pustki w żołądku gorącym, lekko słodzonym napojem.
Siedział po gorszej, nawietrznej stronie ogniska, gdzie nie było dymu, za to były komary. Jadł cudownie aromatyczną pieczeninę. Więc zapomniał. Opar z podanego kubka uderzył go jak pięść dżuma, wyskakującego nagle z butelki.
– Niewiasta? Babę wam zapach przypomina?
Uniósł twarz, posłał pełne niedowierzania spojrzenie lekko uśmiechniętemu rudzielcowi.
– O czym mówicie? – Chciał, by zabrzmiało to szorstko, ale ta cholerna mięta zrobiła coś niedobrego z jego strunami głosowymi.
– Niewiasta – pokiwał głową Def Groot. – Pewnie wiedźma zielarka, co? Te są najgorsze. Rurowałem kiedyś jednego kupca, co w puszczy pobłądził i w gościnie u takiej na dwa dni stanął. Do dziś nie wiem, czym go tak omotała: lubczykiem, czarami czy może urodą, wiedźmim sposobem podrasowaną. Alem pół roku nad biedakiem pracował, a i jak skończyliśmy, to zdarzało mu się ni z tego, ni z owego łzami zalewać. Rodzina pretensji nie wniosła, bo ze dwa razy kontrahentów tak tym przy targu zaskoczył, że z ceny zeszli. Taa… Ciężki był przypadek. Wasz, na szczęście, tak poważny nie jest.
– Nie wiem, o czym mówicie – powiedział Debren, patrząc w trzymany oburącz kubek.
– Dobrze gotuję – uśmiechnął się zagadkowo Def Groot. – Ale kucharzem nie jestem. Jako duszysta na chleb zarabiam. – Odstawił talerz, nie do końca wyczyszczony z mięsa. – A także na sery, szynkę, wino zacne. Nie mówię tego, by się przechwalać. Chcę tylko zwrócić twą uwagę na fakt, który zapewne znasz z własnego doświadczenia. Na tym świecie tacy jak my, nisko urodzeni, muszą dobrze robić to, co robią, by szynkę i ser winem zapijać. Nie daj się zwieść pozorom, patrząc na mój skromny wózek i starą zbroję pana Kipancho. On nie jest byle kim, a i ja nie byle komu świadczę swe cenne usługi.
Debren zerknął na czwarty talerz, ani lepszy, ani gorszy od innych, za to z nietkniętą porcją, a potem do tyłu, na wiatrak. Chudy szlachcic, wciąż w pełnej zbroi, choć bez hełmu, stał z zadartą głową i przyglądał się nieruchomym skrzydłom.
– Wiem – mruknął, odwracając się z powrotem ku duszyście. – Wiem, kto to jest Kipancho z Lamanxeny. Czytałem o nim. Nie doczytałem się tylko, że to ktoś realny, z krwi i kości.
– Tak bywa z tymi, co genialnych poetów zainspirują.
– Pan Kipancho, ten z eposu rycerskiego… Darujcie, że chociaż krytyk ze mnie żaden, opinię swą wygłaszam, ale chyba odosobniona nie jest. To wzniosła postać, tragiczna i w symbole bogata, ale trochę… no…
– Szalona? – Def Groot uśmiechnął się wyrozumiale. Nawet nie spojrzał na Sansę, choć ten, jako lojalny giermek, powinien teraz albo zdzielić go miską, albo odstawić ją i pognać z donosem. No cóż, Def Groot był duszysta, którego stać na wino i szynkę. Znał się na ludziach.
– Mój pan to wariat – stwierdził bez ogródek Sansa, oblizując łyżkę. – Medycy obaj jesteście, to mogę wam to śmiało powiedzieć. Zupełnie rąbnięty wariat. Młotem bojowym, konkretnie. W bitwie pustynnej z temmozanami.
– Rozumiem – powiedział wolno Debren. – I twoją tu obecność, mistrzu Def Groot, i dziwne urojenia rycerza, któremu wiatraki z potworami się mylą. Młot bojowy ćwierć cetnara i więcej waży; mało się takich spotyka, co cios w hełm przeżyli. Ale co ja tu robię, nie rozumiem. Z owym młotem wasz zleceniodawca dawno się zetknął, to widać. Do świeżej rany nieraz byłem wzywany, zwłaszcza w okolicy mało w medyków i balwierzy zasobnej. Do takich przypadków… nigdy.
– Nikt cię nie prosi, byś leczył Kipancha – uspokoił go i duszysta. – Choroby umysłu to moja działka, zwłaszcza że z przyczyn naturalnych zrodzone. Co prawda pacjent upiera się, że młotem poraził go w boju Czwororęki Mag z Saddamanki, ale nawet jeśli tak było, bezpośrednia przyczyna pomieszania zmysłów magiczna nie jest, bo młot był zwyczajny. Nie mówiąc o tym, że psychice rycerza bardziej chyba zaszkodziła panna Dulnessa Romez. Cztery razy od owego młota cięższa i proporcjonalnie szkodliwsza.
– Jej też poeta nie wymyślił?
– Poeta historię ubarwił i upiększył, ale to, co oś narracji stanowi, to prawda.
Debren jeszcze raz poszukał wzrokiem długiej, lśniącej blachami postaci. Nie znalazł. Kipancho, trochę nie po rycersku, podchodził chyba wroga od tyłu, od strony wału przeciwpowodziowego i leszczynowych zarośli. Gospodyni, zgarbiona i zapuchnięta od płaczu, zdrapywała spaloną kaszę z kociołka, dziewczynka siedziała na dachu, nieruchoma i nastroszona niczym jakieś brązowe ptaszysko, a pompiarz zniknął.