Выбрать главу

– Dukat – powiedział spokojnie Def Groot.

– Co: dukat? – wzruszył ramionami Debren. – Mówiłem, że jutro odpływam. Nie mam czasu gnić tu tygodniami i na owego dukata zapracowywać.

– Dukat za jeden dzień pracy. Niecały – spojrzał na słońce duszysta. – Południe dawno minęło, a barka przed południem odpływa. Dwadzieścia klepsydr roboty, w tym sen, bo nocą Kipancho nie poluje. Pomyśl, Debren. To wychodzi po trzy grosze za klepsydrę. Robotnik tyle za trzy dni harówki bierze, a mistrz murarski za dzień.

– N… nie – powiedział niepewnie Debren.

– To zadatek za przejazd zapłacony sam barką popłynie, bez ciebie. Bo całą gotówkę do mnie przegrałeś.

– Mam jeszcze… – Urwał. Przypomniał sobie i dziesiętnika drabów miejskich, i właściciela „Złotego Bażanta” tłukącego głową o beczkę.

– No, to pojedliśmy – odstawił miskę Sansa – a teraz do roboty. Chodźcie, panie czarodzieju, pokażę wam, jaki mamy sprzęt i środki potworobójcze. Może coś się wam w diagnozowaniu przyda.

– Diagnozowaniu?

– Ano tak. Potwór, widzicie, pokonany został, ale cudem jakimś przeżył. I teraz pan mój nie wie, co z tym począć. Ktoś musi sprawę zbadać i powiedzieć, co dalej robić. To właśnie wasza robota.

* * *

– Skąd pewność, że żyje? – zaczął od najprostszej metody Debren. Stali z rycerzem na tyłach wieży, obok wychodka i starannie wypielonego warzywnika. Debren miał przy sobie mały drewniany młoteczek, jakich używaną cyrulicy i znachorzy do opukiwania pacjentów, a Kipancho topór. Rozmiary topora sugerowały, że odkupiono go od jakiegoś łowcy smoków.

– Posłuchaj.

Za groblą szumiała rzeka, jakiś dopływ czy może odnoga Nirhy. Ćwierkały ptaki; w trzcinach, przelewających się i na tę stronę wału, kaczka uczyła kwakać swe młode. Brzęczały komary i bąki. Ale w sumie było dość cicho i Debren nie musiał zaklęciami podostrzać zmysłów, by zrozumieć, o co chodzi marszczącemu brwi rycerzowi.

– To jakiś mechanizm – stwierdził.

– Zgadza się – kiwnął głową Kipancho. – To coś wydaje się być jednym z mechanizmów wiatraka. Na moje ucho to będzie dolna przekładnia.

– Albo raczej coś, co ją przypomina – mruknął z przekąsem magun. – No dobrze. Co dalej? Myślicie, że powinniśmy zajrzeć do środka?

– Chyba tak… – powiedział niepewnie Kipancho i podrapał się po mocno przerzedzonej czuprynie. Był starszy i od Def Groota i od swojego giermka, ale podrapał się bez problemu prawą ręką. Tą z toporem na smoki. – Prześwietl go.

– Prze… Co mam zrobić?!

– Widziałem kiedyś, jak nadworny czarodziej naszej miłościwej pani prześwietlał ją magicznym blaskiem, z kryształowego zwierciadła płynącym. Niesamowity to był widok. Kości wszystkie ukazane zostały, trzewia… Ale jakiej płci następca tronu będzie, ustalić się nie dało, z czego mały konflikt graniczny z Marimalem mieliśmy. Szło o to, kto komu zadatek na posag ma zapłacić. Bo tamtejszemu władcy obojętne było, czy syna, czy córkę za dziecię wyda, co je królowa powije. Chodziło o szybkie spisanie kontraktu małżeńskiego, żeby przed zimą część koalicji wehrleńskiej nastraszyć, a resztę pobić. A że gotówki w skarbcu brakowało, to kazali Marimalczycy swoim posłom obstawać przy twierdzeniu, że płód nic między nogami nie ma, a podświetlony, frywolnie kuperkiem kręci i wymyślne pozy przybiera, by zgrabniejszym się wydać. Znaczy się: dziewuszka. Nasi medycy chłopca się dopatrzyli, ale pewności chyba nie mieli, bo król ostatecznie zaliczkę na posag wypłacił, by w razie omyłki lekarskiej córce staropanieństwa nie zafundować. Ale odsetek uzgodnić się nie dało i ostatecznie cały posag poszedł na wojnę nie z Wehrlenem, a między przyszłymi teściami.

– Smutne – stwierdził bez żalu Debren. – A jeszcze smutniejsze, że ja ani zwierciadła nie mam odpowiedniej wielkości, ani kwalifikacji nadwornego czarodzieja. Gdybym miał, zbijałbym majątek czy to badania prenatalne czyniąc, czy na zakładach z przyszłymi tatusiami. Więc chyba przyjdzie mi prostego sposobu użyć i wleźć do środka przez te wrota.

Zrobił krok i zatrzymał się, osadzony w miejscu chwytem za ramię.

– Poczekaj, mistrzu. – W ciemnych oczach Kipancha lśniła szczera troska. – Nie chcę cię pouczać, bo to ty dwa dukaty bierzesz za…

– Ile?!

– …udzielanie mi swych cennych rad. Ale zważ, gdzie stoimy. On tu plecy ma, a w dole pleców, potwór czy nie. to samo, co każda żywa istota.

– Mówicie poważnie? – Kipancho posłał mu pełne wyrzutu spojrzenie, więc poprawił się szybko. – O tych dwóch dukatach, znaczy,

– A co, za mało? – pokiwał głową rycerz. – I mnie się tak widzi. Kazałem Def Grootowi od trzech składanie propozycji zacząć, ale powiedział, że z takiego zawyżania stawek tylko nieszczęście dla biednych wdów i sierot idzie, bo ich potem na usługi rozwydrzonego fachowca nie stać. Więc zgodziłem się wypłacić mu pól dukata, jak się z wami zdoła na dwa dogadać. Jeśli cię uraziłem, Debren, to wybacz staremu wojakowi. Nigdy w rachunkach mocny nie byłem. Anim wrogów nie liczył, ani żołdu. Błędny rycerz jestem, a nie najemnik.

– W porządku – mruknął Debren. – Czytałem księgę, co ją o was napisali. Wiem, że dla sprawy i honoru mieczem wywijacie, a nie dla złota. – Westchnął. – To co z tymi plecami wiatracznymi? Chodziło, jeśli dobrze pojąłem…

– …by w rzyć potworowi nie włazić – dokończył rzeczowo rycerz. – Raz, że to nie po bożemu. Ja starej daty jestem i to ci rzeknę, że brzydzi mnie, jak słyszę o chłopie, co z drugim chłopem takie rzeczy robi. Dwa, że strasznie niehonorowo by to było i ludzie by się z was potem śmiali. Trzy wreszcie, że to niebezpieczne. Patrzcie tylko, jakie to wielgachne bydlę. I wiatrak w dodatku, więc wiatrów w nim pewnie wielka siła. Jak was z bąkiem puści, to nad tą groblą przemkniecie i w drugi brzeg… hmm… pierdyknięcie. Straszna śmierć. A Vanringer, jak go znam, strasznych pieniędzy zażąda, twierdząc, że grzebanie tego, co potwór wysra, stu dodatkowych zezwoleń wymaga i musi słono kosztować.

Debren cofnął się posłusznie. Powtarzał sobie w duchu raz po raz, że to, co czuje jego nos, to tylko efekt bliskości wychodka. I wierzył w to, co powtarza. Ale sam fakt, że musi uciekać się do takich sposobów, wróżył niedobrze.

– Z boku jest okienko. Jakoś się przecisnę. Może być?

– Ty jesteś ekspert, nie ja. Ja wiem, gdzie stwora kopią pchnąć, by ducha wyzionął.

– Sansa, dawaj tu muła! – Zwrócił się z powrotem ku rycerzowi. – Myślałem, po poprzednich… hmm… trupach sądząc, że potwory ogniem zabijacie.

– Udam, że nie słyszałem – zapewnił łaskawie Kipancho. – Ogniem walczą smoki, inkwizytorzy i inna pozbawiona honoru hołota. Rycerzowi nie przystoi posługiwanie się tym plugawym orężem o trochę jakby piekielnym rodowodzie. A poza tym… – odchrząknął z zakłopotaniem. – Nie śmiej się, ale to zbyt bolesne.

– W rękawicy się nie oparzysz.

– Miałem na myśli ofiarę. Przeciwnika trzeba wziąć do niewoli albo zabić. Zadawanie niepotrzebnego bólu to zwykłe łajdactwo.

Sansa podprowadził muła. Ustawili go przy okienku. Debren wziął młotek w zęby i ostrożnie przecisnął się przez otwór. Na szczęście okienek było więcej i nie musiał przyświecać sobie pochodnią. Dziurawy dach też ułatwiał orientację.

– I co? – zawołał z zewnątrz Kipancho.

– Piękny cios. – Debren bez przekonania szarpnął zakleszczony między trybami ułomek kopii. – Zablokowało przekładnię. Na amen. Dlatego wirnik stoi.