Выбрать главу

– Ale żyje?

Magun stłumił klątwę… Bez odrobiny przekonania przeskanował otoczenie. Z magicznych przedmiotów był tu tylko duży pająk mutant, pewnie potomek zbiega z jakiegoś laboratorium. Miał za dużo kończyn i snuł dziwne pajęczyny, ale poza tym niczym się nie wyróżniał i czmychnął w kąt, gdy Debren zabrał się do oglądania pompy,

– To tylko woda – postawił diagnozę po dłuższej chwili opukiwania młotkiem i sondowania magicznym echem. – Zamiast koła mają tu pompę. Powinna tłoczyć wodę z polderu do rzeki, ale chyba zawór wysiadł i mechanizm stuka, a woda płynie w odwrotnym kierunku. Prawem naczyń połączonych.

Przez dłuższą chwilę nikt się nie odzywał. Debren zdążył sobie nawet wyobrazić, że trójka pomyleńców spakowała się i wyniosła cichaczem, a na zewnątrz czeka na niego tylko właściciel wiatraka. Z kłonicą w ręku i mocnym postanowieniem porachowania komuś kości.

– Czyli nie umarł – zadudnił naraz głos rycerza. Debren westchnął w duchu.

– Chyba nie.

– Myślisz, że agonia potrwa długo?

Otwierał już usta, ale coś go powstrzymało. Albo ktoś. Ktoś się poruszył wysoko, na dachu.

– Trudno powiedzieć. – Poszukał wzrokiem drabiny. – Co zrobimy, gdy wyzionie ducha?

– My? Nic. Pojedziemy dalej. Za usuwanie trupów odpowiada Vanringer. Ten udający wiatrak czarodziej to poganin, więc pochówek ma zgodny z pogańskim zwyczajem. Poprzez palenie zwłok. To zresztą tańsze od kopania grobu.

– Syf i zaraza – zaklął pod nosem. Drabiny nie było. Tylko trochę usztywniających ściany listew, parę poziomych belek szkieletu i lina z węzłami. Wciągnięta na więzar dachowy. – Def Groot, mamy problem! Tej małej nie da się ściągnąć z dachu! Musi nam pomóc! Powiedz jej, by spuściła linę!

– Nic z tego. – Z głosu duszysty nie dało się wyczytać emocji. – Powiedziała, że nie zejdzie i nikogo na górę nie wpuści. A jak kto próbować będzie, to mu półcetnarowy pocisk na łeb zwali. Przy tej wysokości nawet Kipancho, sławny ze swej twardogłowości, czegoś takiego by nie przeżył.

– Bzdura. Ta smarkula nie ma niczego równie ciężkiego pod ręką.

– Ależ ma, Debren, ma. Siebie.

* * *

– To niebezpieczne – spróbował po raz ostatni Def Groot. – Sansa, powiedz mu.

– Prawda – przytaknął giermek. – Te depholskie psy… bez urazy, panie duszysta, o buntownikach mówię, a wyście przecie lojalni… no więc ci obwiesie od początku wilkiem na nas patrzyli. Dwóch wozaków nam stłukli, a nasz własny wóz, co oś w nim pękła, drugi tydzień w naprawie stoi. Kręcą łajdaki, że mocy przerobowych nie ma, że części brak. A mnie, jak sam jechałem z tą czy inną sprawą, i to raz psy gnały, wielkie jak odyńce, od razu poznasz, że tresowane, raz jacyś z kijami otaczali, a dwa razy coś gwizdnęło przy uchu, strzała ani chybi. A przecie giermek jestem, więc rycerz prawie. Strach budzę i grozę. Was, bez urazy, jak tylko bez ochrony zobaczą, to od razu skoczą. A muł nie rumak, szybki nie jest. Możecie nie uciec.

– Nikt mnie nie będzie ganiał. – Debren dociągnął popręg. – A gdyby nawet, to jechać trzeba. Bo dziewczynka nocy na dachu nie przetrzyma.

– Zmarznie, zdrętwieje, to zlezie – powiedział Def Groot.

– No, nie wiem – zerknął na budkę pompiarza Sansa. – Już zanim po mistrza Debrena pojechałem, to matka od próśb błagalnych całkiem ochrypła. Teraz choćby i chciała, to nie da rady zawołać.

– To ojciec zawoła – mruknął Debren.

– Jeśli wróci – zauważył giermek.

– Nie wróci – wzruszył ramionami Def Groot. – Powiedzieć wam, gdzie teraz jest? W najbliższej gospodzie. Będziesz przejeżdżał niedaleko niej. Może nie przejedziesz. Bo jak się dostatecznie mocno nie upije, a żebracy mają z tym problemy, to znajdzie sobie jakieś widły i ruszy w tę stronę. Może nie sam. Przez tę powódź – wskazał sterczące spod pól zasiewy – takich świeżo upieczonych żebraków jest tu trochę więcej. Ale możliwe, że będzie sam. Chłopi to są chłopi. Napluj na chłopa, a grzecznie podziękuje i tylko co zuchwalszy zapyta, czy wolno ślinę zetrzeć. Trzeba zdrowo nimi potrząsnąć, by za broń chwycili. Aż strach mówić, jak zdrowo.

– Nie bardzo rozumiem, do czego zmierzasz.

– No to jest nas dwóch – uśmiechnął się krzywo Def Groot. – Jednak jedziesz?

– Nie wiem, co robić, żeby drewniany wiatrak umarł. Albo nie umarł. – Debren wydźwignął się na siodło. – Cholera, nawet nie wiem, co bym wolał. Za to wiem, co zrobić, by ściągnąć tę małą z dachu.

– Pogonić Vanringera. Rozpocznie ceremonię pogrzebową i wypłoszy gówniarę ogniem.

– To nie jest śmieszne.

– Wiem – powiedział dziwnym głosem Def Groot. – Możesz też przywieźć łuk.

– Ludzie powiadają, że każdy duszysta jest najlepszym kandydatem na pacjenta innego duszysty. Boście są dwa razy bardziej pokręceni od takich wariatów jak rycerz Kipancho. I wiesz co, Def Groot? Jak rzadko, zgadzam się z tym, co ludzie powiadają.

– Szerokiej drogi, mistrzu. Będzie ci potrzebna.

* * *

Droga była wąska, ale za to pusta. Bez trudu, omijając coraz rozleglejsze połacie zalanego terenu, dojechał do przedmieścia. Ta już mogły być problemy. Między rzadko rozrzuconymi zabudowaniami kręciło się trochę za dużo ludzi i trochę zbyt liczni byli wśród nich wieśniacy, debatujący w najeżonych widłami i grabiami gromadach. Na szczęście niczego jeszcze nie uradzono. Grupki, choć wiele ich było, trzymały się z osobna i od nieznajomego raczej odsuwały, niż próbowały zastępować drogę. Debren minął przystań, upewnił się, że barki nadal nie ma, i nie zaczepiany przez strażników przejechał pod zachodnią bramą.

Miasteczko Berhem, choć otoczone murem i z własnym portem rzecznym, do wielkich nie należało. Rynek był tuż za bramą, a stojąc na rynku i patrząc z wysokości siodła nad głowami przechodniów, można było bez trudu zlokalizować połowę składów kupieckich. Zawieszone wysoko na drągach znaki cechowe wskazywały drogę niepiśmiennym i takim jak on, nie znającym języka.

Powroźnika, chyba jedynego w grodzie, znalazł tuż za, ratuszem. Wąska uliczka była niemal całkowicie zatarasowana przez dwukołowy wóz taborowy, na który rozchełstani żołnierze ładowali zwoje lin i sznurów. Z okna kamienicy słała im ciepłe spojrzenia małżonka gospodarza, l a sam powroźnik stał w bramie, odhaczał w księdze wydawane partie towaru i raz po raz zacierał ręce. Wokół Już gromadzili się amatorzy popijawy, która bez wątpienia nastąpi, gdy sfinalizuje się transakcję, więc w uliczce nie brakowało radosnych ludzi. Żołnierze, znudzeni garnizonową rutyną, też sprawiali wrażenie zadowolonych. Ale ci, co tylko przechodzili i na żadne korzyści nie liczyli, miny mieli dość ponure.

– Ciężkie, cholerstwo – narzekał jakiś gołowąs uginający się pod zwojem liny. – Po co nam taka grubaśna? Słonia wieszać będziem?

– Głupiś, szczylu – stęknął niewiele starszy kompan ze śladem cięcia na gębie. – Nim do wieszania przyjdzie, trza buntowników w partie pogrupować i do twierdzy prowadzić. Taką okrętową liną ich się wtedy łączy, po trzydzieścioro. Palcówką szyję ciasno oplatasz i do owej czteropalcówki krótko wiążesz. Cienkiego sznura wtedy żaden zębami nie sięga, a grubego nijak nie zgryzie, choćby i tydzień w drodze.

– A nie lepiej łańcuchy i żelazne obroże stosować?

– Ale kmiot z ciebie, Hosse, aż dziw, że ci halabardę dali, a nie kawał kija. Ty wiesz, ile kajdany żelazne kosztują? A smar do nich, szczotki druciane do rdzy ścierania? W łańcuchy to się szlachciców zakuwa, co przeciw władzy knują, bo tych z natury mało jest i można nastarczyć. A tu, jak wywiad donosi, bunt ma być le… legurarny. Kupa Depholców za broń chwyci, to i jeńce w tysiące pójdą. Kto by złoto na tyle łańcuchów wydawał? I po co?