Выбрать главу

– Czy panna Dulnessa żyje jeszcze?

– Jako panna? – uśmiechnął się po swojemu rudy. – Nie. Widzicie, panie Debren, dziewczęta, na których wspomnienie kubek z miętą w pewnej ręce dygoce albo wiatrak skrzydła w szyderczym geście zgina, otóż takie dziewczęta szybko mężów znajdują.

Debren odstawił kubek. Był zły, bo wcale nie drżały mu dłonie. Może trochę za mocno zaciskał palce na cynowej blasze, to wszystko.

– Na babach całkiem się nie znam – wzruszył ramionami. – rzeczą maguna jest użyte czary rozpoznawać i radę przeciw nim znajdować. Czasem nowe zaklęcia składać i szlifować, nim w świat pójdą. Ale ciosów zadanych w duszę cetnarową niewiastą nie leczymy. Takie przypadki kieruję do najbliższego zamtuza z dobrze zaopatrzoną w trunki piwniczką.

– Na sobie tej przemyślnej metody próbowaliście?

Debren przyglądał mu się chwilę w sposób mało przyjazny.

– Czytałem kiedyś o jednym rycerzu – powiedział pozornie niedbale – co wspomnienia przykre zabijał, kładąc trupem Bogu ducha winne wiatraki. Pewnie dlatego, że mieszanie skrzydłami powietrza uznał za bliskie mieszaniu się w jego intymne sprawy. Uważajcie, panie duszysto. Ta metoda może w kimś wzbudzić duże nadzieje, a tu wiatrak dyskretny jest, stoi z boku i nosa w cudze sprawy nie wtyka. Więc w kolejce do złojenia skóry wy na pierwsze miejsce się wysuwacie.

– Pozostańmy lepiej przy metodzie pana Kipancho. – Def Groot nie robił wrażenia przestraszonego. – Jeśli zamtuz i trunki nie pomagają usunąć zapachu mięty, to może spróbujecie ramię w ramię z rycerzem jakiegoś potwora ubić?

– Mówicie o wiatraku?

Duszysta pacnął się dłonią w kark. Ujął w palce zgniecionego komara, ale nie wrzucił do ogniska, jak parę poprzednich.

– Słyszałem o jednym badaczu robali, co to paskudztwo oskarżał o to, że diabła na grzbiecie wozi. Tenże przy ukąszeniu w krew człowiekowi wchodzi albo zwierzynie, z czego choroby się biorą. Głównie trzęsionka, zwana też febrą albo malarią. Badacz, co ową dziwaczną teorię głosił, nim na złą drogę zszedł, magunem ponoć był. Czyli ani durniem, ani fantastą. I nie za to na stosie go spalili, że głupoty o komarach opowiadał, a za to, że zwykłe bagienne duszki z siłą piekielną pomylił.

– I że na czele komisji śledczej jeden biskup stał z gębą całą w krostach, bo na mokradłach często na kaczki polował. Ponoć reszta sędziów, mocno argumentacją uczonego wstrząśniętych, dziwnie na wielebnego zerkała. Efektów diabelskiej działalności szukając. Znam tę historię. Młodych magunów na jej przykładzie uczą, by od diabłów i kapłanów z daleka się trzymali. Po co mi ją opowiadasz?

– Chciałem tylko zwrócić twą uwagę na fakt, że złe duchy i potwory mieszczą się w takim oto zwykłym, maleńkim robaczku. Więc dlaczego miałyby nie pomieścić się w dużym wiatraku?

– Komar to żywa istota.

– Skąd wiesz? Bo skrzydłami macha? Wiatrak też macha. Krew pije? Wiatrak też pije, tyle że wodę.

– Wiatraki się nie rozmnażają.

– A widziałeś kiedy komara w trakcie samorozmnażania? – Debren otworzył usta, by prawie od razu zamknąć je z powrotem. – No właśnie. Wiadomo, że z błot i wody stojącej wielkimi chmarami wylatują. Gdyby Bóg na ziemię z niebios spojrzał, to co by ujrzał z owej wielkiej wysokości? Chmarę maleńkich wiatraczków machających skrzydłami jak Dephol długi i szeroki. A co to jest Dephol? Błota i wody. Dostrzegasz analogię?

– Zaczynam – rzucił przez zęby Debren. – I nie pojmuję, dlaczego po bezdrożach się włóczycie, wiatraki spokojnym ludziom niszcząc. Ten sam efekt, czy raczej brak efektu, można osiągnąć, siedząc pod karczmą i tłukąc packą komary. Kipancho to Irbijczyk, więc rozumiem, że los tubylców jest mu obojętny, ale dla was ta kobieta – wskazał czyszczącą kociołek gospodynię – przecież jest rodaczką. Nie żal jej wam? I tej dziewuszki, co ze strachu na dach uciekła? Wiecie, że w tym poprzednim wiatraku, coście go nawiedzili, właściciel się powiesił?

– Debren, ja jestem duszysta, a nie świata naprawiacz. Pomagam ludziom, co sami ze swymi troskami sobie nie radzą. Za pieniądze, bo to mój zawód. Temu pompiarzowi też bym pomógł, gdyby zamiast po sznur, po radę fachowca sięgnął. Ale teraz płaci mi rycerz Kipancho i to jego duszą schorowaną przede wszystkim mam obowiązek się zająć.

– Mało skutecznie to robicie. Widziałem po drodze trzy świeżo spalone wiatraki. I gromadę grabarzy przy czwartym, rozwalonym. Piąty jeszcze stoi, ale coś mi się wydaje, że Kipancho nie po to wokół niego krąży, by uroki architektury podziwiać. Założę się, że teraz rękawicę wiatrakowi rzuci i walkę zacznie.

– Nie zakładajcie się lepiej, bo przegracie.

– Może nie jestem zawodowym duszysta, ale trochę na ludziach się znam. Stawiam wszystko, co mam w gotówce, że zaraz którąś z tych owiniętych szmatami tyczek wyciągnie. Bo to nie żadne tyczki, tylko kopie. Z tych nowoczesnych, na trzy części składanych. W sam raz broń, jak kto chce się z wiatrakiem potykać.

– Presji ulegam i zakład przyjmuję – uśmiechnął się szerzej Def Groot. – Nie z chęci zysku, bo zawodowiec jestem i widzę, żeś golec. Ale dla dobra pacjenta złamię swe zasady i oddam się hazardowi. Bo też i żaden to hazard. Przegrałeś, czarodzieju. Dawaj sakiewkę.

– Hę?

– Rzuć okiem na przednią ścianę wiatraka. Tam, za najniższą łopatą wirnika. Widzisz? To nie sęk ani żadna techniczna nowinka. Ta nieładnie przełamana rura drewniana, ze ściany stercząca, to koniec ułamanej kopii. Walki nie będzie, Debren, bo walka, krótka, lecz piękna, już się odbyła. Gdybyś przyjrzał się śladom, dostrzegłbyś trawę stratowaną kopytami. O tam, widzisz? Sansa zadął przepisowo w róg, a Kipancho zaszarżował stamtąd, zza jabłonki. Pierwszym ciosem sięgnął trzewi potwora i wyeliminował go z walki. Kopia pękła wprawdzie, ale spójrzcie: czwororęki już żadną ręką nie rusza. Pokonany został.

– Czwororęki?

– Tak Kipancho określa wiatraki. Sakiewka, Debren.

Debren, kręcąc z niedowierzaniem głową, wysypał na dłoń kilka miedziaków i jednego małego srebrnika.

– Bierz, twoje są. Nie wiem, jak je chcesz w dobro pacjenta obrócić, ale szczerze ci życzę powodzenia. Za poczęstunek dziękuję i żegnam.

– Poczekaj. – Def Groot poderwał się, widząc, że magun wstaje. – Nie możesz tak po prostu…

– Mogę – wyprowadził go z błędu Debren. – Tak po prostu. Jeśli przyczyn nie rozumiesz, to lepiej zmień zasady i zajmij się zawodowo hazardem, bo dupa jesteś, nie dusz ludzkich znawca.

– Czekaj, Debren, nie odchodź. Rozumiem przyczyny. Ale nie odchodź.

– Zgodziłem się tu przyjechać, bo ten hultaj o jakichś ranach związanych z magią bajdurzył. To robota dla maguna, jak fachowca lepszego pod ręką nie ma. Ale do wiatraków to sobie cieślę najmijcie.

– W tym wiatraku zły duch siedzi.

– I ty w to wierzysz? Widziałeś może tego ducha? Słyszałeś? Nie chrzań mi tu, Def Groot, z łaski swojej. Zwłaszcza że zarabiasz na owym hipotetycznym duchu.

– Jak będziesz w mieście, zajdź do pierwszej napotkanej świątyni. Zapytaj księdza, mniejsza o wyznanie, czy W Boga swego wierzy. Czy widział go może lub słyszał. Poproś, by nie chrzanił, zwłaszcza że zarabia na…

– Myślałem, że kodeks cechowy zabrania wam popychania ludzi do samobójstw.

– A ja, że wasz nakazuje potrzebującemu pomóc, a zleceniu się przyjrzeć, nim się je odrzuci. Prawo zaś stanowi, że każdą odmowę uzasadnić należy.

Debren wyładował złość na jakimś komarze wielkim jak latawiec. Duszysty rąbnąć nie mógł. Kodeks cechowy magunów zdecydowanie tego nie zalecał.

– Dobrze, niech ci będzie. Zanim zaczniesz się pocić i zachciankę szaleńca na rzeczowe zlecenie przekładać, cholernie dobre uzasadnienie ci podam. Jutro wsiadam na barkę rzeczną. Zadatek już wniosłem. Nie mam czasu włóczyć się z Kipanchem i podnosić mu morale twierdzeniami, że z wiatraków wredne sukinsyny są i kopia w bebechy słusznie im się należy.